„ Nastolatki proszą o pomoc” – taki tytuł na afiszu dały dziewczynki z pierwszych klas gimnazjalnych i poprosiły mnie o spotkanie. W przeddzień przyniosły sto pytań. Oprócz trzech, wszystkie dotyczyły spraw płci, płodności, działania seksualnego. Pytania te zresztą ujawniły pewną ilość posiadanych przez nie informacji, a zarazem, jak zawsze, pomieszanie pojęć. Istotnie potrzebowały pomocy, żeby to wszystko uporządkować – i temu poświęciłam pierwszą część spotkania.
Drugą część, przeznaczoną na dyskusję, zaczęłam od jednego z pytań, które dosłownie brzmiało tak: „Kiedy mogę zacząć żyć z chłopcem?”.
Miłość czy przyjemność
Wszystkie uczestniczki tego spotkania miały po 14 lat. Ładne, dziewczęce buzie. Jeszcze dziecinna postura, ale już wyraźnie zarysowane piersi. Dziewczynki w okresie dojrzewania. Stają się kobietami, a ta dojrzałość biologiczna wyprzedza dojrzałość psychiczną. Jak im pomóc?
Odpowiadam pytaniem: „Co znaczy «żyć z chłopcem»?”. Milkną, a jedna mówi: „No, to znaczy mieć stosunki!”. „A co to znaczy «mieć stosunki»?”. Ta sama odpowiada: „To połączenie chłopca i dziewczyny narządami!”. „Po co?” – pytam. „No, bo się kochają!”. „No i – mówię – żadnego innego znaku miłości nie znacie, tylko ten jeden? Już wiecie, że każda z was jest w wieku, kiedy organizm staje się gotowy na przyjęcie dziecka. A skąd się bierze dziecko?”. Ciągle ta sama odpowiada: „No, właśnie z tych stosunków!”. „Tak – potwierdzam. – Akt seksualny jednoczący mężczyznę i kobietę służy życiu, może dać owoc, dziecko. Czy to znaczy, że chcecie już teraz mieć dzieci?”. Chórem odpowiadają: „Nie!!!”. „No to po co wam te stosunki?”. Jedna się wyrywa i mówi: „Dla przyjemności!”. „Tak myślicie? Tylko dla przyjemności?”.
Nieoczekiwane dziecko
Parę miesięcy temu przyszła do mnie do poradni dziewczyna z pierwszej klasy gimnazjalnej w już zaawansowanej ciąży. Była sama. Matka i ojciec czekali na korytarzu. Przedtem była narada, co z nią zrobić, bo szkoda, żeby straciła rok, a szkoła nie chce jej trzymać.
Pytam: „Jak to się stało?”. Wzrusza ramionami: „Nie wiem. Bo ja wcale nie myślałam, że będzie… – waha się i mówi – takie coś!”. „Więc skąd się ono wzięło?”. „Bawiliśmy się na dyskotece. On się spocił i chciał zmienić koszulę… No i poszliśmy do jego pokoju w hotelu zmienić tę koszulę”. „A po co ty poszłaś?” – pytam. Patrzy bez słowa, potem cicho mówi: „No bo on chciał”.
Ileż razy on, jakiś ON chce, a jakaś ONA idzie za nim i nawet nie pyta, dokąd i po co! To, co ta dziewczyna mówi, wydaje mi się tak naiwne, że aż nieprawdopodobne.
„I naprawdę poszłaś z nim do tego pokoju?” – powtarzam pytanie. Kiwa głową, że tak. „No i co?” – pytam. „I on zamknął drzwi na klucz i…” – nagle dziecięce jeszcze usta zaczynają drżeć i dziewczyna zaczyna płakać. Wśród szlochów mówi: „Ja wcale nie po to szłam!”. „A po co?”. „Nie wiem”.
Wiem, że ona nie wie. Nie zdaje sobie sprawy z tej siły serca dziewczyny, która ją jednoznacznie kieruje ku chłopakowi!
Dziewczyna nie wie, jak się nazywa chłopiec. Ojciec ją zaprowadził do tego hotelu, jak już się o wszystkim dowiedział. Kazał jej szukać i rozpoznać tego chłopaka, żeby chociaż płacił alimenty. Ale córka go nie rozpoznała – a może nie chciała rozpoznać? Nie znaleziono zatem ojca dziecka.
Dziecko urodziło się podczas wakacji i dziewczyna nie straciła roku.
Czyn dobry czy zły
Opowiedziałam tę historię moim nastolatkom, bez komentarza. To one zaczynają same, że „głupia dziewczyna”, że „są przecież środki, żeby nie było dziecka”. Przerywam im i mówię: „Proszę was o jasną odpowiedź. Czy ta dziewczyna i ten chłopiec zrobili coś dobrego czy nie?”. Jedna z nich mówi: „No, to że nie zabiła dziecka, to chyba dobrze?”. „O, tak – potwierdzam. – Na pewno dobrze, że nie zabiła dziecka. Ale ja nie pytałam o dziecko, ale o ich czyn: był dobry czy zły?”.
Jedna z dziewczyn, wahając się, odpowiada: „Niedobry, bo się nie kochali!”. „A gdyby się kochali – pytam – to mają prawo tak działać?”. „No, pewnie!” – pada zgodna odpowiedź. „A co potem? Bo właśnie nad tym dyskutowałyśmy… Czy czternastoletnia matka ma wyjść za mąż?”.
Nie wiedzą, co odpowiedzieć.
Także i dorośli nie zawsze wiedzą. Gdyby tak wszyscy – i rodzice, i nauczyciele – jednakowo mówili, że ten właśnie „stosunek” jest działaniem wyłącznie małżeńskim… Gdyby świat dorosłych bronił szóstego przykazania, to nie byłoby tylu tragedii małoletnich matek, a także ojców! Jak uchronić zwłaszcza dziewczyny?
Trzeba zacząć od wyjaśnienia, że to, co się z nimi dzieje w okresie dojrzewania, wymaga opanowania – panowania nad sercem. I wymaga ostrożności w kontakcie z mężczyznami. Bo tak naprawdę los dziewczyny zależy od tego, jakie męskie serce spotka.
Boże drogowskazy
Trzy godziny trwało spotkanie z gimnazjalistkami, którym krok po kroku usiłowałam przekazać normy etyki katolickiej. Bo one wszystkie niby katoliczki, ochrzczone, bierzmowane, wszystkie chodzą na lekcje religii, a równocześnie żądają prawa do tego, żeby – jak mówią – „żyć z chłopcem”.
Jedna z nich ujawniła głębszą postawę. Jak się potem okazało, była z grupy oazowej. Zabrała głos, mówiąc, że nie każdy ma powołanie do małżeństwa i nie wszystkie dziewczyny chcą „żyć z chłopcem”. Inne ją zakrzyczały i nazwały „zakonnicą”.
Na końcu zapytałam: „Z kim wy właściwie dyskutujecie? Myślicie, że ze mną? Wy dyskutujecie z szóstym przykazaniem! Doskonale wiecie, że akt seksualny przed małżeństwem jest grzechem śmiertelnym. Usiłujecie zagłuszyć sumienie, które się w was odzywa. Mogę tylko dodać, że to przykazanie, z którym walczycie, to po prostu drogowskaz, żebyście nie zabłądziły. Pan Bóg wyznacza drogę, tak jak czerwone znaki na Orlej Perci w Tatrach: jeśli zboczycie, to spadniecie w przepaść! Po prostu…”.
Mówię do nich: „dzieci” – i jakoś ode mnie to znoszą, nie obrażają się. Bo te nastolatki – wyrośnięte, ubrane jak dorosłe panie, umalowane jak ich matki – to są dzieci, które naprawdę potrzebują pomocy i opieki. Dla nich dom powinien stanowić falochron przed falami, jakie niesie świat.
Autorka jest członkiem Papieskiej Rady do Spraw Rodziny oraz Papieskiej Akademii„Pro Vita”. Żona i matka czterech córek.