![]() |
|
Hubert Nowak
fot. arch. pryw. |
Renata Nowak, mama Huberta, po trzech latach wraca do chwili, kiedy doszło do wypadku syna. Opowiada o zdarzeniach, których z jej pamięci nic nie wymaże. Codzienny trud rehabilitacji syna czyni ją silną i pełną wiary tak mocnej, że pomaga jej udźwignąć przeszłość. Zwłaszcza fakt, że o dalszym losie Huberta zdecydował wypadek i zaniedbanie lekarza.
Droga w jedną stronę
2 stycznia 2006 roku Hubert bezpiecznie dowiózł do Warszawy z wypoczynku na Słowacji grupę swoich przyjaciół. Po powrocie do domu doszedł do wniosku, że jeszcze tego samego wieczoru odwiedzi koleżankę, z którą zaczynało łączyć go uczucie. Mieli razem obejrzeć film. Nie byłam z tego zadowolona, ale uspokoił mnie, że zostanie u niej na noc, zatem czeka go tylko droga w jedną stronę. Przejechanie ze Starej Miłosnej na Powiśle nie wydawało się niczym niebezpiecznym w porównaniu z drogą, jaką przebył wcześniej.
Niechętnie, ale się zgodziłam. Mąż był wtedy za granicą. Zadowolona ze szczęśliwego powrotu syna z nart, położyłam się spać, podobnie jak córka. O drugiej w nocy do naszego domu zapukało dwóch policjantów z pytaniem, czy dam radę sama dojechać do szpitala przy ulicy Szaserów w Warszawie. Byłam w szoku, zgodziłam się natychmiast. Jadąc, widziałam, jak na lawetę wciągany jest wrak auta mojego syna. W szpitalu spotkałam policjantów, którzy przekazali mi laptop z filmem, który Hubert miał obejrzeć tego wieczoru. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o dramatycznym aspekcie wypadku, który już sam w sobie był tak przerażający, że powalał z nóg. Dowiedziałam się, że akcja ratunkowa została przeprowadzona nieprawidłowo, a raczej, że przez ponad godzinę wcale jej nie prowadzono.
Zakleszczony we wraku
Jak się okazało, Hubert nie rozwijał „pirackiej” szybkości. Według relacji świadków, prędkość jego samochodu na wiadukcie wynosiła około 50 km na godzinę. Jadący sąsiednim pasem autobus zepchnął go i spowodował, że samochód syna wyskoczył z drogi jak z katapulty. Do tej pory prokuratura nie przesłuchała kierowcy autobusu. Nawet go nie ustaliła. Lekarz pogotowia, wezwany przez mieszkańców domu, przed którym Hubert dachował, bez oględzin stwierdził złamanie karku. Przybyłe służby ratownicze nie spieszyły się, zasugerowane jego opinią. Przez blisko godzinę odłączały prąd, jeżdżąc od szafki do szafki i sprawdzając, która z nich może odpowiadać za zwalony na auto słup. Tymczasem straż pożarna była już na miejscu zdarzenia i wystarczyło przeciąć wiszący nad autem izolowany drut.
Lekarz odesłał karetkę reanimacyjną przybyłą samorzutnie i oferującą mu pomoc. Nie pozwolił wyciągnąć człowieka. Nie reanimował go. Potem twierdził, że badał go we wraku, wczołgując się przez tylną szybę, choć uniemożliwiała to znajdująca się tam krata. Był przekonany, że człowiek, do którego nie miał dostępu, nie żyje.
Stwierdził zgon. Wezwano karawan. W tym czasie w świetle jupiterów, przy pracujących agregatach, w obecności straży pożarnej i karetek, mój syn umierał zakleszczony we wraku auta. Bez pomocy medycznej. Z obrzękiem mózgu. Być może miał przebłyski świadomości, bo gdy wiele miesięcy później zobaczył jednego z policjantów, którzy go ratowali, powiedział, że go pamięta do góry nogami. Samego momentu wypadku już nie.
Drgnienie kącika ust
Na miejsce wypadku, uznanego za śmiertelny, został wezwany prokurator i inspektor policji. Przybyli też ci dwaj młodzi policjanci, którzy przyjechali nocą do mojego domu. To oni, mimo stwierdzenia zgonu przez lekarza, zauważyli, że Hubert żyje. Dostrzegli nieznaczne ruchy jego ręki, drgnienie kącika ust. Dopiero wtedy Hubert został wydobyty z samochodu i po dwóch godzinach przewieziony do szpitala przy ulicy Szaserów, oddalonego zaledwie o kilka kilometrów. Gdyby trafił tam wcześniej, prawdopodobnie obrzęk mózgu byłby mniejszy i skutki wypadku nie byłyby tak daleko idące. Niestety, okazały się makabryczne.
W szpitalu dowiedziałam się od ordynatora na OIOM-ie, że stan Huberta jest bardzo poważny. W istocie był niemalże beznadziejny. Syn na początku znajdował się w śpiączce farmakologicznej. Pozostawał przez miesiąc w głębokiej śpiączce, a potem przez pół roku w płytkiej. Doszło do porażenia czterokończynowego i zaniku mowy. Nie miał stwierdzonego przez lekarza przy wypadku uszkodzenia karku ani jakichkolwiek złamań.
Przed wypadkiem Hubert uprawiał wszelkie możliwe sporty: wind-surfing, jeździł na nartach, na rowerze, nurkował. Może właśnie dzięki temu jego silny organizm przeżył dwie godziny bez pomocy. Był także ratownikiem pływackim. Przygotował się do tego, by ratować innych, a jego samego nie ratowano właściwie.
![]() |
| Choć Hubert żył, tkwił w zmiażdżonym po wypadku samochodzie prawie dwie godziny. W wyniku ludzkiego błędu… |
Gesty na wagę złota
Żyjąc dotąd w rodzinnej sielance, nagle musieliśmy się zmierzyć z niezwykle poważnymi problemami, machiną rehabilitacji, poszukiwaniem specjalistów. Błądziliśmy we mgle niewiedzy i braku informacji. Zbieraliśmy okruchy od przypadkowych życzliwych ludzi. Byłam z Hubertem wszędzie, w każdym szpitalu. Pomagałam mu, karmiłam go i dbałam o to, by brał udział w zajęciach rehabilitacyjnych. Na męża spadł ciężar utrzymania rodziny. Opiekował się naszą córką. Wspierał ją, by nie została sama, gdy ja byłam z Hubertem. Na skutek wypadku, który zburzył jej życie, przeszła przyspieszony kurs dorosłości. Była wtedy w pierwszej klasie liceum. Na początku zareagowała złością na Huberta, że tego dnia pojechał, że mu się to stało. Czuła żal, ale z czasem pogodziła się z losem.
Wracanie latami do zdrowia to próba charakteru dla całej rodziny. We wszystko zaangażowali się także dziadkowie, rodzina i przyjaciele. W całym tym nieszczęściu nie zostaliśmy sami. Przyjaciele okazali nam wiele serca. Nawet obcy ludzie otaczali nas życzliwością. Reakcja otoczenia naprawdę mnie zbudowała. Każdy gest był na wagę złota. Hubert ma ogromne wsparcie nie tylko w rodzinie, ale i w swoich przyjaciołach. Wie, że jest kochany, co nastawia go do świata pozytywnie.
Młodzież okazała się wspaniała, szczególnie że kontakt z osobą, która nie mówi, jest trudny. Na OIOM-ie były tłumy odwiedzających. W kościele św. Anny odbyła się Msza Święta w intencji powrotu Huberta do zdrowia. Potem koledzy zamówili kolejną w kościele w Starej Miłosnej. Jego przyjaciele z liceum, ze studiów, z osiedla przyjeżdżali do Bydgoszczy, odwiedzali go w domu.
Codzienna walka
Wszyscy mówią, że nad Hubertem czuwały siły z niebios, że przeżył. Moja mama twierdzi, że to Jan Paweł II wziął go pod opiekę. Mój tata miał szczęście znać naszego Papieża w młodości i zawsze mówił, że nad nami czuwa.
Od chwili wypadku aż do dzisiaj trwa żmudna rehabilitacja. Z Warszawy zabrano Huberta do szpitala wojskowego w Bydgoszczy. Tam spędziłam z nim trzy miesiące na oddziale paraplegii pourazowej, gdzie syn był rehabilitowany, mimo że nadal znajdował się w stanie płytkiej śpiączki. Wciąż nie było z nim kontaktu.
Dzisiejszy 22-letni Hubert to nie ten sprzed trzech lat. Jego stan zdrowia znacznie się poprawił. To wynik intensywnej pracy sztabu ludzi: lekarzy, rehabilitantów, terapeutów, rodziny. Powoli dochodzi do siebie, choć jest to droga przez mękę. Doznał ciężkiego urazu neurologicznego, ale wciąż nie tracimy nadziei. Hubert cały czas robi postępy i nie sięgnęliśmy granicy rehabilitacji. Sam je widzi i wie, że wiele jeszcze może wypracować.
Nasza walka o powrót do zdrowia i usprawnienie Huberta trwa. Syn jest obecnie silnie zmotywowany, ma chęć i wiarę, że będzie lepiej, a różnie z tym bywało. Przeszedł okres złej kondycji psychicznej. Dawał się rehabilitować, ale bez własnego zaangażowania. Trudno się dziwić: z bardzo sprawnego młodego człowieka stał się inwalidą na wózku, we wszystkim zależnym od otoczenia. Teraz pyta, kiedy będą kolejne ćwiczenia. Bardzo skomplikowane porażenie czterokończynowe Huberta zamieniło się w niedowład. W poręczach chodzi bez trzymania, schodzi po schodach, wchodzi do wanny. Musi tylko mieć kogoś do podtrzymania. W samodzielnym chodzeniu przeszkadzają mu zaburzenia równowagi, natomiast sam się goli, myje zęby, je kanapki.
Instynkt matki
Nie chcemy karać lekarza, ale pragniemy, by uznano, że popełnił błąd. Po wielu próbach umorzenia sprawa karna na razie została zawieszona. Nasze zażalenia były dotąd uwzględniane, a do ostatniego sąd się nie przychylił, gdyż biegli nie mają czasu. Czekamy. Nawiązaliśmy bliską współpracę z inspektorem Pasiecznym, obecnym na miejscu zdarzenia. To jemu zawdzięczamy, że wznowiono akcję ratowniczą.
Bierzemy udział w uroczystościach związanych z ofiarami wypadków drogowych, na jednej był już nawet Hubert. Takie doświadczenie jak nasze uczy pokory wobec losu. Pokazuje człowiekowi kruchość życia. Uzmysławia, że warto każdą chwilę wykorzystywać, by potem nie żałować, bo jest ulotna i już się nie powtórzy.
![]() |
| Powrotowi Huberta do zdrowia z całego serca kibicują wszyscy członkowie rodziny (lato 2008 rok). fot. arch. prywatne |
Nigdy nie miałam pretensji do Pana Boga. Przeciwnie, byłam mu wdzięczna za to, że Hubert przeżył. Właśnie w tym widzę palec Boży. Nigdy się nie pytałam, dlaczego właśnie nas to spotkało. A dlaczego nie nas? Nikt nie ma glejtu chroniącego przed nieszczęściem. Każdy może się znaleźć w podobnej sytuacji.
Staram się doradzać ludziom, których bliskich spotkał podobny los. Tłumaczę im metody terapii, podaję adresy, kieruję do lekarzy. Namawiam ich, by nie tracili nadziei. Nie można się poddawać. Nasza sytuacja skłaniała do załamania, a jednak nigdy nie straciliśmy wiary w sens działania. Ani przez chwilę nie zwątpiliśmy. Zwyciężył we mnie instynkt matki, która czuje, że dziecko wymaga ratunku i wsparcia. Siłę czerpię z miłości do męża i dzieci. Wierzyłam, że syn w śpiączce słyszy nas, czuje nasze dotknięcia, przekazywaną mu energię i wie, że ma do kogo wrócić. Trzeba się cieszyć z najmniejszych drobiazgów i zachować pokorę wobec tego, co da się osiągnąć.
Hubert surfuje
Ani ja, ani mąż nie poddaliśmy się. Myślę, że jako małżeństwo przeszliśmy zwycięsko tę wielką próbę. Nieszczęście jeszcze bardziej scementowało nas jako małżeństwo i rodzinę. Mamy poczucie wspólnego losu i wspólnego celu, jakim jest powrót syna do zdrowia.
Już parę miesięcy po wypadku Hubert zaczął posługiwać się tabliczką z literkami – pokazywał palcem literki, budując sensowne zdania z zachowaniem reguł gramatyki i składni. Była to nasza jedyna forma komunikacji. Trzeba było sporo cierpliwości, by odczytać jego słowa, ale dawaliśmy radę. Teraz, po żmudnych ćwiczeniach logopedycznych, mimo porażenia aparatu mowy Hubert zaczął mówić. Czyni to coraz bardziej zrozumiale. Buduje piękne zdania podrzędnie złożone. Funkcje intelektualne ma zachowane. Od roku korzysta z Internetu, posługując się specjalną klawiaturą, gdyż ma drżenie ręki, które uniemożliwia mu precyzyjną obsługę myszki.
Mamy nadzieję, że Hubert wróci na studia. Ma szansę studiować przez Internet. Zapisaliśmy go na kurs projektowania stron internetowych, organizowany przez jedną z fundacji. Ta umiejętność przyda mu się w przyszłości. Pragniemy, by był w życiu aktywny, aby nie znalazł się na marginesie. Zrobimy wszystko, by mógł, w miarę swoich możliwości, funkcjonować jak najlepiej. Staramy się, aby nie pochylał się nad przeszłością, tylko szedł naprzód.
Ja zaczęłam już pracować. Hubert potrafi zająć się komputerem, włączyć sobie film, nie wymaga ciągłej opieki. Cała nasza rodzina powoli wraca do normalnego życia.









