Australia, Azja, Europa, Ameryka. Na każdym z tych kontynentów żyją ludzie, którzy potrzebują pomocy. Niemal wszędzie są również i tacy, którzy śpieszą tym potrzebującym z bezinteresowną pomocą, płynącą po prostu z serca.
Oto
Australijka, Hinduska, Szwedka i Amerykanka. Cztery kobiety z czterech
różnych kontynentów opowiedziały nam, ile miejsca w ich życiu zajmuje
pomoc innym i w jaki sposób w krajach, z których pochodzą, pomaga się
potrzebującym. Tych bowiem nigdy i nigdzie nie brakuje. Warto poznać
formy takiej pomocy i brać przykład z tych, którzy wierzą, że jeden
człowiek może zmienić życie drugiego na lepsze.
Listy do Toivi
|
|
Bernadette Nagy, Australia fot. I. Górnicka-Zdziech
|
Australijskie społeczeństwo najczęściej odpowiada na apele o pomoc ofiarom klęsk żywiołowych. Przede wszystkim dlatego, że w Australii zdarzają się sytuacje, gdy płoną lasy i tysiące ludzi traci dach nad głową. Doskonale rozumiemy, co to znaczy utracić wszystko, co się posiada. Odzew na prośby o pomoc ofiarom ostatniego tsunami był w Australii ogromny. Ludzie okazali się hojni. Czasem jednak łatwiej zauważyć katastrofę na świecie, niż pochylić się nad własną społecznością i poświęcić się dla niej.
Popularne jest oddawanie rzeczy, takich jak ubrania, meble, sprzęt sportowy do sklepów Armii Zbawienia czy Czerwonego Krzyża, które dzięki pozyskanym funduszom pomagają potrzebującym: konkretnym rodzinom mieszkającym w okolicy. Ponadto budują domy dla alkoholików, dostarczają jedzenie ubogim.
Natomiast bardzo denerwującą formą próśb o pomoc są telefony z organizacji charytatywnych. Dzwonią bez przerwy, nawet wieczorami, gdy ludzie siadają właśnie do rodzinnej kolacji. Moi znajomi i rodzina reagują już na nie zniecierpliwieniem.
Wielu ludzi w Australii adoptuje dzieci przez UNICEF, co oznacza regularną comiesięczną pomoc. Ja także zaadoptowałam takie dziecko z Indii – to chłopiec o imieniu Toivi, który ma 10 lat. Nasza rodzina wpłaca pieniądze, by mu pomóc. Dzieci dokładają się ze swojego kieszonkowego. Pieniądze przeznaczone na tego rodzaju działalność można w Australii odliczyć od podatku. Czasem piszemy do Toiviego listy, obchodzimy jego urodziny, ale mam wyrzuty sumienia, że jednak nie dość często zajmuje nas ten temat. W codziennym życiu jest czasem dość własnych problemów, by przyjmować jeszcze inne. Już 3 lata opiekujemy się Toivim na odległość. Teraz mieszkam tymczasowo w Polsce i z kolei tutaj udzielam bezpłatnych lekcji angielskiego ofiarom przemocy w rodzinie z warszawskiego Centrum Kobiet oraz personelowi Centrum.
Wychowałam się w religijnej rodzinie, mam sześcioro rodzeństwa. Mój tata działał jako wolontariusz na rzecz miejscowej społeczności. Udzielał się w Rotary Club. Mieliśmy, podobnie jak ja dzisiaj, dziecko adoptowane za pośrednictwem UNICEF-u. Opiekowaliśmy się samotną starszą panią, którą zapraszaliśmy na święta i włączaliśmy do rodziny. Dzieci z sierocińca zabieraliśmy na wakacje. Już w dzieciństwie uczyłam się dzielić z innymi i pomagać. My, Australijczycy, jesteśmy chrześcijańskim społeczeństwem, nawet jeśli nie zawsze łączy się to z regularnym chodzeniem do kościoła. Nasze myślenie o innych ludziach płynie z wiary. Jesteśmy otwarci i przyjaźnie nastawieni do innych nacji. W ostatnich latach wzrosła liczba wolontariuszy w naszym kraju.
|
|
Sonia Singh, Indie fot. . Górnicka-Zdziech
|
W Indiach wciąż liczba ludzi potrzebujących jest wyższa od liczby tych, którzy żyją na średnim choćby poziomie. Biedę widać na każdym kroku. Pomaganie innym, dzielenie się z nimi tym, co mamy, jest głęboko zakorzenione w tradycji naszego kraju. Uważamy, że ten, kto przychodzi do twojego domu, prosząc o pomoc, nie może być odprawiony z niczym. Musi dostać choć miskę ryżu. Wynika to z naszej religii. W osobie, która nas odwiedza, widzimy wcielenie boga. W hinduskiej mitologii Vedas ten, kto nie przyjął potrzebującego, zostawał przeklęty.
Pomoc innym zaczyna się od własnego domu. Przeciętna hinduska rodzina jest wielopokoleniowa, liczy około pięćdziesięciu osób. Zawsze są w niej tacy, którzy potrzebują wsparcia. Jeśli zrobiłeś tyle, ile mogłeś dla swojej rodziny, możesz sięgać dalej. W tradycji i kulturze Indii rodzina zawsze jest na pierwszym miejscu. Rezygnacja z wygody i czerpania przyjemności z życia na rzecz potrzebujących, na przykład w rejonach klęsk żywiołowych, jest dopuszczalna w naszej mentalności wtedy, gdy człowiek poświęca się temu zamiast zakładać własną rodzinę. Dlatego w naszym kraju tak poważana była działalność Matki Teresy z Kalkuty.
W Indiach pomoc w niewielkim stopniu oznacza dawanie ubogim zapomogi finansowej. To działanie krótkofalowe. Pieniądze przekazywane biednym rzadko do nich trafiają, gdyż są oddawane gangom lub wydawane na narkotyki. Chodzi bardziej o stworzenie możliwości zatrudnienia, a także dzielenie się dobrami: ubraniem czy jedzeniem. Ludzkie potrzeby nie ograniczają się do pieniędzy. Są osoby, którym brakuje ciepła i opieki. Im też trzeba pomagać poprzez obdarowywanie miłością.
W dużych miastach, jak Delhi, Bombaj czy Kalkuta, organizowane są inicjatywy lokalne na rzecz środowiska, np. wywożenie śmieci z dzielnicy. Płacą za to ci, których stać. W efekcie zamożniejsi dbają o higienę i nierozprzestrzenianie się chorób, a korzystają na tym wszyscy mieszkańcy.
Podobnie jak inne rodziny w Indiach, którym dobrze się powodzi, mój mąż i ja wspomagamy dwoje dzieci z sierocińców. Nie chcemy jednak o tym opowiadać, gdyż prawdziwa pomoc to taka, o której nie mówi się głośno. W taki sposób pomagają w Indiach korporacje i niewielkie przedsiębiorstwa. Nie nagłaśniają swojej działalności charytatywnej, jak to robią zachodnie koncerny. Przeznaczają pieniądze na głodujących, na szczepionki przeciw groźnym chorobom czy poprawienie poziomu edukacji najuboższych warstw społecznych.
Moim zdaniem, pomoc polega na dawaniu czegoś z siebie, wyrzeczeniu, rezygnacji, przełamaniu trudności. Jeśli ofiaruje się to, czego ma się za dużo, zaspokaja się tylko własną próżność.
|
|
Karin Svennson, Szwecja fot. I. Górnicka-Zdziech
|
Moją podstawową formą pomocy jest to, że oddaję organizacji Czerwony Krzyż niepotrzebne już naszej rodzinie ubrania, meble, lampy, nawet doniczki. Czerwony Krzyż z kolei sprzedaje używane rzeczy w sklepikach istniejących właściwie w każdym mieście i miasteczku Szwecji, a otrzymane ze sprzedaży pieniądze zawsze przesyła za granicę. Są z nich dotowane na przykład sierocińce na Łotwie. Najczęściej oddaję rzeczy używane do sklepu, w którym pracuje moja mama. Jest już na emeryturze i postanowiła zająć się działalnością charytatywną. Na zmianę z innymi osobami mama prowadzi sklepik z kawiarenką, gdzie można niedrogo napić się herbaty czy zjeść kanapkę. Przychodzą tam często ludzie samotni, by kogoś poznać, a także emigranci.
W Szwecji sierocińców jest niewiele, ich rolę pełnią Rodzinne Domy Dziecka – do nich nie przekazuje się rzeczy używanych, tylko nowe. Podatki są u nas wysokie, a opieka socjalna rozbudowana, dlatego potrzebujący stanowią w naszym kraju niewielki odsetek.
Wielu Szwedów co miesiąc przeznacza określoną kwotę na dotowanie różnych organizacji pozarządowych niosących pomoc. Przez wiele lat wspieraliśmy z mężem europejską organizację humanitarną Lekarze bez Granic. Niektórzy „adoptują” dzieci w Afryce: regularnie przesyłają ich opiekunom określoną sumę, piszą do nich listy.
Wielką popularność zyskują telewizyjne show, które poprzez filmy dokumentalne i wywiady uświadamiają konieczność niesienia pomocy głodującym dzieciom czy chorym na AIDS. Programy te prowadzą gwiazdy, nie pobierając za to wynagrodzenia. Podczas programu podawany jest numer konta, na jaki można dokonać przelewu, lub numer telefonu, a koszt połączenia stanowi w tym przypadku kwotę przeznaczaną na dany cel. Wpłacają zarówno osoby prywatne, jak i firmy.
Temat pomocy jest często podejmowany nie tylko w mediach, lecz także w szkołach. Od najmłodszych lat uświadamiamy naszym dzieciom, że trzeba wspierać chorych czy ubogich. Niedawno w szkole w Bjärred, do której chodzi mój syn William, zbierano używane zabawki. Następnie uczniowie sprzedawali je na szkolnym kiermaszu, by zarobione pieniądze wysłać do Boliwii. Przeznaczono je na zorganizowanie świetlicy dla uczniów jednej ze szkół podstawowych.
350 mil po pomoc
|
|
Bev Robison, USA fot. I. Górnicka-Zdziech
|
Jeśliby definiować działalność charytatywną jako finansowe wspieranie inicjatyw na rzecz osób wymagających różnego rodzaju pomocy, to uważam, że tak rozumiana charytatywność jest częścią amerykańskiej świadomości społecznej. Znajduje to potwierdzenie w fakcie, iż Ameryka przeznacza na inicjatywy charytatywne dwukrotnie większy odsetek swojego PKB (produktu krajowego brutto) niż jakikolwiek inny kraj na świecie. To w Stanach Zjednoczonych powstały największe światowe organizacje charytatywne, walczące o pomoc dla głodnych i bezdomnych, zagrożonych AIDS czy chorych na raka.
W społeczeństwie amerykańskim pomoc innym jest przejawem religijności. Kościoły różnych wyznań wzmacniają i promują wszelkie formy działań charytatywnych. W naszym kraju nie jest trudno wspierać finansowo organizację charytatywną lub być wolontariuszem. To jedynie kwestia decyzji, której z organizacji pomóc, czyjemu cierpieniu chce się ulżyć. Nawet rodziny, które nie mają pieniędzy na dotacje, chętnie angażują się w działalność charytatywną przy kościele lub w lokalnej społeczności. W 2006 roku Amerykanie przeznaczyli niemal 300 bilionów dolarów na dotacje charytatywne, ale czy jest to suma wystarczająca? Tak długo, jak długo istnieje na świecie głód czy choroby, na pewno nie.
Prawdziwa ofiarność to, według mnie, dawanie z potrzeby. To akt serca i hojności. To coś, co definiuje naszą kulturę i powinno być indywidualnym odczuciem chęci dbania o tych, którym mniej się w życiu poszczęściło niż nam. Nic nie przynosi mi w życiu większej satysfakcji niż widok ludzi pracujących dla innych.
Jak daleko sięgam pamięcią, moja rodzina uczestniczyła w najróżniejszych przedsięwzięciach charytatywnych. Jako dzieci każdego roku pływaliśmy, maszerowaliśmy i biegaliśmy w różnych zawodach wiele mil, zbierając w ten sposób pieniądze na dziecięce szpitale, badania nad lekami zwalczającymi choroby dzieci, takie jak skolioza czy białaczka. Jako nastolatka zostałam wolontariuszką. Przygotowywałam darmowe posiłki dla ubogich rodzin, zajmowałam się osobami w podeszłym wieku w domach opieki. Brałam też udział w maratonie rowerowym na 350 mil, aby zebrać pieniądze na rodzinę młodego człowieka, mieszkającego w naszej okolicy, który ucierpiał w wypadku samochodowym.
Zorganizowałam Rodzinny Dzień Fotografii, by zebrać pieniądze na badania nad białaczką, którą zdiagnozowano u jednej z koleżanek z mojej szkoły. Część pieniędzy zarobionych na zdjęciach przeznaczyłam na fundację „Jedno serce”, która wspiera bułgarskie sierocińce.
Co roku nasza rodzina dotuje organizacje religijne, wspierające programy humanitarne. Jeden z moich braci założył z żoną fundację „Serce do domu Utah”, która wspomaga lokalne inicjatywy, by pomóc remontować domy dla rodzin na granicy ubóstwa. Przez 4 lata udało im się wyremontować domy dla 10 rodzin!
Staram się uczyć moje dzieci pomocy innym. Wiem, że uda się to tylko przez własny przykład. My, dorośli, możemy im pokazać, że jeden człowiek potrafi zmienić na lepsze życie drugiego, dając sposobność do pomocy i uświadamiając, jak ważne są takie doświadczenia.