|
|
| Marta i Jacek Czachorowie z dziećmi: Helenką i Kubą fot. Ryszard Dziedzic |
Jacek Czachor jest motocyklistą od trzydziestu lat, wielokrotnym nagradzanym tytułami mistrza i wicemistrza świata w rajdach. Dziesięć razy był uczestnikiem Rajdu Dakar. Startował niemal we wszystkich najbardziej znanych rajdach terenowych na świecie. Jest również trenerem i instruktorem młodzieży. Wszystkie wolne chwile spędza z rodziną. Dom to dla niego azyl. Jego żona, Marta, ukończyła technikum włókiennicze, ale nie pracuje zawodowo. Z zaangażowaniem zajmuje się dziećmi, 6-letnią Helenką i 9-letnim Kubą, oraz dba o dom.
◗ Fotografie, jakie pokazaliście mi w albumie, świadczą o tym, że Wasz ślub był niezwykłym wydarzeniem nie tylko dla Was, ale też dla zaproszonych gości. Wstrzymaliście ruch na warszawskim placu Narutowicza, jadąc wokół niego na motorze ustawionym na jednym kole. Czy Wasze pierwsze spotkanie było równie spektakularne jak ślub?
Marta Czachor: Nie, całkiem zwyczajne. Poznaliśmy się 17 marca 2000 roku. Pierwszy raz spotkaliśmy się na imieninach kolegi Jacka, mechanika, który nadal towarzyszy mu w pracy. Znalazłam się tam właściwie przez przypadek. Nic jeszcze nie zapowiadało dalszego ciągu historii, tym bardziej, że we wrześniu tego roku miałam wyjść za mąż za mojego ówczesnego chłopaka. Tymczasem 23 grudnia wzięłam ślub z... Jackiem.
Jacek Czachor: Nie byłem już wtedy takim młodym mężczyzną. Miałem 33 lata. Jestem o 11 lat starszy od Marty. Nasze spotkanie przypadło na okres, gdy pragnąłem się ustatkować. Uważałem, że nadszedł czas, by założyć rodzinę, wybudować dom i kupić psa. Właśnie zaczęła się moja kariera sportowa na rajdach Dakar. Martę poznałem dwa miesiące po pierwszym starcie w Rajdzie Dakar.
◗ Czy różnica wieku, jaka jest między Wami, stanowiła dla Was kiedykolwiek problem?
Marta: Tylko na początku, kiedy moi rodzice tuż przed Wielkanocą 2000 roku dowiedzieli się, że nie wyjdę za mąż za swojego dotychczasowego chłopaka, gdyż związałam się ze starszym od siebie mężczyzną. Przeżyli szok, bo przecież szykowali już wszystko na mój ślub. Powiedziałam jednak mamie, że wolę przeżyć wspaniałe dwa tygodnie z Jackiem niż resztę życia z tamtym chłopakiem. Ostatecznie rodzice szybko przekonali się do Jacka. Przed ślubem wybraliśmy się na wieś do mojej babci, abym mogła przedstawić jej Jacka. Babcia była osobą bezpośrednią. Usiadła obok niego i zagadnęła: „Bardzo Pana przepraszam, a ile Pan ma dzieci?”. Jacek odwrócił się, spojrzał na nią, a potem odparł: „Pięcioro”. Wybuchnęła śmiechem i od razu go polubiła.
Jacek: To prawda, że rodzina Marty była na początku zaskoczona jej znajomością ze mną. Chyba wyobrażali sobie mnie jako faceta z wielkim brzuchem i wąsem. [śmiech]
Marta: Na początku naszej znajomości Jacek opowiadał mi o czasach, których nie pamiętałam, o tym, jak wyglądała Polska lat 80. Lubiłam go słuchać. Siedziałam jeszcze w piaskownicy, kiedy on już jeździł na motorze. Dziś nie odczuwamy dzielącej nas różnicy wieku. Nawet nie byłaby ona widoczna, gdyby nie łysina Jacka.
Jacek: Cieszę się, że mam taką młodą żonę, ale chyba od Marty nie odstaję, bo jestem młody duchem.
◗ Powróćmy do ślubu. Dlaczego wzięliście najpierw ślub cywilny, a dopiero potem kościelny?
Marta: Nasza miłość była tak szalona, że nie tyle dbaliśmy o ślub, ile o to, aby mieć dziecko. Tak się z tym spieszyliśmy, że nie mieliśmy czasu na ślub.
Jacek: Kiedy Marta była w ciąży z Kubą, pojechałem z Markiem Dąbrowskim, moim partnerem rajdowym, do USA. Przygotowywałem się do kolejnego Rajdu Dakar, jeżdżąc po górach i pustyni. Niby mieszkaliśmy z Martą razem, ale mnie ciągle nie było. W ostatniej chwili przed rajdem udało nam się wziąć ślub cywilny, a następnego dnia wyjechałem na miesięczne zawody na Afryki. Ślub cywilny nie znaczył dla mnie tyle, ile kościelny, ale dzięki niemu formalnie staliśmy się małżeństwem.
Marta: Potem miałam plan, by ochrzcić Kubę w dniu naszego ślubu kościelnego. Niestety, nie udało się. Nasz synek urodził się 21 maja 2001 roku. Poród odbył się bez problemów, w obecności Jacka, podobnie jak poród naszej córki, Helenki. Kuba dostał 10 punktów w skali Apgar. Przeżyłam szok, gdy rano, podczas obchodu, nie przyniesiono mi dziecka. Okazało się, że wykryto u niego szmery w sercu i musi pozostać pod opieką lekarza. Mogłam go brać tylko na karmienie, więc ciągle go karmiłam. Długo czekałam na wizytę w Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie miałam być przewieziona karetką. Byłam wykończona psychicznie. Postanowiłam, że pojedziemy na tę wizytę z domu. Przy wypisie ze szpitala lekarka powiedziała: „Owszem, może Pani wyjść na własną prośbę, ale kiedy wróci Pani z kartą zgonu dziecka, ja za to odpowiedzialności nie wezmę”. Przestraszyłam się. Uznałam, że skoro Kuba jest tak bardzo chory, trzeba go ochrzcić szybko. Ksiądz zgodził się na chrzest pod warunkiem, że do końca sierpnia weźmiemy ślub kościelny.
◗ Czy problemy zdrowotne Kuby zakończyły się?
Marta: W Centrum Zdrowia Dziecka zbadano go i wypuszczono do domu. Kolejne kontrole mieliśmy co tydzień. Trwają one do dzisiaj, ale teraz odbywają się raz do roku. Kuba ma wadę polegającą na zwężeniu zastawki aortalnej, poza tym rozwija się prawidłowo. Ostatnio lekarz kardiolog powiedziała mi, że to dobry znak, iż przez tyle lat nic się nie zmieniło na gorsze.
◗ A czy dotrzymaliście słowa danego księdzu?
Marta: Tak, ale ledwie nam się to udało! Nie mogliśmy znaleźć terminu, gdyż Jacek stale był w rozjazdach. Ostatecznie wzięliśmy ślub kościelny w jedyną wolną od zawodów sobotę, 18 sierpnia 2001 roku. Potem Jacek znowu wyjechał. Dzisiaj widzę w tym palec boży, bo inaczej może wcale byśmy nie wzięli ślubu kościelnego.
Jacek: A ja jestem przekonany, że na pewno byśmy wzięli.
◗ Jakie wspomnienia pozostały Wam ze ślubu?
Jacek: Nikt nie miał takiego ślubu jak my! Planowaliśmy kameralną uroczystość bez wesela. Do kościoła przyjechaliśmy własnym samochodem. A tu niespodziewanie zjawili się moi koledzy na motocyklach. Po Mszy św. w kościele św. Jakuba wszyscy zaczęli mnie namawiać na przejażdżkę, dlatego wsiadłem z Martą na motor terenowy i... pojechałem.
◗ Jak Ci się podobała, Marto, ta odrobina szaleństwa?
Marta: Bardzo! Pierwszy raz jechałam na motocyklu na jednym kole. Zostaliśmy uwiecznieni w prasie. Na ślubie zjawił się kolega z „Super Expressu” i nasza fotografia ukazała się w gazecie. Wygrała nawet konkurs na zdjęcie weekendu. Traf chciał, że obok kościoła znalazła się też telewizja i podobno pokazali nas w Teleexpressie.
Jacek: Dodam, że nigdy w życiu nie przewróciłem się, jadąc na motorze na jednym kole. Wtedy jechałem spokojnie, a Marta musiała podwinąć sukienkę, bo bałem się, że materiał wkręci się w koła.
◗ Marto, czy kiedy się poznaliście, nie miałaś obaw związanych z niebezpieczeństwem, jakie grozi Twojemu mężowi podczas rajdów?
Marta: Wtedy nie wiedziałam, że Jacek jeździ na motorze, a potem długo nie zdawałam sobie do końca sprawy z tego, na czym to polega. Nigdy wcześniej nie byłam na treningach czy zawodach motocyklowych. Pamiętam, że przed poznaniem Jacka, w styczniu 2000 roku, siedziałam w domu przed telewizorem i zmieniając kanały, trafiłam na transmisję Rajdu Dakar na Eurosporcie. Zobaczyłam, jak motocykliści spadają z wydm i pomyślałam: „Kim trzeba być, aby coś takiego robić?”. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak często będę te relacje oglądać. Któregoś dnia Jacek powiedział mi, że to jego przygoda życia i że pojechał na Rajd Dakar pewnie pierwszy i ostatni raz. I tak jeździ już... 10 lat. Prawdziwy strach ogarnął mnie wtedy, gdy na rajdach zaczęły się zdarzać śmiertelne wypadki.
◗ Jak zareagowałaś, kiedy podczas Rajdu Dakar w 2001 roku Jacek zaginął na trasie?
Marta: Byłam przerażona. Czekałam na wiadomość. Dzwoniłam do jego kolegów. Marek Dąbrowski, który złamał wtedy nogę i wrócił do Polski, zapewniał mnie, że nic się nie stało, ale nie mogłam w to uwierzyć.
Jacek: Zaczęło się od tego, że na pustyni zepsuł mi się sprzęt. Przyjechali przedstawiciele organizatora, którym powiedziałem, że będę go naprawiał. Nie udało mi się, więc podano informację, że wycofuję się z rajdu. Czekałem na tak zwaną kostuchę, czyli samochód, który zabiera motocykl, i helikopter, który miał przyjechać po mnie. Samochód nie docierał, a helikopter tylko zrzucił mi prowiant i poleciał. Czasami na Dakarze człowiek czeka na niego półtora dnia, nieraz trzeba spędzić całą noc na pustyni. Próbowałem jeszcze raz naprawić motocykl i udało mi się ruszyć. W tym czasie przyleciał helikopter, a że mnie nie znalazł, media podały, że zaginąłem. Nie było jeszcze telefonów satelitarnych i nie mogli mnie zlokalizować. Teraz organizatorzy widzą nas przez satelity. Wtedy istniały tylko boje ratunkowe odpalane po wypadku, jako sygnał dla helikoptera. Nie mogłem odpalić boi, bo nie znalazłem się w sytuacji zagrożenia. Mieliśmy GPS-y, ale one tylko pokazywały trasę. Dziś są urządzenia, dzięki którym widać, z jaką prędkością jadę. Jednak gdy coś szwankuje, na monitorze organizatora pozostaję cały czas w tym samym miejscu, co może wyglądać na wypadek. Ostatecznie udało mi się wtedy dojechać na metę.
◗ Marto, czy po tylu latach wspólnego życia przyzwyczaiłaś się do tego, że zawód wykonywany przez Jacka jest niebezpieczny?
Marta: Nie, nadal boję się o niego. Z każdym rokiem i z każdymi zawodami boję się coraz bardziej. Lęk zamiast maleć, narasta. Może dlatego, że będąc w czołówce, Jacek jeździ coraz szybciej. Na trzecim rajdzie Dakar urwała mu się kierownica. Pękły śruby i przy prędkości 100 kilometrów na godzinę wywrócił się. Na szczęście nic mu się nie stało, ale trudno nie bać się po takich wypadkach.
Jacek: Kiedyś liczyła się nawigacja. Teraz najważniejsza jest prędkość. Motocykle są coraz szybsze, wzrasta konkurencja. Niestety, zwiększa się też liczba wypadków. Wielokrotnie zdarzało mi się w czasie rajdów udzielać pomocy innym zawodnikom.
◗ Marto, jaki masz sposób, aby przetrwać kolejny rajd Jacka?
Marta: Do tradycji należy Msza św. przeddakarowa za wszystkich uczestników rajdu organizowana przez naszego przyjaciela, księdza Mariana Mindurę. Podczas Rajdu Dakar codziennie chodzę do kościoła, inaczej nie dałabym rady. Śmieję się, że raz swoją modlitwą sprawiłam, że rajd odwołano, a takiego precedensu w historii Dakaru nie było. Miałam wtedy zostać sama w nowym, nieogrodzonym jeszcze domu z dwójką malutkich dzieci. Bardzo chciałam, aby Jacek nie pojechał. I zdarzył się cud.
Jacek: Wiem, że to stres dla Marty, dla mnie także. Kiedyś Marta przyjechała do Egiptu na metę Dakaru, a ja jej nie poznałem. Byłem tak wycieńczony.
Marta: Powiedział tylko „cześć”. Nie przytulił mnie, nie objął. Było mi przykro, że tak potraktował moją niespodziankę. Trochę to trwało, zanim doszedł do siebie.
◗ Co najbardziej pomaga Ci, Jacku, w trudnym czasie zawodów?
Jacek: Kilkanaście sekund przed startem i w czasie rajdu najbardziej pomaga mi modlitwa. Odmawiam kilkakrotnie własną wersję „Aniele Boży”. Wożę ze sobą święte obrazki: Matkę Bożą, św. Krzysztofa.
Marta: Kiedy Jacek jechał na swój drugi Rajd Dakar, dałam mu zafoliowane swoje zdjęcie z Kubą, na jego odwrocie był wizerunek św. Krzysztofa. To taki hamulec bezpieczeństwa.
Jacek: Włożyłem je do kieszonki w motorze, obok karty rajdu. Raz zabrałem ze sobą pluszaka dzieci. Muszę się też przyznać do zabobonów. Zawsze zaczynam ubieranie od lewej skarpetki, a gdy kończę zawody, najpierw zdejmuję prawą. Podobnie z ochraniaczami. Inni zawodnicy są jeszcze bardziej zabobonni.
◗ Jaki stosunek do udziału Jacka w rajdach motocyklowych mają dzieci?
Marta: One także podczas rajdów zawsze modlą się wieczorem za tatę. „I bardzo Ciebie proszę, Boże, żeby tatuś wrócił szczęśliwie do domu i żeby wygrał na tych zawodach” – mówi Hela. Po rajdzie pyta tylko, czy tata wygrał i wtedy czasem jej odpowiadam dla świętego spokoju, że tak. Za wcześnie, żeby rozumiała, że szesnaste miejsce to znakomity wynik. W jej pojęciu trzeba być pierwszym. Kuba denerwuje się, gdy Jacek zajmuje np. szesnastą pozycję. Mówi, że nie rozumie, dlaczego tak słabo pojechał. Uważa, że jego tata jest najlepszy i bardzo mu ufa. Sam jest bardzo ambitny, co przekłada się też na jego naukę. Ma dobre stopnie, szczególnie z matematyki. Kuba śledzi wyścigi motocyklowe w Internecie. Jest cierpliwy i często mnie uspokaja, gdy niepokoję się, że Jacek jeszcze nie dotarł na metę.
Jacek: Nauczyłem Kubę jeździć na motorze dla dzieci, kiedy miał 4 lata. Już niedługo będę go uczył jazdy na motorze „dorosłym”, z biegami. Na pewno sprawi mu to w przyszłości frajdę. Kuba jest bardzo sprawny: pływa, jeździ na rowerze, nartach, ale nie zapisujemy go na żadne dodatkowe zajęcia sportowe ze względu na jego wadę serduszka. Wolimy dmuchać na zimne. Nie zostanie sportowcem, co bardzo przeżywa. Może będzie jeździł na motocrossach w Polsce. W tym roku jazdy na motorze dziecięcym będzie się uczyła Hela.
◗ A jak Kuba i Helenka przeżywają rozstania z tatą?
Marta: Są do nich przyzwyczajone. Nie wiem nawet, czy Kuba tęskni. Nieobecność taty ma już chyba zakodowaną. Helence zdarza się tęsknić, czasem płacze nawet po tygodniu. Prosi mnie wtedy, abym napisała tatusiowi SMS, że bardzo go kocha, co natychmiast robię.
◗ Ty, Marto, zajmujesz się dziećmi na co dzień, a czy Ty, Jacku, poświęcasz im czas, kiedy jesteś w domu?
Jacek: Staram się zajmować dziećmi: zawożę je i odbieram z przedszkola i ze szkoły, odrabiam z Kubą matematykę, oglądamy razem telewizję, uczę je pływania, jazdy na nartach i rowerze. Lubię być w domu z rodziną. Wracam tu zawsze z przyjemnością. Nie udzielam się towarzysko, ale przyznam, że mało pomagam żonie. Jeśli mnie o coś poprosi, pomogę, ale nie robię nic sam z siebie. Niestety, jestem leniwy i większość obowiązków spada na Martę. To ona zajmuje się domem i dziećmi, ale też moją chorą, leżącą mamą, która z nami mieszka.
Marta: Kiedy Jacek jest w domu, zawsze spędzamy czas we czworo. Nawet jeśli zajmujemy się czym innym, przebywamy w tym samym pomieszczeniu. Szczęśliwi czujemy się tylko razem.
◗ Bardzo dziękuję za rozmowę.