![]() |
| fot. Shutterstock |
Mąż o kłopotach, w które wpadł, w domu nawet się nie zająknął. Dorosły syn też ma swoje tajemnice (handel narkotykami, niechciana ciąża dziewczyny, której każe usunąć dziecko)… Taki obraz polskiej rodziny nakreślił współczesny pisarz Krzysztof Bizio w dramacie „Porozmawiajmy o życiu i śmierci”. Czy to wizja przesadzona? Karykaturalna?
Krystyna Janda w reżyserowanym przez siebie spektaklu teatru telewizji pod tym samym tytułem przeplotła sceny z życia bohaterów ze scenami Męki Pańskiej. Przez to zderzenie sacrum i profanum jeszcze bardziej porażają bezduszność i cynizm bohaterów, ich znieczulenie na wszystko… A tak naprawdę – kryjąca się pod nimi przeraźliwa samotność.
Jak doszło do tego, że stali się sobie aż tak obojętni? Dlaczego gdzieś po drodze zagubili wszystko to, co ludzkie? Przecież się kochali, przecież byli dla siebie najważniejsi, przecież tak bardzo im zależało… I, na przestrzeni lat, niepostrzeżenie, krok po kroku, oddalali się od siebie. Teraz już tylko mijają się na kilkudziesięciu metrach kwadratowych. Mają wspólną kuchnię i salon, ale nie mają wspólnego życia. Są dla siebie jak przechodnie na zatłoczonej ulicy: biegną każdy w swoją stronę, a wszyscy inni zlewają im się w bezkształtną ludzką masę…
W ogrodzie życia
Relacje między najbliższymi osobami porównuje się często do ogródka, który niepielęgnowany, szybko zmarnieje. Jak je podlewać, czym odżywiać, żebyśmy mogli się nimi jak najdłużej cieszyć?
Popularne recepty: „Żyć razem, a nie obok siebie”, „Spędzać czas ze sobą” wydają się proste. Tylko… co to naprawdę znaczy? Przecież można przebywać w jednym mieszkaniu całą dobę i w ogóle nie być razem, bo każdy zaszywa się w swoim kącie i zajmuje własnymi sprawami. W ten sposób oddalamy się od siebie. – Spędzanie czasu razem pozwala zbudować i utrzymać więź, daje szansę towarzyszenia sobie nawzajem zarówno w najważniejszych życiowych wydarzeniach, jak i w codzienności – podkreśla psycholog i psychoterapeuta Andrzej Miziołek. – Jeden z praktycznych aspektów miłości zakłada dokładne poznanie osoby, którą kocham. A to właśnie wspólnie spędzany czas umożliwia poznawanie siebie nawzajem, wciąż na nowo.
Niezbędna jest rozmowa. Prawdziwa, szczera, nie tylko ta pozostająca na poziomie techniczno-logistycznym. O tym, co na obiad, kto odbierze dzieci ze szkoły, o której on czy ona wracają z pracy i jak długo jeszcze można zwlekać z remontem przeciekającego dachu… Małżeństwo jak kania dżdżu potrzebuje dialogu. – Czasami wymaga to wysiłku, jednak warto, by małżonkowie go podjęli. Dzielili się z sobą nawzajem również sukcesami, problemami, nadziejami czy obawami. Mówili o swoich przemyśleniach. I zadbali o wspólne zainteresowania, niekoniecznie jakieś wyszukane, to może być oglądanie filmów czy zwykły niedzielny spacer – podpowiada psychoterapeuta.
Wczesne zadzierzgnięcie
Każdy, kto chce mieć dobry kontakt ze swoim nastoletnim dzieckiem, musi zacząć na to pracować znacznie wcześniej. Jeśli bliska więź nie zostanie zadzierzgnięta w dzieciństwie, nie da się tego potem nadrobić. Psycholog Andrzej Miziołek podkreśla, że w relacji rodzic – dziecko ważne są stałość i przewidywalność, które dają poczucie bezpieczeństwa. – Dlatego liczy się zarówno ilość, jak i jakość czasu spędzanego wspólnie. To wszystko decyduje o tym, czy dziecko ma poczucie dostępności rodzica, a tak właśnie być powinno. Poświęcanie uwagi dziecku sprawia, że ono czuje ważne, cenne, wie, że nam na nim zależy.
Nie znaczy to jednak, że mama czy tata powinni cały dzień bawić się z dzieckiem. Jest czas i na wspólną aktywność, i na bycie obok siebie, kiedy każdy jest zajęty swoimi sprawami, np. mama czyta książkę, a dziecko bawi się obok niej. Obie formy spędzania czasu mają swoją wartość, obie są potrzebne. – Spędzanie czasu obok siebie pod jednym dachem może być wyrazem nadawania dziecku autonomii – przekonuje Andrzej Miziołek. – Samodzielna zabawa dziecka czy też czas spędzany przez nie z rodzeństwem, a nie z dorosłymi, kształtują w nim ważne cechy: samodzielność, poczucie odrębności, niezależności, które trudniej rozwinąć, jeśli rodzic chce spędzać cały swój czas na zabawie czy rozmowie z maluchem.
Co więcej, dziecko powinno wiedzieć, że mama czy tata także mają swoje własne potrzeby i prawo do ich realizowania. Dorośli nie istnieją przecież wyłącznie dla dziecka, po to, by zaspokajać jego potrzeby, spełniać zachcianki i kaprysy. Świadomość tego faktu pomaga też w okiełznaniu egoizmu dziecka, które nie dorasta w przekonaniu, że jest pępkiem świata.
Deficyt a manipulacja
Ważna jest nie tylko ilość czasu spędzanego z dzieckiem, lecz także to, na co i w jakich proporcjach go przeznaczamy. Czas zabawy powinien być oddzielony od czasu nauki na tyle wyraźnie, by dziecko nie próbowało mieszać tych dwóch porządków. Jeśli uczymy się literek, to po chwili nie tarzamy się po dywanie przy akompaniamencie salw śmiechu (co oczywiście nie znaczy, że nie możemy nawet zażartować). Albo się uczymy, albo się bawimy. Problem w tym, że dla wielu rodziców liczy się tylko to pierwsze. – Trzeba koniecznie znaleźć czas przeznaczony na wspólną zabawę z dzieckiem, przytulanie, tarmoszenie i wygłupy – przekonuje Andrzej Miziołek.
Jeśli każdą wspólną chwilę z dzieckiem rodzic będzie chciał spędzić pożytecznie – oczywiście dla dobra pociechy – bo przecież trwa wyścig szczurów, bo dziecko musi się rozwijać i szkoda każdej zmarnowanej sekundy – mama czy tata będą się kojarzyli kilkulatkowi wyłącznie z pracą i wymaganiami. A przecież również zabawa, nie tylko powtarzanie angielskich słówek czy mozolne składanie liter w sylaby, wpływa na rozwój dziecka.
Deficyt czasu spędzanego z dzieckiem odciska piętno na jego osobowości. Maluch desperacko walczy o uwagę rodziców. Skoro nie może jej zyskać, kiedy jest grzeczny, zaczyna być niegrzeczny, ponieważ wie, że wtedy dorośli się nim zainteresują. I nawet jeśli będą temu towarzyszyły krzyki i reprymendy, to woli je od obojętności mamy i taty. – Dziecko szybko się orientuje, że kiedy jest chore albo poszkodowane (ma stłuczone kolano itd.), skupia się na nim uwaga rodziców – tłumaczy Andrzej Miziołek. – Dlatego maluch celowo lub podświadomie zaczyna prowokować takie sytuacje: częściej choruje, częściej się o coś obija czy rani. Co więcej, te mechanizmy zachowań będą mu już towarzyszyły całe życie. Jako dorosły człowiek też będzie manipulował innymi ludźmi, by osiągnąć swój cel.