Są aktorami, dla których w życiu zawodowym zawsze najważniejszy był teatr. Przez kilkanaście lat spędzali ze sobą prawie całą dobę, grając razem w tych samych sztukach najpierw w teatrach w Łodzi, a potem w Warszawie. Dzisiaj Agata i Andrzej mają mniej czasu dla siebie. Ten, który im pozostaje, starają się spędzać w domu, często z 19-letnią córką Agnieszką, która z miesiąca na miesiąc staje się coraz bardziej samodzielna.
![]() |
| Agata, Andrzej i Agnieszka Mastalerzowie fot. RYSZARD DZIEDZIC |
◗ Co było powodem Waszej decyzji, aby po szesnastu latach od ślubu cywilnego zawrzeć ślub kościelny?
Agata Piotrowska-Mastalerz: Każdy dom po szesnastu latach wymaga remontu, zwłaszcza gdy przetoczyły się przez niego różne zawieruchy. Nasz stał na słabym fundamencie, więc remont musiał być poważny… Historia, a może nasz wiek, czyli 40 lat, postawiły nas wobec życiowych weryfikacji. Chcieliśmy opowiedzieć się po stronie wartości, które sami wyznawaliśmy. Do momentu ślubu kościelnego było mi bardzo ciężko z tym, że nie mogłam przystępować do Komunii św., zwłaszcza gdy zbliżały się święta Wielkiej Nocy. Tak odbywało się to w sferze łączności z Panem Bogiem. Natomiast w codziennym życiu czułam, że bez wypowiedzenia sakramentalnego „tak” wobec Najwyższego i wobec samych siebie bardzo łatwo jest uprawiać szantaż emocjonalny. Wszystko można zakończyć z dnia na dzień. Z jednej strony myślałam, że podjęłam decyzję na całe życie, ale z drugiej uważałam, że ostatecznie jestem w stanie się z niej wycofać. Czasami na różnych życiowych zakrętach zdawało mi się, że rozstanie będzie dla mnie ocaleniem. To rozdwojenie, którego konsekwencją jest strach.
Andrzej Mastalerz: Uwarunkowania historyczne nie były, w moim przypadku, bezpośrednią przyczyną. Urodziłem się na Śląsku, zostałem wychowany w wierze katolickiej, potem jednak przebyłem wyboistą drogę. Pan Bóg ode mnie nie odszedł, ale usiadł sobie w kąciku i czekał. Wiedział, że prędzej czy później i tak do Niego wrócę.
◗ Pan także wcześniej uważał, że małżeństwo bez sakramentu nie cementuje związku na zawsze?
Andrzej: Nie, ponieważ gdyby z Dekalogu wyłączyć jedno przykazanie i tak doszlibyśmy do tej samej hierarchii wartości. Twierdzenie, że odrzucając istnienie Boga, odrzucamy również Dekalog i wybieramy nihilizm, byłoby uproszczeniem. Między nihilizmem a odrzuceniem wiary jest jeszcze cała przestrzeń do zagospodarowania. Dlatego lata sprzed zawarcia ślubu kościelnego nie były tak beztroskie, że mogłem podejmować decyzje bez ponoszenia za nie konsekwencji. Wszystko, co wybiega poza kodeks, który sami sobie narzucamy, kiedyś do nas wróci. Nic nie odbywa się bezkarnie. Bez względu na to, czy ktoś wierzy w Boga, czy nie.
◗ Jak zareagowała Państwa córka na wiadomość o ślubie kościelnym rodziców?
Agata: Spojrzała na nas, powiedziała: „To jest właśnie cudowna moc Matki Boskiej Ostrobramskiej” i poszła. Dla niej było oczywiste, że to się wydarzy.
◗ Czy Pani, podobnie jak mąż, została wychowana w wierze katolickiej?
Agata: Tak. Urodziłam się w małej wsi na Podkarpaciu, gdzie szkoła, parafia i Dom Ludowy stanowiły jedność. W tych miejscach jednoczyła się cała społeczność naszej wioski. Kiedy pojechałam do swojej pierwszej pracy do Łodzi i poszłam do kościoła, zdziwiłam się, widząc, że tamtejsi wierni to grupa przypadkowych osób, między którymi nie ma żadnej więzi. Wiarę przekazali mi rodzice. Moja mama już nie żyje, ale z ojcem łączy mnie bardzo bliska relacja.
◗ Czy macie Państwo wspólną strefę duchowości jako małżeństwo, coś więcej niż wspólne chodzenie do kościoła?
Andrzej: Tak, ponieważ wspólna przestrzeń duchowa jest fundamentem współistnienia każdej zbiorowości ludzkiej, także małżeństwa. Jeśli jej nie ma, związek prędzej czy później skazany jest na zagładę.
Agata: Szczególnie okres wakacji to dla nas wspólne udeptywanie ścieżek wiary. Od kilku lat jeździmy do Włoch. Mamy zaprzyjaźniony klasztor Ojców Michalitów niedaleko Rzymu, gdzie razem izolujemy się od świata. W tym roku byliśmy też na górze Gargano w sanktuarium Michała Archanioła i w San Giovanni Rotondo.
◗ Dlaczego mimo wielu zajęć decydujecie się wspomagać michalitów w ich dziele?
Andrzej: Ponieważ proste ludzkie uczynki są szalenie istotne. Nigdy nie mam oporów, gdy michalici proszą mnie, aby udzielić młodym lektorom paru technicznych wskazówek. Chętnie dzielę się swoją wiedzą i doświadczeniem. Wiem, że będzie to dobrze spożytkowane.
Agata: Nadszedł czas, że odczuwamy silną potrzebę dawania. Stąd mój pomysł na pracę z młodzieżą i dziećmi w szkołach, prowadzenie warsztatów w świetlicy środowiskowej. Dzięki temu wchodzę również w inną przestrzeń zawodową. Lubię jeździć do michalitów i jestem im wdzięczna za zaproszenie.
◗ Wracając do przestrzeni duchowej – czy staracie się Państwo ją poszerzać?
Andrzej: Rozwijanie tej przestrzeni to sprawa bardzo indywidualna. Każdy musi w ciszy i skupieniu pracować nad tym sam. Musi odpowiadać sobie na podstawowe pytania. I codziennie trzeba zaczynać od nowa, bo nic nie jest nam dane raz na zawsze. Myślę, że to o wiele cenniejsze niż zbiorowe poszukiwanie duchowości.
Agata: Dwie indywidualnie rozwinięte przestrzenie duchowe mogą się połączyć w jedną większą przestrzeń. Przez kilka pierwszych lat naszego małżeństwa „na kartę rowerową” namawiałam Andrzeja do ślubu kościelnego, lecz napotykało to jego opór. Zgodził się dopiero w chwili, gdy odpuściłam. Do wspólnego rozwijania przestrzeni duchowej trzeba dorosnąć.
◗ Włączacie do tej przestrzeni także córkę?
Agata: No jasne. Agnieszka jest związana z Rejsem, dominikańskim duszpasterstwem młodzieży. Jeździ z nimi m.in. na wakacje. Czasem śpiewa w scholi. Być może to ona próbowała nas włączyć w swoją duchową przestrzeń, a nie odwrotnie.
◗ Dużo czasu spędzacie Państwo ze sobą?
Agata: Bardzo dużo. Przez osiemnaście lat codziennie pracowaliśmy razem w dwóch teatrach, graliśmy w tych samych przedstawieniach. Byliśmy ze sobą prawie 24 godziny na dobę...
Andrzej: To potwornie trudne.
Agata: Ale świetne! Tylko że atmosfera w pracy zależała od atmosfery w domu. Kiedy w domu było dobrze, w pracy także nam się układało. Relacje domowe zawsze przekładały się na zawodowe. Najpierw razem pracowaliśmy, a następnie rozmawialiśmy o pracy w domu. Potem przyszedł czas dla mnie trudniejszy, gdyż po przeprowadzce do Warszawy musieliśmy się przyzwyczajać do tego, że każde z nas zaczyna iść trochę inną drogą.
Andrzej: Wcześniej praca zajmowała nam 18 godzin, zakładając, że przez 6 godzin śniliśmy o czymś innym niż o robocie. Dziś spędzamy ze sobą znacznie mniej czasu niż kiedyś, gdyż od roku nie pracuję już na stałe w żadnym teatrze.
◗ Co lubicie Państwo robić razem?
Agata: Chodzić na spacery. Cztery lata temu wzięliśmy psa ze schroniska. Wega była z nami do niedawna. To ona wyprowadzała nas z domu na codzienne przechadzki. Te wieczorne stanowiły dla nas przedłużenie dnia. Aż boję się pomyśleć, co będzie teraz…
Razem chodzimy na spotkania towarzyskie. Naszych warszawskich przyjaciół, z którymi spotkaliśmy się wiele lat temu w Bieszczadach i nawiązaliśmy niezwykłą więź, nazywamy zresztą „rodziną zastępczą” albo „grupą wsparcia”. To przyjaciele, którzy od wielu lat pomagają nam na różnych etapach życia.
Andrzej: Jestem typem indywidualisty, jednak czasami, zarówno w pracy, jak i w życiu, trzeba podporządkować swoje działania jakiejś wspólnej całości.
|
|
| fot. RYSZARD DZIEDZIC |
◗ Czy spędzacie dużo czasu również z córką?
Andrzej: W miarę możliwości tak, chociaż ona specjalnie za tym nie tęskni.
Agata: Jednak kiedy wraca wieczorem zmęczona ze szkoły mówi: „Och, jak ja lubię być w domu”. To jest dla mnie bardzo cenne.
◗ Jakie są Państwa rodzinne zwyczaje?
Agata: Niedzielny rosół! Ale nie tylko. Codziennie siadamy razem do stołu. Przedtem gotujemy. Kiedy ja gotuję, chcę, aby Andrzej mi pomagał i towarzyszył, chociażby głośno czytał. Gdy on gotuje, woli być sam. W zeszłym tygodniu rozpromieniony otworzył mi drzwi, mówiąc, że ugotował kapuśniak.
Andrzej: Zdarza się, że Agata nie może wykonać swoich domowych obowiązków. Jeśli tylko potrafię, robię to za nią. I odwrotnie. Ugotowanie obiadu, prasowanie czy sprzątanie to dla mnie żaden problem.
◗ A Pani umie wbić gwóźdź?
Agata: Tak, jak również pomalować ściany i prowadzić samochód.
◗ W naszej rozmowie nieustannie powracamy do kuchni i do stołu. Mam wrażenie, że to właśnie stół jest najważniejszym meblem w Państwa domu. Czy tak jest naprawdę?
Andrzej: Tak. Nie na darmo stół był także pierwszym rekwizytem w polskim teatrze, który u zarania był związany z religią. Stół to miejsce, bez którego nie ma domu. Nie zastąpi go żadna ława.
◗ Odnoszę wrażenie, że udało się Państwu stworzyć dom, którego mieszkańcy czują się razem dobrze. Przyszło to mimowolnie czy jest efektem szczególnych starań?
Agata: Budowanie domu to kwestia starań i walki z własnymi wadami: egoizmem, lenistwem – czasem gospodarczym, a czasem duchowym. Bycie razem staje się wzajemną stymulacją do szukania, rozwijania się, czytania, spotkań z ludźmi.
Andrzej: Posiadanie domu jest naturalną potrzebą człowieka. To podświadome. Stworzenie go jest trudne i wymaga ciężkiej pracy. Lżej ma ten, kto wychował się w domu, w którym istniało ognisko rodzinne i ciepło. Może czerpać z niego siłę. Bez domu czułbym się źle i pewnie szybciej bym umarł.
◗ Rodzina staje się zatem ostoją i pokarmem duchowym?
Andrzej: Musi nimi być.
Agata: Jest taka przypowieść o piekle i niebie małżeńskim. Małżonkowie wchodzą do sali, gdzie stoi suto zastawiony stół. Siadają naprzeciw siebie, biorą do ręki łyżki, które mają bardzo długie trzonki. W niebie małżonkowie karmią się nawzajem, a w piekle usiłują jeść sami, ale nie mogą, ponieważ trzonki są za długie, by mogli trafić łyżką do ust.
◗ Ta przypowieść zawiera prawdę o nas, ludziach. Uważacie Państwo, że dawanie siebie bliskim jest w rodzinie zadaniem najtrudniejszym?
Agata: Właściwie tak. Niedawno odeszła do wieczności nasza ciocia Hania. Mieszkała w moim rodzinnym domu. Nie miała swoich dzieci. Całe życie starała się dla wszystkich (piekła najlepsze na świecie ciasta!), a potem inni starali się dla niej. Przed śmiercią powiedziała: „Ja wam tak bardzo dziękuję, bo miałam piękne życie. Spotkało mnie tyle dobra. Cieszę się, że teraz ze mną jesteście i że mogę się ze wszystkimi pożegnać”. Odchodziła ze świata z takim kapitalnym testamentem. Po pogrzebie przygotowywałyśmy z siostrą przyjęcie dla rodziny. Otworzyłyśmy ciociną szufladę z przepisami, spojrzałyśmy w niebo i zrozumiałyśmy, że nie mamy wyjścia… Teraz nasza kolej.
◗ Przez kolejne lata małżeństwa na pewno przechodzili Państwo trudne chwile. Czy ktoś Was wtedy wspierał?
Agata: Nadal takie momenty przechodzimy. Radzimy sobie z nimi sami. Pomagają nam w tym obowiązki domowe: konieczność wspólnego zjedzenia śniadania, obiadu, wyjścia do kościoła, wyjazd na wakacje. Tak powoli wygrzebujemy się z lawiny, która nas zasypała. Zaczynamy być razem i zaczynamy rozmawiać. Coraz częściej szkoda nam czasu na to, aby za długo trwać w gniewie i złości.
◗ Czy zawód, jaki Państwo uprawiacie, nigdy nie zdominował Waszego życia?
Andrzej: Czasami nie ma innego wyjścia, niż mu się oddać. Jeśli chce się coś zrobić dobrze, trzeba się w tym zanurzyć, a to wymaga dużo czasu i poświęcenia. Jeżeli jednak przekroczy się granicę, czyhają na człowieka różne niebezpieczeństwa. Trzeba sobie wyrobić dystans do zawodu i trzymać rękę na pulsie.
Agata: Mnie od pracy zdystansowało życie. Kiedy mieszkaliśmy w Łodzi, byłam dobrze zorganizowana, miałam harmonogram na każdą godzinę. Żyłam w ciągłej gonitwie między teatrem, wychowaniem dziecka a obowiązkami domowymi.
◗ Jak – pracując w takim rytmie – można dobrze wychować dziecko?
Andrzej: Myślę, że ugruntowały nas środowiska, z których pochodzimy, i wyznawany system wartości. To było naturalną podstawą, podobnie jak instynkt rodzicielski. Praca i nasz tryb życia stanowiły do tego tylko dodatek. W dziele wychowania córki, które w postaci wspólnych zabaw, spacerów, posiłków, wydawało nam się zawsze naturalnym wypełnieniem naszej codzienności, bardzo nam pomogła świętej pamięci pani Róża, ukochana opiekunka Agnieszki. Także dzięki niej nasza córka wyrosła na porządnego człowieka.
Agata: Dziś dziadek mówi o wnuczce: „Moja dewotka” [śmiech]. Z perspektywy czasu widzę, że był mi dany naturalny dar macierzyństwa.
◗ Z tego wynika, że Państwa relacje z córką zawsze układały się dobrze. Czy to prawda?
Andrzej: Tak. Teraz Agnieszka staje się coraz bardziej samodzielna i potrzebuje więcej czasu dla samej siebie, na swoje własne życie. To naturalna kolej rzeczy.
◗ Jesteście gotowi na moment jej odejścia z domu?
Andrzej: Nie mam pojęcia, jak zareaguję, ale uważam, że moglibyśmy wyrządzić dziecku wielką krzywdę, zatrzymując je fizycznie albo emocjonalnie. Trzeba pozwolić na ten czas i nie opóźniać go. Jeśli nie przetnie się pępowiny, można młodego człowieka skrzywdzić, skazać na kalectwo duchowe.
◗ Nie dotyka Państwa czasem monotonia codzienności?
Agata: Mnie nie. A może Ciebie, Andrzeju?
Andrzej: Myślę, że uprawiamy zawód, który nas przed tym chroni. Nie pozwala nam na nudę. Będąc aktorami, często żyjemy cudzym życiem i nie możemy po powrocie do domu rzucić teczki w kąt. Dokonujemy przecież operacji na żywym organizmie. Takie nisze pozwalają spojrzeć z dystansu na wszystko, co nas dotyczy. Ale na szczęście to tylko zawód.
◗ Czy macie Państwo jakieś ważne plany na przyszłość?
Agata: „Jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz Mu o swoich planach”.
Andrzej: Skończyłem właśnie zdjęcia do dwóch filmów fabularnych. Mam przerwę w zdjęciach do kolejnego. Korzystając z tej przerwy, spotkam się z rodziną, odwiedzę dawno niewidzianych przyjaciół. Ugotuję golonkę w kapuście i może po prostu posiedzę w domu.
◗ Bardzo dziękuję za rozmowę.









