Po przeprowadzce z Krakowa mieszkają pod Warszawą, z dala od miejskiego zgiełku. Agnieszka, Robert i ich córki: piętnastoletnia Angelika i trzyletnia Rozalka, lubią swój dom, powracają do niego z radością po intensywnym dniu pracy, zajęć szkolnych i przedszkolnych.
![]() |
|
Rodzina Korzeniowskich: Agnieszka i Robert, |
◗ Czego, Waszym zdaniem, powinno być pod dostatkiem w dobrym domu?
Agnieszka Korzeniowska: Głównie miłości, ale też opieki, miłej dla domowników atmosfery, w której wszyscy czują się kochani i zauważani. W naszym domu każdy ma własne sprawy, ale staramy się troszczyć o siebie nawzajem i nie zaniedbywać, robić coś wspólnie, wychodzić razem. Oprócz miłości najważniejsza jest właśnie ta rodzinna wspólnota.
Robert Korzeniowski: Ja także uważam, że bezwarunkowo miłość! Nie może jej zabraknąć. I to miłość szeroko pojęta: od ciepła, rozmów z bliskimi, po dobry klimat. Dom nie może stać się sypialnią. Musi być miejscem, do którego mentalnie wracamy nie dlatego, że wiemy, gdzie mieszkamy i znamy adres, tylko dlatego, że mamy pewność, iż właśnie tam czeka nas coś dobrego emocjonalnie. Rodzina funkcjonuje najlepiej, gdy jej członkowie nie są zakładnikami – mają swoje jednostkowe cele, ambicje, marzenia, a także przyjaciół. Nie realizują się tylko w domu.
◗ Czy trudne były dla Was przenosiny z Krakowa do Warszawy?
A.K.: Pierwszy wyjechał Robert, dziewięć miesięcy przed nami. Życie w rozłące było uciążliwe. Niekiedy widywaliśmy się raz na dwa tygodnie lub rzadziej. Ostatecznie podjęliśmy decyzję, że przeniosę się z dziewczynkami do Warszawy. Najbardziej dotkliwie przeprowadzkę odczułam właśnie ja. Starsza córka zaczynała wtedy naukę w gimnazjum, więc przyjęła ten fakt łagodnie, a dzisiaj nie wyobraża sobie, żeby mieszkać w innym mieście niż Warszawa. Młodsza była za mała, by cokolwiek rozumieć. Kupiliśmy dom, który z przyjemnością urządzałam, co w początkowym okresie po przeprowadzce pozwalało mi zapomnieć o Krakowie. Do dziś jednak z trudem się przestawiam na szalone warszawskie tempo życia.
R.K.: Wiem doskonale, że te przenosiny były trudne. Natomiast kiedyś, w trakcie jednej z naszych podróży na inny kontynent, powiedziałem żonie: „Zobacz, czujemy się tu jak w domu”. Wtedy się oburzyła, ale wytłumaczyłem jej, że dla mnie dom jest tam, gdzie jesteśmy my i gdzie jest nam dobrze. Oczywiście, liczą się przyjaciele, otoczenie, jednak najważniejsi są najbliżsi. Teraz już jesteśmy tu na tyle zadomowieni, że nie tęsknimy za byciem gdzie indziej. Udało nam się zbudować kolejny rodzinny dom i trwało to, moim zdaniem, krócej niż trwać mogło.
◗ Czy korzystacie z Waszych wzorców rodzinnych z dzieciństwa?
A.K.: Tak, byłam zawsze kochana przez rodziców, co przenoszę teraz na moje córki. Dzięki właściwym wzorcom jest łatwiej, choć musimy je dostosowywać do obecnej rzeczywistości. Staramy się zachowywać tradycje, dlatego na przykład każde święta spędzamy w gronie rodzinnym. Przynajmniej raz w roku spotykamy się przy jednym stole z całą rodziną, skupiamy się na naszych sprawach, zapominając o otaczającym świecie. Nasi rodzice mieszkają daleko – w Tarnobrzegu i w Sokółce, ale cały czas nam pomagają. Kiedy w listopadzie zeszłego roku byliśmy z mężem w Nowym Jorku, z dziewczynkami została jedna z babć. Gdy wyjeżdżamy na rodzinne wakacje, dziadkowie opiekują się naszym domem i psem. Kiedy ktoś z rodziny jest w okolicach Warszawy, wpada do nas na obiad. Naszą rodzinę postrzegamy jako wielopokoleniową, nie zamykamy się we własnym czteroosobowym kręgu.
R.K.: Nawet jeżeli jesteśmy tego nieświadomi, zawsze sięgamy po wzorce rodzinne. Jesteśmy podobni do naszych rodziców i dziadków, wychodzimy z wpojonych nam tradycji. W moim domu spotykałem się z ciepłem i ze zrozumieniem. Żyliśmy skromnie, ale godnie. Na wzajemnej miłości zbudowaliśmy nasze relacje. Podobnie jak ja dzisiaj pracuję, pracował kiedyś mój ojciec – często go nie było, wracał późno, a jednak zawsze czułem i czuję się z nim związany. Liczy się intensywność przekazywanych emocji, a nie tylko obecność obok siebie w domu. Tego się nauczyłem w dzieciństwie.
◗ Czy wpoiliście dzieciom to umiłowanie tradycji i rodzinność?
![]() |
| Fot. Mikołaj Mikołajczyk |
A.K.: Myślę, że tak, choć Angelika jest teraz na etapie buntu nastolatka. To trudny wiek. Mimo to chętnie z nami przebywa, spędzamy razem święta, nie wyjeżdża w tym czasie z koleżankami. Naturalnie spotyka się z przyjaciółmi, ponieważ bardzo potrzebuje kontaktów z rówieśnikami. Nie zabraniamy jej tego, ale trzymamy się określonych zasad. Ona już rozumie, że nie możemy jej na wszystko pozwolić, że oprócz przywilejów są też obowiązki. Wie, że idziemy razem do kościoła, siadamy z całą rodziną do posiłków, wyruszamy z naszym zwariowanym psem na świąteczny spacer.
R.K.: Staramy się po prostu żyć zgodnie z naszymi zasadami i wyznawanymi przez nas wartościami. A dopiero gdy córka będzie miała 25 czy 30 lat, założy rodzinę, okaże się, jaką wybrała drogę. Wydaje nam się, że obyczaje w naszych rodzinnych domach, związane ze świętami, ślubami, chrzcinami, czy formy utrzymywania kontaktu z najbliższymi wciąż się unowocześniają, ale nadal obracamy się w tym samym kodzie, zmieniają się jedynie czas i środki wyrazu. Tradycja jest głęboko w nas. Wierzę w to, że przetrwa okresy buntu i zwątpienia dzieci.
◗ Udaje się Wam namówić starszą córkę na wspólne wakacje?
A.K.: Oczywiście Angelika najchętniej jeździłaby już tylko ze znajomymi, ale od zeszłego roku wprowadziłam zasadę, że na tydzień lub dziesięć dni, w zależności od tego, na jak długo mogę wziąć urlop, w czasie wakacji wyjeżdżam z obiema dziewczynkami. Staram się wybierać takie miejsca, w których córki jeszcze nie były. Resztę wakacji Angelika spędza z rówieśnikami. Mąż z reguły nie ma czasu, aby jeździć z nami w lecie, więc wprowadziliśmy drugą zasadę dotyczącą wspólnego wyjazdu podczas ferii zimowych lub międzyświątecznych, na który, choćby nie wiem co się miało wydarzyć, jedziemy wszyscy.
◗ Jak godzicie na co dzień potrzeby córek, które dzieli dziesięć lat różnicy?
A.K.: Próbuję zaangażować Angelikę w to, czym zajmuje się Rozalka. Zdarza się, że Angelika sama wychodzi z inicjatywą. Niedawno była z Rozalką w kinie i w McDonaldzie, a potem wróciły same do domu. Gdy wyjeżdżam do Krakowa, Angelika ma odebrać Rozalkę z przedszkola. Wspieramy takie zachowania starszej córki, choć wymagało to ode mnie tzw. ględzenia, a od męża – stanowczości. Czasem trzeba Angelikę namawiać, aby zajęła się Rozalką, ale jeśli tak już się zdarzy, opiekuje się nią z wielkim zaangażowaniem. Miłe jest to, że spędzają ze sobą coraz więcej czasu. Razem rysują, bo Angelika jest urodzoną artystką, Rozalka zaś chętnie przy niej rozwija skrzydła, ucząc się. Byłam pozytywnie zaskoczona, gdy ostatnio Angelika przyznała, że bardzo tęskni za siostrą, kiedy wyjeżdża. Ich więź jest bliska, a sprzyja temu otwartość naszej młodszej córeczki, która lubi się przytulać, całować, zapewniać o swoim uczuciu. Rozalka wychodzi z inicjatywą i tym zbliża do siebie Angelikę.
R.K.: To prawda, że kontakty między dziewczynkami są serdeczne i pełne miłości, ale nie mają jeszcze wspólnych interesów, które by je naprawdę zbliżyły. Starsza córka jest na etapie zdobywania niezależności, która nie może być budowana na podstawie zależności od własnej siostry. Kiedy spędzają razem czas, dobrze się bawią, natomiast starsza nie poświęca na ogół swojego wolnego czasu na to, by zajmować się młodszą. Młodsza córka jest też bardziej skierowana na opanowanie rodziców i posiadanie ich niemalże na własność, i to też jest normalne. Gdy Rozalka będzie w wieku szkolnym, na pewno ich więź się wzmocni. Miałem podobną sytuację z moją o 12 lat młodszą siostrą. Jest to związek serdeczny i ciepły, momentami zastępowałem jej nieobecnego ojca, ale partnerami staliśmy się dopiero wtedy, gdy oboje dorośliśmy.
◗ Jak wygląda zwykły dzień z życia Waszej rodziny?
![]() |
| Fot.Mikołaj Mikołajczyk |
R.K.: Zazwyczaj wstaję o godzinie 6 rano i zaczynam od treningu. Potem wszystko jest ekspresowe: 30-minutowy bieg, prysznic i golenie. Śniadanie jem na stojąco. Uważam za bardzo cenne to, że jeszcze przed wyjściem widzę swoje kobiety. Do pracy wyjeżdżam około 7 i mniej więcej po godzinie docieram do biura. Tam ,,ostra jazda” aż do 19.
A.K.: Mój dzień rozpoczyna się o 6.30, a Angeliki – o 6.45. Najpóźniej budzi się Rozalka. Śniadanie jemy osobno, gdyż trudno jest zgrać rano rytm każdego z domowników. Angelika wychodzi do szkoły po godzinie 7. W tym czasie budzę Rozalkę i przygotowuję ją do przedszkola. Po jej odwiezieniu siadam do pracy przy komputerze w domu lub jeżdżę na umówione spotkania. Po południu staram się odbierać Rozalkę z przedszkola nie później niż o godzinie 15. To jej pierwszy rok edukacji przedszkolnej i nie chcę, by się zniechęciła. Potem, jeśli jest ładna pogoda, wychodzimy na podwórko. Kiedy jest brzydko, bawimy się, czytam jej książeczki, oglądamy bajki, gramy w gry planszowe i rozmawiamy, a raczej ja słucham niezwykłych, wymyślonych opowieści Rozalki, która oczekuje ode mnie zaangażowania, zainteresowania i najchętniej włączenia się do rozmowy. Nasza starsza córka wraca zwykle zanim odbiorę młodszą z przedszkola.
R.K.: Kiedy wracam wieczorem z pracy, kąpię Rozalkę i kładę ją spać. To mój rytuał.
A.K.: Ja w tym czasie porządkuję dom. Jednym z punktów w naszym rodzinnym harmonogramie jest to, że jeśli mąż jest w domu, dziewczyny spędzają czas z nim. Idą razem na spacer, do kina albo choćby do fryzjera. Bardzo lubią te wspólne wyjścia z tatą. Ja także z tego korzystam – robię wtedy to, czego nie mogę zrobić w tygodniu.
◗ Czy wspólne posiłki są dla Was ważne?
A.K.: W tygodniu nie udaje nam się zjeść razem. Dziewczyny z reguły jedzą obiady w przedszkolu i w szkole, a kolacje przed przyjściem taty z pracy. Jemy razem tylko w weekendy. W soboty w domu, w niedziele często wychodzimy z dziećmi do restauracji.
◗ Uważacie, że życie codzienne jest monotonne?
A.K.: Nie, przy dzieciach zawsze dzieje się coś ciekawego, innego niż poprzedniego dnia. Wczoraj czytaliśmy bajeczki, dziś gramy w Kubusia Puchatka. Rozalka ma masę pomysłów i chęci do różnych zajęć, więc nie ma miejsca na nudę. Trudno też się nudzić, mieszkając w tak pięknym miejscu, obok lasu. Jesienią codziennie chodzimy na grzyby.
R.K.: Nasze życie codzienne nie obfituje w zdarzenia, ale zmienia się otoczenie, pojawiają nowe tematy. Można powiedzieć, że życie jest monotonne, czynności się powtarzają: wstajemy, jemy, kładziemy się o tej samej porze, ale ważne jest, co robimy pomiędzy tym. Staramy się, aby nasze wakacje i weekendy były ciekawe i atrakcyjne, ale czasami zwykłe ponudzenie się razem także dobrze robi.
◗ Czy istnieje u Was ścisły podział obowiązków?
![]() |
| Fot. Mikołaj Mikołajczyk |
A.K.: Bywa różnie… Mamy zasady, których przestrzegamy – do nich należy kąpiel Rozalki i jej usypianie.
R.K.: Podział naszych obowiązków jest bardzo oczywisty. Nie robię niczego w domu, tylko przy specjalnych okazjach, jeśli mam dzień wolny, czasem coś ugotuję. Zawsze kąpię Rozalkę i czytam jej przed snem. Ale realnie nie wykonuję żadnych domowych prac, bo uznaję, że ważniejsze jest bycie z rodziną. Wieczorne chwile z Rozalką to nagroda za cały ciężki dzień.
◗ Czy Wam także, jak wielu rodzinom, brakuje czasu dla siebie nawzajem?
R.K.: Niestety, środki przekazywania informacji i łatwość przemieszczania się powodują, że dziś żyjemy bardziej intensywnie niż kiedyś. Ma to konsekwencje w wygospodarowaniu czasu dla rodziny. Jest go mniej, ale stawiamy na jego jakość, a nie ilość.
A.K.: W tygodniu pracujemy. Soboty i niedziele są rodzinne i wtedy drażnią mnie wyjazdy służbowe męża. Najbardziej martwi mnie to, że większość z nich przypada na lato, kiedy można najprzyjemniej spędzić czas razem. Robert chce nas zabierać na te wyjazdy, ale wolę zostać w domu lub wyjechać z dziećmi, niż prezentować się publicznie. Na co dzień zajmuję się organizacją eventów sportowych. Przed imprezą pracuję przy komputerze w domu, podczas imprezy jestem na miejscu. Zwykle odbywają się one w okresie letnim, więc wtedy mam także więcej pracy. Ale nie tyle, ile mąż.
◗ Każda rodzina przeżywa czasem trudne chwile. Macie jakiś sposób, aby je przetrwać?
R.K.: Naszą strategią jest konstruktywne myślenie i patrzenie w przyszłość…
A.K.: …i dużo rozmawiamy. Ostatnio najwięcej ze starszą córką, taki już to jest czas. Są w naszej rodzinie sprawy, które załatwiamy na forum rodzinnym. Razem planujemy większe wydatki, miejsca wyjazdów na wakacje, wspólnie decydujemy, z czego musimy zrezygnować. Starsza córka ma już świadomość konieczności planowania rodzinnego budżetu. Staramy się wpajać jej zasadę, że jeśli kupujemy coś, co jest naszym dobrem wspólnym, użytkowym, to służy wszystkim – na przykład samochód. Jeżeli jedziemy na wakacje, córka wie, ile kosztują. Zapowiadam, ile mogę przeznaczyć na jej wyjazdy wakacyjne.
◗ Jaki macie kontakt z dziećmi?
A.K.: Bardzo dobry. To ja więcej z nimi przebywam, ale mąż także ma z nimi dobry kontakt, bo poświęca im każdą wolną chwilę. Przepada za nimi i zawsze je idealizuje, choć idealne nie są. Ale to domena tatusiów.
R.K.: Z każdą córką mam inny kontakt, gdyż są w różnym wieku i mają inne charaktery. Nie narzekam. Jestem tatą i kochanym, i kochającym. Z Angeliką zawsze mamy wspólne tematy, z Rozalką liczy się zabawa.
◗ Jesteście szczęśliwi w życiu rodzinnym?
A.K.: Ja tak, choć na pewno byłabym szczęśliwsza, mając mniej pracy. Na ogół umiem się cieszyć chwilą. Lepszych dni jest więcej. Oboje jesteśmy ludźmi energicznymi i staramy się rozsiewać wokół nas tylko tę pozytywną energię.
R.K.: Naturalnie, tak. Jest ono o tyle banalne, o ile potrzebne. Dziś moje życie zawodowe jest inne, niż było kiedyś sportowe, a regularność funkcjonowania w rodzinie jest teraz większa. I z tego się cieszę.
◗ Bardzo dziękuję za rozmowę.










