![]() |
| fot. Stefano Valentino |
W październiku 2008 roku ponownie zobaczyłam mojego tatę, chociaż przez ponad pół wieku byłam przekonana, że nie żyje. Ale największą tragedią jest to, że więcej go już nie zobaczę” – opowiada ze łzami w oczach Nan Sik Min. Jest jedną z wielu mieszkanek Korei Południowej, które wzięły udział w dramatycznej loterii, decydującej o tym, kto z rozdzielonych rodzin będzie mógł spotkać się ze swoimi bliskimi żyjącymi w Korei Północnej, ostatnim bastionie stalinowskiego komunizmu na świecie.
Loteryjny los orzeka, kto choć przez chwilę będzie mógł poczuć się szczęśliwy, a kto na zawsze przegra swoją szansę. Nagrodą jest jedyna możliwość spotkania, bardzo krótkiego zresztą, z rodzicami, małżonkiem czy rodzeństwem. Często nadzieja na zwycięstwo okazuje się próżna. Szczęśliwcy przeżywają wielką radość z odnalezienia swoich bliskich po wielu latach rozłąki. Czeka ich chwila iluzji, że wspólne życie jest jeszcze możliwe, a następnie dramat ostatniego pożegnania.
Historia ta wydaje się jakimś strasznym scenariuszem filmowym, tymczasem od ponad pół wieku dzieje się naprawdę. Dokładnie od czasu, kiedy koreańska wojna z 1950 roku – dziś zamrożona, ale nierozstrzygnięta – przełamała na pół kraj i życie ponad 8 milionów ludzi.
Podział państwa na Koreę Północną (sprzymierzoną kiedyś z ZSRR, a obecnie z Chinami) i Koreę Południową (sprzymierzoną z USA) to dotąd niezamknięty rozdział zimnej wojny, o której obecnie mówią tylko szkolne podręczniki. Dramat Nan Sik Min i tysięcy innych koreańskich rodzin trwa jednak nieprzerwanie do dziś. Historie tych ludzi pokazują, jak wielkie jest pragnienie jedności w jednym narodzie, siłą podzielonym na dwa kraje.
Loteria serc
W 1985 roku rozpoczęła się procedura, która umożliwia organizację spotkań rodzin rozdzielonych przez granicę. Dziś jednak jest bardzo utrudniona. Powodem tego jest mur wrogości, istniejący pomiędzy nowym prezydentem Korei Południowej, konserwatystą Lee Myung-Bakiem, i rządzącym na północy dyktatorem Kim Jong Ilem, synem legendarnego lidera partii komunistycznej Kim Il-Sunga.
„W każdym spotkaniu może wziąć udział jeden członek rodziny z Północy i jeden z Południa” – tłumaczy Yun-Kyeong Han z południowokoreańskiego Czerwonego Krzyża, który wraz z przedstawicielami tej organizacji działającej na Północy organizuje takie rodzinne spotkania. „Za każdym razem losujemy 100 rodzin, które będą mogły się spotkać”. Ci, którzy nie zostali wybrani, muszą zostać w domach i zadowolić się wideokonferencjami, organizowanymi od 2005 roku, albo pierwszą od lat możliwością przekazaniu listu lub chociaż zdobyciem informacji, czy ich bliscy jeszcze żyją.
„Loteria serc” została wprowadzona po odrzuceniu przez Koreę Północną propozycji umożliwienia rodzinom częstszych spotkań. Do tej pory w szesnastu oficjalnych spotkaniach, które na początku odbywały się w stolicach Pyongyang i Seulu, uczestniczyło prawie 3500 osób.
![]() |
| fot. Stefano Valentino |
Cztery godziny szczęścia
15 czerwca 2000 roku podpisano historyczne porozumienie, na mocy którego zwiększono liczbę spotkań. To jednak za mało, aby spełnić 127 tysięcy próśb zarejestrowanych w Centrum Informacji dla podzielonych rodzin. W oczekiwaniu na takie spotkanie wiele osób umiera. Ponad 35 tysięcy składających prośby (czyli 28% wszystkich proszących) już nie żyje.
Spotkania rodziców z dziećmi należą do rzadkości. Dziś spotyka się przede wszystkim rodzeństwo i kuzyni, czyli drugie pokolenie Koreańczyków. „Na szczęście mój ojciec dożył 85 lat” – mówi Nan Sik Min. Do spełnienia marzenia wystarczyły jej cztery godziny podróży autobusem na górę Geumgang, święty szczyt wszystkich Koreańczyków, położony na linii podziału usytuowanej na słynnym 38. równoleżniku. Tam, 12 lipca 2008 roku, zostało utworzone stałe Centrum Spotkań rozdzielonych rodzin.
„Centrum miało zainaugurować swoją działalność 12 sierpnia, czyli na wspólną dla obu państw rocznicę wyzwolenia spod okupacji japońskiej. Miało się wtedy odbyć wielkie spotkanie dla 1100 osób” – mówi Boonhee Jeong, zastępca dyrektora departamentu „Podzielone Rodziny” w Ministerstwie Jedności. Jednak napięcie panujące między dwoma rządami sprawiło, że do spotkania nie doszło.
Ostatnie pożegnanie
„Kiedy zobaczyłam ojca, jak podchodził do mojego stolika, nie poznałam go. Gdy nas rozdzielono, miałam zaledwie 10 miesięcy. Prawdopodobnie nigdy nie powiedziałam do niego «tato»” – opowiada 57-letnia dziś Nan Sik Min. „Niemal przez całe cztery dni naszego spotkania trzymaliśmy się za ręce i razem płakaliśmy. Nie chcieliśmy mówić o przeszłości, tylko cieszyliśmy się, że mogliśmy się zobaczyć. Przywitaliśmy się, mając świadomość, że to pewnie nasze pożegnanie. Chociaż ojciec obiecał, że będzie żył aż do momentu zjednoczenia Korei!”.
Ułuda zjednoczenia
Prawdopodobnie Nan Sik Min i wszyscy jej rówieśnicy zabiorą ze sobą do grobu marzenie o zjednoczeniu Korei. Ogromna przepaść dzieli zarządzaną w sposób dyktatorski i słabo rozwiniętą Koreę Północną od demokratycznej i wysoko rozwiniętej technologicznie Korei Południowej. Najbardziej optymistyczne prognozy przewidują, że zjednoczenie będzie możliwe za 30 lat. Do tego czasu najbliższe więzy pokrewieństwa zaginą. 75% członków rozdzielonych rodzin to dzisiaj ludzie w wieku powyżej 75 lat. Małżonkowie rozdzieleni granicą zawierają nowe związki. Według danych spisu powszechnego, liczba ludzi z rozdzielonych rodzin sięga 700 tysięcy.
![]() |
| fot. Stefano Valentino |
„Tylko mieszkańcy Korei Południowej, którzy mają bliską rodzinę na Północy, rzeczywiście chcą zjednoczenia – mówi Kang In Sook, który w marcu po raz pierwszy zobaczył swojego szwagra. – Nasze dzieci (czyli trzecie pokolenie) zupełnie się tym nie interesują”. Kto więc będzie płakał ze szczęścia, kiedy runie ostatnia „żelazna granica” na naszej planecie? Pewnego dnia Półwysep Koreański może stać się jednym państwem, zamieszkanym przez zupełnie obcych sobie ludzi, mimo że wielu z nich łączą więzy pokrewieństwa.
Przeciwko takiej perspektywie walczy ruch Ae-Ran Lee, jedynej reprezentantki 12 tysięcy uchodźców z Korei Północnej, która startowała w wyborach do parlamentu Korei Południowej, ale nie została wybrana. „Nasz rząd powinien bardziej zaangażować się w umożliwianie kontaktu rozdzielonym rodzinom” – mówi Ae-Ran Lee. Uciekła z północnego kraju w 1994 roku, zostawiając tam męża, który dziś ma już nową żonę. Spotkała swoich wujków i dziadka, którzy żyją w USA. Dzięki wielkiej determinacji prawie półtora tysiąca rodzin spotkało się w innych krajach. Dzięki dramatycznym ucieczkom z Korei Północnej nieliczni znowu żyją razem. Innym nie pozostaje nic innego, jak patrzeć na horyzont z dachów licznych w Seulu wieżowców. Pokonują oni w ten sposób, przynajmniej w myślach, czterokilometrową linię podziału, aby poczuć bliskość swoich rodzin – tak bardzo od nich blisko, a zarazem tak tragicznie daleko.










