Jedni przyjechali do Irlandii na chwilę i przez przypadek odnaleźli swoją drugą połowę. Inni wyjechali jako para i tu, na wyspie, zdecydowali się założyć rodzinę. Są też tacy, którzy „odrobili” kilkuletni staż małżeński w polskiej rzeczywistości, a teraz wspólnymi siłami stawiają kroki w irlandzkiej społeczności.
|
|
| W klasie Viktorii, córki Kasi i Grzegorza są dzieci z 15 krajów świata. Fot. arch. pryw. |
Kasia i Grzegorz oswajają Dublin
Od ośmiu lat są małżeństwem, od trzech – na emigracji z dwójką dzieci: Victorią i Weroniką. Zdecydowali się na wyjazd, bo – jak twierdzą – chcieli poczuć, że są samowystarczalni finansowo. „Nadarzyła się ku temu świetna okazja – opowiada Grzegorz – gdy odbywała się rekrutacja do jednej z dublińskich firm budowlanych. Postanowiłem się sprawdzić i udało się. Po kilku tygodniach byłem już w Irlandii. Sam, bo rodzina została w kraju”. Grzegorz przyznaje, że był to najtrudniejszy rok w jego życiu. Jednak tęsknota okazała się też najsilniejszym motorem działania. Ostatecznie Kasia z dziewczynkami przeprowadziły się do Dublina. Szybko oswoili się z irlandzką rzeczywistością. „Dużą zasługą było wsparcie szkoły – podkreśla Kasia. – Pracują tam kompetentne osoby z doświadczeniem w podobnych sprawach. W klasie Victorii są uczniowie z 15 krajów. Pamiętam jej pierwszy dzień – wspomina mama. – Gdy przyszłam ją odebrać, podbiegła do mnie podekscytowana i zaczęła opowiadać: «Mamo, wiesz, moja nauczycielka ma na imię Ticzer» [teacher – ‘nauczyciel’]”. Dzisiaj obie się z tego śmieją.
Obie dziewczynki błyskawicznie nauczyły się języka. Dziś uczestniczą w życiu szkoły, mają koleżanki i są zadowolone. Niedawno Kasia również podjęła pracę w firmie, w której zatrudniony jest Grzegorz. Teraz oboje rozwijają się i spełniają zawodowo, ale nadal rodzina pozostaje dla nich najważniejsza. Nie pracują po godzinach, nie zabierają projektów do domu – i tak stać ich na dostatnie życie. Czas po pracy jest czasem dla bliskich. Starają się aktywnie uczestniczyć w życiu córek. Emigracja niczego nie zmieniła w ich wzajemnych relacjach. „Nigdy nas nie rozdzieliła ani też nie podzieliła – podkreślają. – Nawet na te kilka miesięcy, gdy żyliśmy oddzielnie”.
Ania i Roman pielęgnują polskość
![]() |
| Ania i Roman z czwórką dzieci na rodzinnej wycieczce Fot. arch. pryw. |
Małżeństwo z 17-letnim stażem i najważniejszym dorobkiem życia: czwórką dzieci w wieku od 3 do 16 lat. Na wyspę przyjechali niespełna rok temu. W Polsce nie żyło im się źle. Roman, uznany stomatolog, prowadził własną praktykę, Anna pracowała jako położna. Jak sami przyznają, opuścili kraj, bo szukali nowych wyzwań. „Jeśli coś powszednieje aż do granic znużenia, staramy się to ożywić” – mówi Anna.
Każdy, kto zdecyduje się na emigrację, na początku musi zmierzyć się z nieznanym. Pierwsze tygodnie to oswajanie się z językiem, ze środowiskiem, z otoczeniem. „Nieocenioną pomoc otrzymaliśmy ze strony szkoły” – mówi Roman. Dzieci bardzo szybko odnalazły się w nowym środowisku. Podobnie rodzice: obydwoje pracują w zawodach. Mają też możliwość kontynuowania swojej wieloletniej pasji – prowadzą spotkania dla małżeństw i narzeczonych.
Wyjazd do Irlandii okazał się niezwykle wartościowym doświadczeniem. „Zbliżył nas jako rodzinę – podkreśla Anna. – Nie mieliśmy tu znajomych, przyjaciół, tak naprawdę mieliśmy tylko siebie. I aż siebie! W Polsce każdy z nas był zaganiany, pochłonięty swoimi sprawami, a tu skupiliśmy się na sobie. Ważne jest, aby takie wyjazdy planować wspólnie” – twierdzą zgodnie.
Dbają o to, aby ich dzieci wzrastały w atmosferze polskości. Cenią duszpasterstwo, które ofiarowuje namiastkę polskości każdemu, kto tylko zechce tam zawitać. Roman wspomina film o Papieżu, w którym – jego zdaniem – padają słowa mówiące całą prawdę o emigracji i poczuciu tożsamości: Będziecie Polakami, tylko niebo się nad wami zmieni. „I tak się też stało z nami – konkluduje. – Tylko niebo się zmieniło”.
Kasia i Dawid łączą tradycje
Ona od kilku lat robiła karierę w Irlandii, on próbował szczęścia w polskiej rzeczywistości. Nigdy o sobie nie słyszeli. Ona odpoczywała, surfując po Internecie, on – z kiełkującym pomysłem wyjazdu szukał tam informacji o Zielonej Wyspie. W wirtualnej przestrzeni wpadli na siebie przypadkowo, wymienili kilka informacji. Potem trwająca dwa miesiące korespondencja online i wreszcie rozmowa twarzą w twarz. Dziś są szczęśliwym małżeństwem i rodzicami Julki. Uśmiechnięci, zadowoleni z pracy, otwarci na świat i ludzi, niedawno kupili w Irlandii dom.
![]() |
| Kasia i Dawid z małą Julką Fot. arch. pryw. |
Kasia przyjechała do Dublina 7 lat temu. „Nie było tu jeszcze tak swojsko jak teraz – żartuje. – Małe grono Polaków, brak polskiej prasy, polskich sklepików, drogie połączenia lotnicze”. Mimo to postanowiła zostać. Główny powód to oczywiście praca. „Zachwycił mnie sposób, w jaki tu traktuje się pracownika – podkreśla. – Życzliwość, otwartość, bezinteresowna chęć pomocy, wyrozumiałość”. Ponad 2 lata wiodła życie singielki. „Pierwszy raz żyłam na własny rachunek, bez rodziców. Było super”. Jednak z czasem przyszło znużenie, chęć zmiany i wtedy pojawił się Dawid. Po dwóch latach odkrywania swoich wad i zalet postanowili się pobrać. Ślub zorganizowali w Polsce, wśród najbliższych. Po kilkunastu miesiącach na świecie pojawiła się Julka, duma rodziców. Kasia chwali irlandzką opiekę medyczną, a zwłaszcza stosunek personelu szpitalnego do pacjentów. „Odczułam to podczas porodu i połogu – mówi. – Spotkałam się tu ze zrozumieniem i ciepłem, czego życzyłabym wszystkim przyszłym mamom w Polsce”.
Mimo iż postanowili zamieszkać w Irlandii, nie odcinają się od korzeni. „Dalecy jesteśmy od wprowadzania irlandzkiej tradycji. Nie dlatego, że jest zła czy gorsza. Jesteśmy przyzwyczajeni do naszej, polskiej i chcemy, aby tak zostało. Jednak nie odwracamy się od tego, co irlandzkie – zaznaczają. – Nie stawiamy granicy między tym co «nasze» a co «ich»”. Bardzo im zależy, aby Julka pamiętała, że jest Polką. „W odpowiednim momencie chcemy jej powiedzieć – tu jest Irlandia, tam Polska. Ty wybierasz, gdzie chcesz żyć”. Sami nie planują rychłego powrotu, ale też go nie wykluczają. Na wyspie żyje im się dobrze, spokojnie, bez większych wyrzeczeń. „Owszem, są problemy, ale nie tak trudne jak w kraju” – podkreślają. Mogą planować przyszłość bez obawy, że nagle stracą pracę i znajdą się w sytuacji bez wyjścia. Wychodzą z założenia, iż nieważne, gdzie się żyje – byle być szczęśliwym. Najważniejsze jest wzajemne wsparcie, bo rodzina to przede wszystkim ciężka praca i obowiązek, którego nie da się spełnić na odległość. To mur budowany codziennie z mozołem, cegiełka po cegiełce. Im więcej włoży się w niego trudu, tym będzie trwalszy.
Autorka jest dziennikarką dublińskiego tyodnika „THE POLISH TIMES. ŻYCIE W IRLANDII”









