Zaczęli się dorabiać i w dwóch pokoikach z kuchnią było im za ciasno. Postanowili zbudować dom. „Miał być duży, na miarę naszych marzeń – opowiada Krzysztof. – Mieliśmy ambicje, ale nie mieliśmy pieniędzy. Musieliśmy wziąć kredyt. Drugiego, na dokończenie budowy, już nie dostaliśmy. I od tego chyba się wszystko zaczęło”.
Nie byli oryginalni. Od tego – jak pokazują badania – zwykle się zaczyna. W deklaracjach Polaków czynnik ekonomiczny w spięciach domowych dominuje. Jak mówi Michał Wenzel, socjolog z CBOS, „złe warunki materialne wiążą się z przemocą i konfliktami w domu, a kwestie finansowe są najczęstszym powodem kłótni. Frustracja rodzi agresję”.
Z ojca na syna
„Na ogół sytuacja się powtarza w kolejnych pokoleniach. Ojciec bił mamę, to syn żonie też nie przepuści” – zaznacza Izabella Kołecka, pedagog i rodzinny mediator, dyrektor łódzkiego Ośrodka Wsparcia dla Rodzin Fundacji „Opoka”. Twierdzi, że „wzory zachowań wynosimy z domu. Jeśli byłeś świadkiem przemocy w rodzinnym domu, to pewnie i w twojej nowej rodzinie będzie do niej dochodziło”.
Zaczyna się od problemów i spięć. Często powodują je skłonność do alkoholu, brak pieniędzy, niedające się pogodzić style życia. Na ogół najpierw pojawia się agresja słowna, potem od słów przechodzi się do czynów. Od policzków po regularne bicie uzupełniane wyzwiskami.
Głównymi ofiarami domowej przemocy są dzieci. Bezpośrednio i pośrednio. Nawet gdy nie czują jej na własnej skórze, to one płacą najwięcej – oceniają psycholodzy. Są po prostu najbardziej bezbronne.
„Staramy się uzmysłowić kobietom, które trafiają do ośrodka, że nie tylko one żyją w środowisku przemocy. Że narażają na to także swoje dzieci – mówi Izabella Kołecka. – Często dzieci nie doświadczają bezpośrednio przemocy fizycznej, są jednak świadkami i uczestnikami starć dorosłych. Czasem nie wiadomo, co gorsze, bo gdy syn czy córka słyszy i widzi kłótnie i rękoczyny ukochanych rodziców, szybko tego nie zapomni. Poza tym skonfliktowani rodzice, czasem nieświadomie, grają dziećmi. A to też forma przemocy”.
Dziecko w grze
Gdy okazało się, że Krzysztof i Alicja nie mogą otrzymać kredytu, zaczęły się konflikty. On pracował od świtu do nocy, ale budowa jak stanęła, tak stała. Gdy wracał do domu, nie mówili o niczym innym. Był zmęczony, na komentarze żony reagował agresją. A agresja nakręcała agresję. Alicja mu wyrzucała, że nigdy go nie ma w domu, a i z tego nic pozytywnego nie wynika. Wzajemnie obwiniali się o niemożliwość dokończenia budowy domu. Stali się dla siebie wrogami, zaczęły się przepychanki, w końcu doszło do rękoczynów.
„Rodziny, w których jest przemoc, często w ogóle nie wiedzą, że mają poważny problem. Zdarza się wzajemne okładanie, ale to mija. Emocje gasną i pozornie wszystko jest w porządku – mówi Izabella Kołecka. – Ale przecież tak nie jest. Poza wszystkim, cierpi dziecko. Dorośli nie dostrzegają go i jego problemów, tak są skupieni na walce między sobą. Tymczasem dziecko wagaruje, gorzej się uczy, chuligani, popada w złe towarzystwo”.
Najważniejszym problemem dla Krzysztofa i Alicji był dom oraz ich wzajemne relacje. To, co przeżywał syn, zupełnie się nie liczyło. Dziecko było zaniedbywane, rodzice nie interesowali się nim. Tymczasem, jak zwraca uwagę Izabella Kołecka, takie zaniedbanie też jest formą przemocy. Podkreśla, że „skonfliktowani rodzice, którzy nie widzą, że ich dziecko żyje w domu z przemocą, i nic nie robią, żeby to zmienić, stają się współwinni. Także bita żona, która nie decyduje się na przecięcie tej sytuacji, choćby ze względu na dobro dziecka, jest nie tylko ofiarą, lecz i współwinną”.
Tysiąc pytań
W wypadku Krzysztofa i Alicji naprawa rodziny zaczęła się od dostrzeżenia kłopotów syna. Zauważyli je nauczyciele. Piotruś był dobrym uczniem, aż nagle wszystko się zmieniło. Zaczął opuszczać lekcje, stał się agresywny w stosunku do kolegów i nauczycieli. Rozmowy nauczycieli z rodzicami niewiele dały. Dlatego zaproszono ich na rozmowę do ośrodka, który współpracuje z kilkunastoma łódzkimi szkołami. „Poszliśmy zdziwieni, że w ogóle jest jakiś problem” – mówi Krzysztof.
„Jeśli rodzice są w takich wypadkach zdziwieni, to już jest nieźle – twierdzi terapeutka z ośrodka Fundacji Opoka. – Zwykle bywają oburzeni, że coś im się zarzuca. Uważają, że nauczyciele przesadzają”.
Alicja i Krzysztof do oceny sytuacji dochodzili powoli. „Zrozumienie przez małżonków położenia, w jakim się znaleźli, zwykle trwa długo, bo oboje chcą zachować swoje zdanie. Dopiero gdy to zrozumieją, można im zadać pytanie: «Co teraz? Jak pan/pani widzi dalej swoje małżeństwo?» i skłonić do deklaracji na temat przyszłości” – mówi terapeutka.
„Terapeuci próbowali nakierować nas na rozwiązania. – opowiada Krzysztof. – Bo jeśli na przykład rozwód, to co z naszym synem? Co będzie ze mną, co z Alicją? Z naszym życiem, wspólnym majątkiem itd. A jeśli chcemy zostać razem, to jak naprawić nasze relacje, bo przecież trzeba je naprawić? Trzeba odpowiedzieć na tysiąc pytań, których wcześniej sami, o dziwo, nie zadawaliśmy sobie. A to ważne pytania i ważne na nie odpowiedzi”.
Często konieczna jest pomoc specjalisty. Psycholog, ksiądz, terapeuta, rodzinny mediator pomagają w określeniu, czy małżeństwo jest na rozdrożu, czy to trudny i przykry, ale tylko etap i warto w tym związku pozostać. „Dziś wiem, że powiedzenie sobie prawdy jest niezbędne do rozpoczęcia zmian” – mówi Krzysztof.
„Sporo zależy od świadomości człowieka, który znajdzie się w takiej sytuacji. A ta świadomość z kolei zależy od tego, co wynieśliśmy z domu – zaznacza Izabella Kołecka. – Pół biedy, gdy rodzinę dotkniętą przemocą tworzą osoby wykształcone, inteligentne, które same jako dzieci tej przemocy nie doświadczały. Jeśli członkowie takiej rodziny pochodzą z domów, gdzie stosowano przemoc, terapia może niewiele dać” – ocenia.
Krzysztof i Alicja, a także ich syn, terapię w łódzkim ośrodku zakończyli wcześniej niż inni, po kilkunastu miesiącach (średnio trwa ona dwa lata) i z dobrymi wynikami. „Mam nadzieję, że wyciągnęli z niej wnioski” – mówi terapeutka.
Niektóre dane bohaterów zostały zmienione.