W myśl starego chińskiego powiedzenia: „Jak stare nie odejdzie, to nowe nie przyjdzie w dzisiejszym Pekinie”, na potęgę burzy się tradycyjne, wielowiekowe zabudowy, aby w ich miejsce mogły stanąć wieżowce, lśniące szkłem i stalą, zachwycające nowoczesnością przed igrzyskami.
![]() |
| Jeden z zachowanych hutognów przy Liulichang. Fot. Janek Żdżarski |
Tym, czym dla Krakowa jest Kazimierz, dla Wenecji kanały, tym dla Pekinu są hutongi. Słowo hutong pochodzi od mongolskiego hottog i oznacza ‘studnię’, wokół której dawniej budowano domy. Obecnie hutong to nazwa wąskiej alejki, pasażu uformowanego przez tradycyjne siheyuan (dosłownie: ‘czterokątne podwórze’ – skwer otoczony czterema domostwami). Dawne centra artystyczne, handlowe, znane z filmów skupiska ludzi, tętniące życiem serca starych dzielnic – teraz znikają z powierzchni stolicy Chin.
Starzy mieszkańcy
Pani Du Xulan i pan Li Xiao mieszkali w takim hutongu przez 30 lat. O takich jak oni mówi się Lao Beijing Ren, czyli ‘starzy mieszkańcy Pekinu’. Mimo że oboje mają po 58 lat, określa się ich mianem lao, czyli ‘starzy’, ale w znaczeniu ‘zaszczytny’, ‘wzbudzający szacunek’. W chińskiej stolicy mieszkają od urodzenia.
Oboje są na emeryturze. Ona pracowała jako pomoc domowa, on w fabryce. Li uwielbia fotografować. Właśnie nad zdjęciami starego Pekinu oboje opowiedzieli mi swoją historię, która nierozerwalnie związana jest z tym miastem: „Obecnie większość rejonów mojego miasta przypomina zachodnie metropolie. Rzeczy, które się zachowały, to nic innego jak hollywoodzkie scenografie filmowe. Nie ma już starego, naturalnego Pekinu”.
Li pokazuje mi zdjęcie miejsca, gdzie mieszkali przez 30 lat. To hutong Yanjing Si (od nazwy świątyni Yanjing) w zachodniej części miasta. Tutaj wprowadzili się w 1973 roku, jeszcze w czasie Rewolucji Kulturalnej (1966-1976). Wokół nie było nic – to znaczy były tylko pola, gdzie uprawiano warzywa. Dziś jest to jeden z najbardziej prestiżowych rejonów miasta, tzw. CBD (Central Business District – ‘Okręg Centrum Biznesowego’).
Kiedyś często chodzili na spacery, a Li uwieczniał okolice na negatywie. Teraz z dumą w głosie zwraca uwagę, jak rok po roku zmieniał się krajobraz. Pokazuje pożółkłe fotografie, na których widać tradycyjne chińskie domki. „Co to była za atmosfera, co za klimat! – wspomina pan Li. – Znaliśmy wszystkich sąsiadów, przesiadywaliśmy godzinami na dworze, graliśmy w madżonga [chińskie domino], cieszyliśmy się wspólnymi sukcesami, narzekaliśmy, dyskutowaliśmy o wszystkim i o niczym. Obserwowaliśmy, jak zmienia się Pekin”. Na kolejnych zdjęciach, które konsekwentnie robił Li, widać to wyraźnie: zmieniający się krajobraz, rosnące wieżowce. Coraz ich więcej i są coraz wyższe. Ich hutong z czasem stał się małą wysepką wśród morza wysokościowców. Gdzieniegdzie kępki zieleni, wiekowe drzewa. Wszędzie tętniło życie. Takich miejsc było tysiące, a teraz… pozostało jedynie wspomnienie. „Cieszymy się, że miasto rośnie w siłę, ale mamy żal, że równa się z ziemią zabytki starego Pekinu. Są rzeczy, które powinny zostać takie, jakimi są” – mówią.
Nowe oblicze miasta
W 2003 roku ich jedyny syn Li Xiangdong wziął ślub i wyprowadził się z rodzinnego hutongu do osiemnastopiętrowego wieżowca, powstałego tuż obok. Widok z okna wkrótce przestał być sielanką, bo trzy lata później rodzice Li musieli opuścić swoje miejsce zamieszkania. Nie mieli wyjścia: teren, na którym stał ich hutong, miał już wkrótce stać się placem budowy. To kolejne miejsce, gdzie stoi teraz dwudziestopiętrowy blok.
Państwo Li otrzymali mieszkanie w dzielnicy Cui Chang – czyli w Zielonym Mieście, oddalonym o jakieś 15 kilometrów od ich hutongu. „Oczywiście, jesteśmy zadowoleni, bo mamy bezpieczny dach nad głową i dużą przestrzeń dla siebie – mówią państwo Li. – W hutongu dach często przeciekał, zawsze panował bałagan, nie było kanalizacji. Jednak mimo wszystko woleliśmy nasze stare, naturalne środowisko. Sąsiadów, parki, świeże powietrze…” We wciąż zmieniającym się mieście, które dla nich raczej już utraciło swoją starą twarz, zauważają wiele pozytywów: „Ludzie są bardziej kulturalni: ustępują miejsca w autobusach, bardziej dbają o higienę, mniej plują na ulicach, częściej się uśmiechają”.
Z pewnością kibice, którzy przyjadą na sierpniowe Igrzyska Olimpijskie, zobaczą miasto nowoczesne, pachnące jeszcze świeżą farbą. Państwo Li nie zamierzają oglądać zmagań olimpijczyków na żywo. „Ciężko jest zdobyć bilety, ale zawody z pewnością będziemy oglądać w telewizji. Bo to przecież igrzyska całego świata, a przy okazji wielkie święto Pekinu. Nowego Pekinu” – kończą państwo Li z nutką nostalgii w głosie…
Chińsko-polskie małżeństwo
![]() |
| Rodzina Hu: Iwona, Tomasz i Wiktoria.
Fot.Janek Żdżarski |
Iwona i Tomasz Hu, wypytywani o igrzyska, też mówią głównie o zmieniającym się mieście. Ona jest Polką, on Chińczykiem. Spotykamy się w przytulnym gabinecie pana Tomasza w muzeum największej stołecznej uczelni, Uniwersytetu Pekińskiego, w budynku Wydziału Konserwacji Zabytków. Tomek Hu, czyli Hu Dongbo, który wkrótce będzie profesorem, z wielką pasją opowiada mi o urządzeniach potrzebnych do ustalania wieku wykopalisk. Mówi płynną polszczyzną, bowiem w latach 1993-1995 przebywał na stażu na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Tam poznał Iwonę, która nam teraz towarzyszy. Gdy pytam o to, jak się poznali, włącza się dziesięcioletnia Wiktoria, córka państwa Hu: „Rodzice poznali się w restauracji, gdzie razem pracowali”. Rzeczywiście, Tomek – naukowiec, wielki fan gotowania – dorabiał w chińskiej restauracji w weekendy. Tam też po zajęciach przychodziła Iwona – studentka ekonomii. Trzy lata później wzięli ślub. „Bez żadnych fajerwerków, zwykły ślub cywilny” – jako formalność. Prawdziwym wydarzeniem był bowiem ślub kościelny. Pan Hu w Polsce przyjął wszystkie sakramenty, łącznie z chrztem. Razem z Iwoną po ślubie poszli na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy.
W 1997 roku urodziła się Wiktoria i po czterech latach rodzina postanowiła przenieść się do Pekinu. Był rok 2001 i dla Iwony był to pierwszy dalszy wyjazd poza Europę. „Czułam się jak dziecko – mówi – wszystkiego musiałam uczyć się od nowa: obcowania w innej kulturze, jedzenia pałeczkami, języka, jazdy autobusem z ludźmi, którzy się na mnie patrzą, bo jestem inna”. No i ten Pekin – wtedy tak inny od tego, który widzimy dziś. Biały nie był tu codziennością, jak ma to miejsce teraz. „Niewiele osób mówiło po angielsku i w ogóle ludzi w Pekinie było zdecydowanie mniej” – wspominają. „Ale też i pensje były niższe, służba medyczna stała na dużo niższym poziomie, choć nie było takich kolejek w szpitalach, jakie są teraz” – wylicza Tomek.
Obecnie podróż do centrum z ich mieszkania, które znajduje się na północy miasta, tuż przy uniwersytecie – to prawdziwa wyprawa. Droga metrem ze stacji Wudaokou do centrum w okolicach ulicy Jianguomen, mimo że w większości omija korki i wiedzie pod ziemią, to jednak trwa około półtorej godziny i na pewno nie umilają jej milionowe tłumy…
Stare odchodzi w cień
Kiedyś nie było takich korków. Miasto było mniejsze. Najlepiej pokazują to statystyki: dziennie na ulicach Pekinu pojawia się około 1200 nowych samochodów, a mapę miasta należy aktualizować co 3 tygodnie. Taki to postęp! Tomasz Hu twierdzi, że pekińskie igrzyska to ukoronowanie 30 lat przemian gospodarczych w Chinach. To nagroda, jaka należy się całemu narodowi, który przez te 3 dekady w pocie czoła budował nowoczesne Chiny. Oczywiście przez cały ten czas pojawiło się wiele spraw, które pozostają plamą na honorze Chin. Zanieczyszczenie powietrza to tylko jedna z nich. „Pekin się zmienia i potężnieje. Chiny się reklamują, jak mogą, ale często przez to my, pekińczycy, na tym cierpimy” – dodaje Tomasz.
![]() |
| Biznesowa dzielnica Pekinu, Guo Mao. Fot. Janek Żdżarski |
Żarłoczne koparki bezlitośnie niszczą stary Pekin, co szczególnie przykre jest dla Tomka, konserwatora zabytków. On potrafi całymi dniami badać historyczne wykopaliska, a tu, w jego mieście, w jeden dzień burzy się to, co stało 400 lat i więcej. „Serce się ściska, ale co zrobić, konserwacja jest nieopłacalna – z żalem w głosie mówi Tomasz. – W całych Chinach zostało około 500 naukowców takich jak ja. To zawód na wymarciu, bo nikomu już nie zależy na konserwacji. Liczy się to, co nowe. A jeżeli pojawia się coś starego, to tylko jako rekonstrukcja”.
Iwona pracuje jako przewodniczka wycieczek i tłumaczka biznesmenów przyjeżdżających do Chin w interesach. Dziś czerpie korzyści z biegłego posługiwania się językiem mandaryńskim. Uczyła się intensywnie dwa lata na uniwersyteckim kursie. Fakt, że ma męża Chińczyka, często pomaga jej w kontaktach z chińskimi przedsiębiorcami. „Mówią o mnie Zhongguo Xifen, ‘chińska synowa’, i od razu moje notowania w negocjacjach rosną”.
W domu przeważnie mówią między sobą po chińsku, ale do Wiktorii każde z rodziców zwraca się w swoim ojczystym języku. Dzięki temu dziewczynka jest dwujęzyczna i bezbłędnie przechodzi z jednego języka na drugi. W soboty i niedziele Iwona zawozi córkę do szkoły polskiej w ambasadzie Rzeczypospolitej Polskiej, mieszczącej się w centralnej części miasta. Potem już nie wracają do siebie, tylko nocują u teściów, bo w niedzielę o 10.00 rano w ambasadzie jest msza po polsku. Gdy Tomek nie ma zajęć lub nie prowadzi badań, wtedy na nabożeństwa chodzą całą rodziną. Wyjazd do centrum to nie lada wyprawa, ale mimo tych wszystkich mankamentów lubią nowy Pekin.
Czy zatem wybiorą się na jeden z obiektów olimpijskich, aby w czasie igrzysk obserwować na żywo zmagania sportowców? „Jeśli uda się zdobyć bilety na którąś z olimpijskich konkurencji, to chętnie się wybiorę, bo oglądanie zawodów w telewizji nie jest tak ekscytujące jak na widowni. Tomek woli posiedzieć przed telewizorem, z dala od tłumów i krzyków. Ciekawa tylko jestem, komu będzie kibicowała Wiki, jeśli okaże się, że w jednej konkurencji występować będzie reprezentacja polska i chińska?” – śmieje się Iwona.









