![]() |
| fot.
Maksymilian Rigamonti / REPORTER |
»
Urodził się Pan w Londynie, tam też poznali się Pana
rodzice. Historia bardzo wpłynęła na ich losy…
Mama pochodziła z Łucka na Wołyniu, a tata – ze Lwowa. Ojciec na
początku wojny przedostał się do Francji i wstąpił do wojska. Mama,
która przed wojną pracowała w Polskiej Agencji Telegraficznej w
Warszawie, wyjechała z rządem polskim jako stenotypistka. Liczyła na
szybki koniec wojny i powrót do domu, ale resztę życia spędziła w
Londynie. Po wojnie poznała ojca i założyli rodzinę.
»
Jak zapamiętał Pan rodziców?
Kiedy się urodziłem, mój ojciec miał już 44 lata. Nie był typem ojca –
kumpla, zapamiętałem go jako bardzo stanowczego i dość surowego. Dużo
pracował i wracał do domu zmęczony, ale interesował się sprawami
dzieci. Mamę cechowało niezwykłe ciepło. Prowadziła dom otwarty,
chętnie przychodzili do nas zarówno przyjaciele rodziców, jak i
rówieśnicy moi i siostry.
»
Kiedy rodzice zdecydowali się po raz pierwszy odwiedzić Polskę?
W 1963 roku. Tata, który przed wojną był prokuratorem w Wilnie, miał
pewne obawy, ale nie spotkały go żadne nieprzyjemności – dziesięć lat
wcześniej, za czasów Stalina, mogłoby być gorzej.
»
Jak wspomina Pan tamten pobyt?
Miałem 13 lat i już interesowałem się fotografią – robiłem prostym
aparacikiem beznadziejne zdjęcia. Moja polszczyzna pozostawiała wiele
do życzenia. Co prawda w domu mówiliśmy po polsku, ale zdecydowanie
lepiej posługiwałem się angielskim. W kolejne podróże do Polski
wybierałem się już sam.
»
Kiedy zamieszkał Pan w Polsce?
Skończyłem studia w London College of Printing i chciałem być
fotografem. Do Polski przyjechałem w 1973 roku, żeby odwiedzić
dziewczynę, w której się zakochałem. Miałem tutaj być tylko kilka
miesięcy, ale zostałem do dzisiaj.
»
Od kilkudziesięciu
lat zajmuje się Pan zawodowo fotografią. Pamięta Pan okoliczności, w
których powstawały te najważniejsze zdjęcia?
Trochę mi smutno, gdy sobie uświadamiam, ile czasu minęło. Pamiętam
swoje zdjęcia, ale czasami gdy chcę coś dokładnie odtworzyć, pojawia
się czarna dziura. Na szczęście zachowałem kalendarze, w których
zapisywałem swoje plany: lakonicznie, bez głębszych przemyśleń. Te
notatki niedawno bardzo mi się przydały podczas pisania książki.
»
W sierpniu 1980 roku skrócił Pan urlop w Szwecji. Coś Pan
przeczuwał?
Jeździliśmy wtedy po Szwecji starym volkswagenem busem. Miałem sygnały,
że coś ważnego zaczyna dziać się w Polsce, a zależało mi, by być na
miejscu. Wróciliśmy więc do kraju wcześniej, niż planowaliśmy.
»
Weszliście do stoczni jako pierwsi zachodni dziennikarze…
Po dłuższych pertraktacjach wpuścili mnie jako tłumacza brytyjskiego
korespondenta Michaela Dobbsa, ale powiedzieli, że nie mogę
fotografować. Myślałem: tu tworzy się historia, a ja nie mogę tego
rejestrować? Zrobiłem kilka zdjęć – żałuję, że nie więcej. Gdy
wyszedłem na zewnątrz (miałem sygnały, że strajk się kończy),
zatrzymała mnie straż stoczniowa. Byłem przerażony – strajk w Polsce
był czymś nietypowym, a ja siedziałem w pokoju z panami, którzy
zastanawiali się, co ze mną zrobić, konsultowali się w tej sprawie
nawet z Warszawą. Bałem się, że obcokrajowca i fotografa mogą oskarżyć
o szpiegostwo. Przecież obowiązywał zakaz wejścia na teren stoczni.
Wtedy ten strach był czymś realnym.
»
Stan wojenny wielu
ludziom w świecie kojarzy się z Pana zdjęciem: na pierwszym planie
czołg i żołnierze, a w tle kino Moskwa z plakatem filmu Coppoli pod
wymownym tytułem Czas apokalipsy. Czy już wtedy czuł Pan, że dzięki tej
symbolice to może być ważne zdjęcie?
Nie było tu kalkulowania. Wiedziałem, że to wymowna zbitka symboli.
Robiłem to zdjęcie z okna jednej z kamienic przy ulicy Puławskiej.
Drzwi do klatki schodowej były otwarte, więc wszedłem i sfotografowałem
– najpierw kino z plakatem, a następnego dnia uchwyciłem jeszcze na tym
tle żołnierzy
i pojazd opancerzony, który przejeżdżał ulicą Puławską.
»
Ostatnio zajmuje
się Pan fotografią społeczną: robił Pan zdjęcia osobom z zespołem Downa
i ich bliskim, a także niepełnosprawnym intelektualnie podczas pracy.
Co spowodowało tę zmianę?
Trochę się wypaliłem podczas wieloletniej intensywnej pracy dla
„Newsweeka” i „Time’a”. Ciągłe podróże zaczęły mi ciążyć. Tematyką
społeczną zająłem się 11 lat temu. Zaproponowało mi to Stowarzyszenie
„Bardziej Kochani” zajmujące się osobami z zespołem Downa i ich
bliskimi. Nie wiedziałem, jak podejść do tematu, chciałem uniknąć
dosłowności… Niedawno spotkałem matkę i ojca Staszka – jednego z
bohaterów wystawy „Listy do syna”, która do dziś jest prezentowana w
różnych miejscach w Polsce. Ten chłopiec miał niespełna roczek, gdy go
fotografowałem, a teraz jest uśmiechniętym czterolatkiem. Miło mi było
zobaczyć, jak się rozwija. A Daniel Krajewski, któremu zrobiłem zdjęcie
do cyklu „Tabu. Portrety nie portretowanych”, sprawdza się dziś jako
aktor. Dumni rodzice zaprosili mnie na jego przedstawienie. Te zdjęcia
są ważne, nie tylko dla mnie: mają skłonić ludzi do refleksji, zwrócić
ich uwagę na problemy innych.
»
Jak się Panu podoba dzisiejsza Polska?
Lubię Polskę i zawsze ją lubiłem. Bronię jej czasami bardziej niż
Polacy, którzy się tu urodzili, i mówią, że mają wszystkiego dosyć.
Kraj jest w porządku, ale politycy niepotrzebnie fundują nam piekło.
»
Jak często odwiedza Pan Anglię?
Już coraz rzadziej, raz na rok. Jeżdżę tam jako Polak z polskim
paszportem. Coraz mniej mnie tam ciągnie. Rodzice już nie żyją, została
siostra i trochę znajomych. Nie chciałbym jednak tam mieszkać. Według
mnie miasto z 8-10 milionami ludzi nie nadaje się do życia. U nas z
Ursynowa czy Mokotowa na Żoliborz można się przedostać w ciągu
dwudziestu minut, jeśli nie ma korków. W Londynie to nie do pomyślenia.
Z zachodu na wschód czasem jedzie się prawie cały dzień!
Chris
Niedenthal urodził się w 1950 roku w polskiej rodzinie w
Londynie. W 1973 roku przyjechał do Polski. Na początku lat 80.
współpracował z amerykańskim tygodnikiem „Newsweek”, a od 1985
roku – z „Time’em”, dla którego robił reportaże z Europy
Wschodniej i Centralnej. W 1986 roku za
portret węgierskiego przywódcy Jánosa Kádára otrzymał
nagrodę w konkursie World Press Photo. Współpracował także z niemieckim
tygodnikiem „Der Spiegel”. Od kilkunastu lat zajmuje się głównie
tematyką społeczną – jest autorem cykli fotografii, m.in. „Tabu.
Portrety nie portretowanych”, „Listy do syna”, pokazywanych w Polsce i
za granicą.