![]() |
| fot. archiwum Stowarzyszenia Klika |
Pewnego dnia postanowiłem, że nie chcę już dłużej tak żyć. I to był ten pierwszy raz, kiedy mogłem się już nie obudzić… Później przepraszałem Boga za to, że chciałem się zabić. Zacząłem czytać życiorysy świętych – o tym, co robili za życia. To mnie umocniło.
Drugi raz chciałem ze sobą skończyć po śmierci mojej babci i brata. W 2002 roku zmarła babcia, a rok później tragicznie brat. Gdy go zabrakło, to całe zło, które działo się w domu, brałem na siebie. Chciałem w ten sposób chronić mamę. Ale zacząłem pić, żeby nikt nie widział, ile mnie to kosztuje. Nie wytrzymałem tego. I znowu przeżyłem, mimo że próbowałem się zabić. Przeprosiłem Boga i mamę, postanawiając wejść na nową drogę.
Po roku mój ojciec popełnił samobójstwo.
Przez parę lat był spokój. Pracowałem. Praca była moim żywiołem. Jednak, choć na zewnątrz byłem uśmiechnięty, w środku nadal byłem załamany. Pewnego dnia – a był to dzień jak co dzień – napiłem się alkoholu. Stare lęki wróciły. I wtedy właśnie skoczyłem na beton.
Jak spadałem z tego trzeciego piętra (ile to może trwać? 2-3 sekundy…), wołałem w myślach: „Boże, wybacz mi!”.
Popadłem w stan śmierci klinicznej. Pamiętam, że widziałem wtedy las. Ogarnął mnie spokój. Miłość. Nie było tam czasu. Myślałem, że chciałbym tam zostać. Spotkałem też babcię i brata. Brat prosił, abym wrócił do mamy, by miała dla kogo żyć. Wróciłem. Żyję.
Przez parę miesięcy leżałem w szpitalu. Mama pomagała mi w rehabilitacji. Kiedyś chodziłem sprawnie jak Korzeniowski. Teraz na „chodziku” też jeżdżę szybko, ale był czas, po tym skoku na beton, że nie mogłem się nawet ruszyć z boku na bok i nie wiadomo było, co dalej ze mną będzie.
Psycholog dał mi namiar na stowarzyszenie KLIKA. Poszedłem. Wydało mi się tam jednak za pięknie. Bałem się ich normalności. Ale w końcu się do nich przekonałem. Tam poznałem ludzi, od których doświadczyłem wiele dobra. Stopniowo, krok po kroku, zacząłem odkrywać, kim jestem, bo już zdążyłem się ponownie zamknąć w sobie, jak w ciemnej grocie. Zacząłem więc rozbijać te lęki, których wcześniej nie umiałem się pozbyć. Dotarło do mnie, że Bóg stawia na mojej drodze ludzi jak kostki domina i tak prowadzi od człowieka do człowieka, żebyśmy mogli razem iść w stronę dobra. Od tej pory walczę codziennie, ale tylko sam ze sobą – już nie z przeszłością.
Kiedy po spowiedzi w Rybnem ksiądz modlił się nade mną, nagle zacząłem się ironicznie śmiać, choć sam tego nie chciałem. Czułem gorąco na głowie. Ksiądz powiedział, że to zło, które było we mnie, uszło już zupełnie, właśnie w ten sposób. Po Komunii Świętej lęki przeszłości ustąpiły w stu procentach! A przyjechałem tutaj załamany…
ORZEŁ (dane znane redakcji)








