![]() |
| Jan Paweł II z Wandą Półtawską i jej mężem Andrzejem fot. archiwum prywatne |
Od zawsze, czyli od początku naszych wspólnych wycieczek i w ogóle w wolnym czasie, pełniłam funkcję lektora. Podczas letniej wędrówki obaj panowie, „Brat” – jak nazywaliśmy księdza Karola Wojtyłę – i mój mąż Andrzej nosili w plecakach kilogramy książek. Na postojach, na biwakach, a potem już w ogrodach Castel Gandolfo ja czytałam głośno ulubioną literaturę piękną, a Ojciec Święty równocześnie czytał po cichu drugą książkę, zwykle jakieś prace filozoficzne lub teologiczne. Miał podzielną uwagę i doskonałą pamięć, zapamiętywał zatem oba teksty.
Wakacyjne lektury Jana Pawła II
Gdy był już w Rzymie, ustalaliśmy, zazwyczaj w maju, jakie książki mam przywieźć na wakacje do Castel Gandolfo. Również w maju 2002 roku zapytałam, co przywieźć tym razem. Po pewnym namyśle Ojciec Święty odpowiedział: „Może Szczucką? Pięknie pisze i dawno już jej nie czytaliśmy”. Stanęło na tym, że przywieziemy książki właśnie jej autorstwa.
Po paru tygodniach zdarzyło się, że wracałam wieczorem pociągiem do Krakowa i jak zawsze, przechodząc dworcowym tunelem, gdzie sprzedają antykwaryczne książki, zatrzymałam się. Książki są pasją mojego życia i nigdy nie potrafię oprzeć się pokusie ich oglądania. Teraz też stanęłam przy straganach, choć był już późny wieczór. Nagle spostrzegłam małą książeczkę Zofii Kossak-Szczuckiej pod tytułem Nieznany kraj. Nie znałam, a w każdym razie nie pamiętałam tego tytułu, natychmiast więc kupiłam ją za dwa złote.
Nie czytając wcześniej, zabrałam ją do Castel Gandolfo. Tam, jak zwykle, czytałam tę pozycję po kawałku Ojcu Świętemu, który o Zofii Kossak-Szczuckiej mawiał: „W ogóle zaniedbano propagowania jej książek, a to taka świetna pisarka”.
Twórcze natchnienie
W książce Nieznany kraj opisane są dzieje walk Śląska o polskość. Jest tam m.in. opowieść Poetyckie wzloty, w której autorka opowiada historię starego księdza, uwięzionego za to, że mówił po polsku i po polsku uczył dzieci. Teraz siedzi samotny w celi i… marzy o pisaniu wierszy:
„[…] ogarnęło go nowe, jak sam określał, «wakacyjne szaleństwo». Nieprzemożona chęć pisania. Pisał wprawdzie zawsze dużo artykułów, lecz teraz pragnął czegoś innego. Pisania wierszy. […] Zżymał się na tę zachciankę, drwił sam z siebie boleśnie, upokarzająco – daremnie. Chęć silniejsza była niż autokrytyka. Znużony walką powoli się rozgrzeszał: «Cóż to szkodzi?». Tyle czasu wolnego ma przed sobą, tego, co napisze, nie potrzebuje przecież nikomu pokazywać”.
W tym miejscu Ojciec Święty przerwał mi i powiedział: „To zupełnie jak ja”. A ja na to: „No to trzeba napisać”.
![]() |
| Wanda i Andrzej Półtawscy ze swoją córką i wnukami w czasie jednych z licznych rodzinnych odwiedzin u Ojca Świętego Jana Pawła II. fot. archiwum prywatne |
Tryptyk Rzymski
Ostatni wiersz Ojciec Święty napisał w październiku 1978 roku, potem już żadnego. No i tak się stało – napisał, trochę kreślił, potem ja przepisałam na czysto, mój mąż Andrzej na komputerze. I tak powstał Tryptyk rzymski. Na gotowym tekście na brzegu kartki zanotowałam ołówkiem datę (14 IX 2002 Castel Gandolfo), którą potem zapomniałam zetrzeć. Gdy tekst został oddany do druku, także nie zauważono tej daty. Odbiła się na faksymile i… zdradziła mnie. Po wydaniu książki zadzwoniła do mnie moja przyjaciółka, przełożona pewnego klasztoru, i powiedziała: „Przecież ta data to pismo Pani Doktor”. To prawda, ta data na brzegu kartki napisana jest moją ręką.
Tryptyk to poetycka synteza myśli Karola Wojtyły. I przepiękny wiersz o strumieniu – wiemy, gdzie jest ten górski strumień.
Niedoczytana stronica
O tym, jak bardzo Ojciec Święty lubił czytać, wiedzą wszyscy. A potem, kiedy czuł się źle, lubił słuchać. Zawsze gdy byliśmy w Rzymie, czytałam mu na głos. Podczas ostatniego pobytu w klinice Gemelli czytałyśmy mu na zmianę z siostrą Tobianą, najpierw Szatę Lloyda C. Douglasa, a potem jego własną książkę, Pamięć i tożsamość, którą w czasie wakacji redagował mój mąż Andrzej. Po powrocie do domu, do Watykanu, siostry czytały mu teksty religijne, a ja jak zawsze literaturę piękną.
Nie bardzo wiedziałam, co teraz wybrać. Nie przewidywałam dłuższego pobytu (przyjechałam do Rzymu na zebranie Papieskiej Akademii Pro Vita w lutym 2005 roku i zostałam do końca) i nie wzięłam dość książek. Zapytałam znajomego ojca dominikanina, czy nie ma czegoś interesującego. Miał – Wolne miasto Mieczysława Jałowieckiego. Ojciec Święty zainteresował się tą książką, napisaną świetnie, żywo i obejmującą znane naszemu pokoleniu czasy i osoby.
Chciał słuchać i czytałam mu ją dosłownie do końca życia. Nie zdołałam skończyć, zabrakło tylko jednej strony. Czytałam do środy, potem przeszkodzili nam lekarze i nie udało mi się już przeczytać tej ostatniej kartki. Ojciec Święty cały czas był zainteresowany treścią i jakkolwiek pod koniec życia słuchał głównie tekstów modlitewnych, to jednak upominał się o dalsze czytanie o losach Gdańska. Wszystko, co dotyczyło Polski i jej historii, zawsze go interesowało. Przez te lata przeczytaliśmy razem mnóstwo książek – oczywiście najwięcej w czasie wakacji i choroby, bo podczas wszystkich jego pobytów w szpitalu czytałam mu wybrane pozycje.
Gdy czuł się słaby, wybierał znane teksty z literatury pięknej. W klinice Gemelli przeczytałam mu Trylogię i Pana Tadeusza. Lubił wracać do ulubionych autorów, a w ogóle czytał ogromnie dużo. Nie spotkałam nigdy człowieka, który by tyle czytał, prowadząc zarazem tak aktywne życie. Rolę lektora pełniłam do końca.
Piszę to, patrząc z okna na górę, po której chodziliśmy wiele razy – na Mogielicę. Siedzę w domku naszych przyjaciół pod Przełęczą Rydza-Śmigłego. Wspominam.









