|
|
| fot. Jupiterimages Corporation |
Zmarły sto lat temu włoski psychiatra i kontrowersyjny kryminolog Cesare Lombroso, uznawany w swoim czasie za naukowy autorytet, opisywał szczególne, ponadprzeciętne uzdolnienia jako rodzaj odchylenia, wręcz schorzenia umysłowego, wymagającego specjalnego traktowania. Współcześnie jego teorie uważane są za nietrafne, a nawet szkodliwe (twierdził m.in., że skłonności przestępcze są dziedziczne), jednak przekonanie, że tzw. genialne dzieci stanowią grupę uczniów specjalnej troski, nie straciło na aktualności. Tyle że chodzi o całkiem inną troskę niż ta, jaką przejawiał Lombroso.
Żeby chronić dziecko
Wprawdzie „specjalna troska” to termin zarezerwowany dziś dla osób niepełnosprawnych, zwłaszcza umysłowo, lecz w znaczeniu ogólniejszym może dotyczyć także wybitnie zdolnych. Co zresztą ciekawe, między obu tymi grupami zachodzą pewne podobieństwa: obie mogą stwarzać trudności dydaktyczne i wychowawcze, obie też są narażone na nieprzyjemne reakcje otoczenia. I jeszcze jedna zbieżność: odsetek uczniów upośledzonych i wybitnie zdolnych w społeczności szkolnej jest zbliżony. Różnica jest taka, że nakłady na „szczególną troskę” nad każdą z tych grup są rażąco nierówne, jakby planiści i dysponenci środków wychodzili z założenia, że „te zdolne” i tak jakoś sobie poradzą. Otóż, nie zawsze sobie radzą.
Inaczej trudno by było wytłumaczyć reakcje rodziców na dziennikarskie próby opisania w „Magazynie Familia” przypadków ich niezwykle uzdolnionych dzieci. Większość kontaktów kończyła się podobnie: nawet po wyrażeniu wstępnej zgody, któreś z rodziców dzwoniło później z odmową. Nie chcieli podawać nazwisk, miejsc zamieszkania, szkół, niczego, co by pozwoliło zidentyfikować ich pociechy. Stały motyw odmowy to troska o dobro syna czy córki. Niektórzy mieli już do czynienia z mediami i nic dobrego z tego nie wyniknęło: albo dziennikarze poplątali informacje, narażając bohaterów tekstów na śmieszność, albo czyniąc ich gwiazdami jednego numeru gazety, wywoływali agresywne zachowania otoczenia, z którymi wrażliwe młode osoby nie umiały sobie poradzić.
Nie zabierać czy rozwijać
Nie jest bowiem tak, że dziecko szczególnie uzdolnione to dla rodziców samo szczęście, jak mówi jedna z matek. System szkolny nastawiony jest na ucznia przeciętnego – ponadprzeciętny to dla niego kłopot. Nie jest tak z reguły, ale bardzo często. Szkoły zbyt rzadko proponują wybitnie zdolnemu dziecku indywidualny tok nauczania, nie zapewniają też oddzielnego programu nauczania z przedmiotów, w których uczeń szczególnie się wyróżnia. Tak powinno być już w szkole podstawowej. Tymczasem najczęściej realizuje się stary model „przeskakiwania”, promując ucznia od razu o dwa poziomy, na przykład z klasy pierwszej do trzeciej. Takie rozwiązanie jedne problemy tłumi, inne zaś wywołuje.
Ale nie tylko szkoła miewa problemy z uczniem (zbyt) zdolnym. Także rodzice miewają kłopoty, czy to z rozpoznaniem uzdolnień, czy z wyborem strategii postępowania. Nie wiedzą, co czynić: czy nic nie przyspieszać, a może problem sam się rozwiąże (tzw. niezabieranie dzieciństwa), czy może posyłać na zajęcia dodatkowe, szukać pomocy specjalistów, schować dziecko pod klosz i hodować małego geniusza (bez normalnego dzieciństwa). Istnieje zapewne jakaś rozsądna strategia pośrednia, pozwalająca na to, by dziecko pozostało dzieckiem, a jednocześnie jego dar, niezwykły potencjał, nie został zmarnowany. Chodzi bowiem o to, by nie zgubiło talentu, ale też nie popadło w kompleksy i frustracje. Bo w tym jest cały problem: dla rodziny, dla szkoły, dla państwa, dla wszystkich.