![]() |
| fot. EAST NEWS |
Wszystko zaczęło się w połowie lat 80. w Chicago. To właśnie w tamtejszych klubach czarnoskórzy didżeje zaczęli miksować płyty z amerykańską muzyką disco i funk z importowanymi z Europy krążkami takich zespołów, jak Kraftwerk czy Depeche Mode. Połączenie czarnego pulsu z elektronicznymi aranżami okazało się tak inspirujące, iż z czasem najbardziej kreatywni didżeje sami zaczęli tworzyć własne utwory. Aby tego dokonać, wystarczyło urządzić sobie w domu małe studio wyposażone w automat perkusyjny, syntezator i sampler.
Muzyka domowa
Podstawą tworzonych przez chicagowskich didżejów nagrań był hipnotyczny rytm, oscylujący między 120 a 135 bpm (uderzeń na minutę), mocna linia basu zagrana na syntezatorze i wplecione w konstrukcję utworu sample – wycięte z winylowych płyt fragmenty innych nagrań (choćby refren z popowej piosenki). Ponieważ te kompozycje powstawały w domowych warunkach, ochrzczono je terminem „house”.
W 1988 roku nowa muzyka trafiła do Europy – przede wszystkim do Anglii. I wtedy dosłownie z dnia na dzień wybuchła moda na brzmienie house. Imprezy taneczne zaczęto organizować nie tylko w klubach, ale i w niecodziennych miejscach: na plażach, w opuszczonych fabrykach czy magazynach.
W Polsce pierwsze house’owe imprezy zaczęto urządzać na początku lat 90. Autorskich nagrań rodzimych didżejów doczekaliśmy się jednak znacznie później. Największą popularnością cieszy się u nas komercyjna odmiana house’u, której reprezentantem jest duet Wet Fingers. Wiele z ich kompozycji to remiksy znanych polskich artystów minionej epoki, takich jak Kombi, Izabela Trojanowska, De Mono czy Zdzisława Sośnicka.
Wielkomiejskie brzmienia
Detroit to jedno z najbardziej uprzemysłowionych miast Ameryki Północnej. Jego pejzaż to ciąg szarych fabryk, sterczące w niebo kominy, niszczona przez naturę kombinacja stali, betonu i szkła. Tylko kwestią czasu było powstanie muzyki wyrastającej z takiego otoczenia.
Trzech czarnoskórych artystów – Derrick May, Juan Atkins i Kevin Saunderson – zaczęło eksperymentować z elektroniką w połowie lat 80. Mechaniczny rytm tworzonych przez nich nagrań, wsparty głębokimi liniami basu, stanowił szkielet kompozycji, który przyozdabiano przestrzennymi i mrocznymi pasażami syntezatorów. W efekcie powstawała muzyka taneczna i ilustracyjna zarazem, nazwana przez samych jej autorów terminem „techno”. Brzmienie to spotkało się z najlepszym odbiorem w Niemczech, choć ta moda dotarła także do Polski. Autorami pierwszych nagrań w tym stylu byli u nas Marcin Czubala z Poznania i Jacek Sienkiewicz z Warszawy. Obaj dzisiaj częściej wydają płyty i grywają za granicą niż w kraju.
W nastroju relaksu
Ile jednak można szaleć na parkiecie w rytm house’u czy techno? W końcu trzeba odpocząć. I wtedy niezastąpiona staje się muzyka chill-out. Już na początku lat 90. w europejskich klubach grających nowoczesną muzykę taneczną zaczęły powstawać specjalne pomieszczenia – chill-out roomy. Wyciszone od wewnątrz, pomalowane w ciepłe barwy, z nastrojowym oświetleniem, umeblowane miękkimi sofami służyły do wypoczynku po tanecznych szaleństwach. Z rozmieszczonych w nich głośników dochodziły ciche i kojące dźwięki muzyki ambient. Gatunek ten narodził się już w latach 70., a jego twórcą był Brian Eno. Opublikował on cykl płyt z nagraniami przeznaczonymi do odtwarzania w miejscach publicznych – w portach lotniczych, hotelach, windach. Były to długie i statyczne kompozycje o spowolnionej narracji, balansujące na granicy całkowitej ciszy. Z czasem utwory były wzbogacane o nowe elementy, zaczerpnięte z popu, jazzu czy latino. Nabrały dynamiki i melodyjności, choć nie straciły swego relaksacyjnego charakteru. W ten sposób narodziła się muzyka chill-out.
Gatunek ten spotkał się z wyjątkowo dobrym przyjęciem w Polsce. Szybko dorobiliśmy się nawet własnych gwiazd nurtu – Smolika czy Noviki – które z powodzeniem działają do dziś.
Zabawa przy nowoczesnej muzyce klubowej ma swój specyficzny charakter: nikt do niej nie tańczy w parach, wszyscy uczestnicy imprezy bawią się w grupie. Ma to swoje dobre strony – dziś w klubach nie ma już samotników podpierających ściany. Bo jak zabawa, to zabawa!








