![]() |
| Maria Winiarska i Wiktor Zborowski z córką Zosią fot. ANDRZEJ NIEDŹWIECKI – http://niedzwiecki.miastowroclaw.pl |
![]() |
| Maria Winiarska i Wiktor Zborowski z córką Zosią fot. ANDRZEJ NIEDŹWIECKI – http://niedzwiecki.miastowroclaw.pl |
Niedawno weszli w nowy etap życia. Ich dzieci opuściły rodzinny dom. Starsza córka – Hania (27 lat) – wyszła za mąż i mieszka w Brazylii, młodsza – Zosia – częściej bywa w Warszawie (gdzie studiuje w Akademii Teatralnej), niż u rodziców w Konstancinie.
Chociaż teraz przeżywają syndrom opuszczonego gniazda, uważają, że to dobry czas. To dla nich powrót do przeszłości: spędzają ze sobą więcej chwil, częściej rozmawiają, bardziej czekają na siebie.
◗ Znacie się Państwo od 38 lat, jesteście małżeństwem od 33 lat. Jaki jest Wasz przepis na trwały związek?
Maria Winiarska: Ponieważ oboje mamy dominujące osobowości, zawsze staraliśmy się utrzymać równowagę między czasem spędzanym wspólnie i osobno. Dawaliśmy sobie nawzajem dużo swobody, pozwalaliśmy, by druga strona miała przestrzeń na realizację własnych zainteresowań i marzeń. Dzięki temu żadne z nas nie czuło się w związku tłumione. Uniknęliśmy wielu kłótni i nie zdążyliśmy się sobą znudzić. Od początku naszej znajomości obdarzaliśmy się zaufaniem. Często na przykład zdarzało mi się zostawiać Wiktora samego na imprezach, mimo że koleżanki radziły, by tego nie robić. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że w życiu są różne pokusy, ale to nie oznacza, że mamy się nawzajem stale pilnować.
Wiktor Zborowski: Ważna jest tolerancja dla wszystkich wad, które posiada druga strona. Zresztą małżeństwo to bardzo skomplikowana sprawa. Uważam, że kobieta i mężczyzna są do siebie całkowicie nieprzystosowywalni. Żyją mentalnie w dwóch tak różnych światach, że ciężko jest się im nawzajem zrozumieć. Tak długo, dopóki jest zainteresowanie drugą osobą, dopóki oboje zastanawiają się, czego ona/on ode mnie chce, związek funkcjonuje. Gdy to zainteresowanie zanika – wszystko się kończy.
◗ Podaliście sposoby na unikanie konfliktów. Ale przecież w małżeństwie nie da się uniknąć wszystkich spięć…
Maria: Oczywiście, zdarzają się nam ostre wymiany zdań. Ponieważ jestem impulsywna, zwykle to ja prowokowałam kłótnię, a Wiktor mnie uspokajał. Z biegiem lat to się zmienia: w momentach, w których dawniej weszłabym w konflikt, coraz częściej zastanawiam się, czy warto. Nigdy nie uznawaliśmy też „cichych dni”: ani z mężem, ani z dziećmi, ani z teściową (która mieszka z nami do tej pory). Wszystkie nieporozumienia staramy się wyjaśnić sobie od razu. Nie przepraszamy się nawet. Wystarczy, że Wiktor podejdzie do mnie i powie: „Dajmy spokój”. I już jest w porządku.
Wiktor: Przyczyny awantur – a ileż to roboty? Jeśli ktoś jest „nie w sosie” i szuka zaczepki, zawsze ją znajdzie… Uważam jednak, że szkoda czasu na życie w awanturze czy w ciszy. To niczego nie buduje, tylko przeszkadza, sprawia, że człowiek chodzi zły. Dlatego – jeśli ludzie chcą być ze sobą – trzeba okres awantury, która się oczywiście co jakiś czas zdarza, maksymalnie skracać. My staramy się tę zasadę wprowadzać w życie. Może poza wyjątkiem relacji Marysi z dziewczynkami…
◗ W ich relacjach to się nie udaje?
Wiktor: Gdy Hania i Zosia były małe, bez przerwy kłóciły się z mamą. We trzy zachowywały się jak koleżanki w przedszkolu: krzyczały i wyrywały sobie zabawki.
Maria: Rzeczywiście tak było. Sama tego nie rozumiem. Kochamy się przecież potwornie, a kłóciłyśmy się właściwie o wszystko. Teraz to się trochę zmieniło…
Wiktor: Kłóciły się, bo Marysia często oczekuje, że inni będą robić wszystko tak, jak ona chce. Mają zjeść to, a tego nie. W tym momencie mają założyć takie, a nie inne ubranie. Córki buntowały się – często z przekory.
◗ Pani Zosiu, Pani Haniu – jak relacja z mamą wyglądała w Waszych oczach?
Zosia: Mama nigdy nie wzbudzała grozy, nawet gdy tego chciała. Pamiętam, jak ganiała za nami wokół łóżka, krzycząc, że nas trzepnie. A ja i Hania, wiedząc, że to tylko pogróżki, płakałyśmy ze śmiechu.
Hania: Mama jest też osobą bardzo niekonsekwentną – w przeciwieństwie do taty. Gdy jako nastolatka chciałam wyjść wieczorem na imprezę, przygotowywałam ją na to psychicznie już tydzień wcześniej. Najpierw rzucałam hasło: „Jest impreza tu i tu, chciałabym na nią pójść”. Mama powtarzała: „Absolutnie nie”. Wybuchałam więc płaczem, mimo że wiedziałam, iż to dopiero pierwszy etap walki o wyjście. W końcu mama, widząc mój żal, zaczynała się łamać. Następnym stałym elementem była jej rozmowa z tatą. Albo ustalali, że mogę iść, albo – że nie mogę. Jeżeli rodzice zabraniali, to przez następne dni błagałam mamę, żeby mi pozwoliła pójść, chociaż na chwileczkę. Mama najpierw odmawiała, a potem zawsze nadchodził moment „trzymania sztamy z córką”: w tajemnicy przed ojcem wiozła mnie na imprezę i zabierała z niej. Umowa była taka: ja nie piję, a ona, żeby nie robić mi obciachu przy znajomych, czeka na mnie parę ulic dalej.
Maria: Rzeczywiście, nie mam zacięcia pedagogicznego. Ale myślę, że mimo wszystko nie wychowałam dzieci źle. Może właśnie dzięki Wiktorowi, który z boku to jakoś kontrolował…
![]() |
| Maria Winiarska z córką Zosią. fot. ANDRZEJ NIEDŹWIECKI – http://niedzwiecki.miastowroclaw.pl |
◗ A jak chcieliście je wychować?
Maria: Moi rodzice – przy wszystkich ich zaletach i wadach, przy tym, co udało im się w wychowaniu, a co nie – nauczyli mnie kochać. I to przede wszystkim chcieliśmy przekazać Hani i Zosi. Z mamą i siostrą łączyła mnie bardzo głęboka więź. Potrafiłyśmy dzwonić do siebie kilka razy dziennie tylko po to, żeby się usłyszeć. Teraz podobnie jest ze mną i córkami, które te relacje obserwowały. Zosia, mieszkająca w Warszawie, dzwoni, żeby powiedzieć mi, że teraz idzie na zabawę albo do kina. I zaznacza, że zadzwoni po filmie – tak jakby to było konieczne. Podobnie jest z Hanią, która mieszka w Brazylii. Codziennie piszę do niej kilka maili – o najdrobniejszych wydarzeniach, nawet o tym, jaka jest pogoda, co jedliśmy na obiad. A ona odpisuje. Uwielbiam te nasze stałe kontakty. Wtedy wiem, co się z córkami dzieje, mam wrażenie, że są blisko – jakbyśmy spotykały się razem na kawie.
Wiktor: Zgadzam się z Marysią: dzieciom trzeba okazać jak najwięcej miłości i zainteresowania. Natomiast nie formować „świadomie” na wzór i podobieństwo swoje, bo można je w ten sposób skrzywdzić. Dziecko musi się samo kształtować, widząc w miarę pozytywne wzorce i zachowania. „W miarę pozytywne” – bo przecież będzie widziało także negatywne. I musi się nauczyć odróżniać jedne od drugich. Zresztą rzadko którzy rodzice wiedzą, jak wychowywać i co przekazywać. Jestem przekonany, że znacznie większy wpływ w tym względzie mają na dzieci dziadkowie. Posiadają spore życiowe doświadczenie i mogą poświęcić wnukom więcej czasu niż zagonieni rodzice. Jeśli dojdzie do tego bliski kontakt z wnukami, są w stanie przekazać im dużo więcej niż kilkanaście lat wcześniej swoim dzieciom. Ja też liczę na to, że coś sensownego będę mógł przekazywać w przyszłości swoim wnukom. Po to, by bez problemu odróżniały, co jest dobre, a co złe, co piękne, a co brzydkie.
◗ Wiemy już, Pani Haniu i Pani Zosiu, że rodzice starali się Was nauczyć przede wszystkim szacunku i bliskości. Co jeszcze, według Was, było ważne w rodzinnym domu?
Zosia: Nie brakowało w nim poczucia humoru. Rodzice bardzo szybko zaczęli traktować mnie jak dorosłą osobę, a ja starałam się nie zachowywać głupio. Wydaje mi się, że okresu buntu nie przeżywałam zbyt burzliwie.
Maria: Ale Hania tak. Na szczęście obyło się bez narkotyków, wyrzucania ze szkoły itp.
Zosia: A ja uczyłam się na jej błędach. Hania powiedziała mi o wielu problemach okresu dojrzewania i ustrzegła przed pomyłkami. Natomiast między mną, mamą i tatą zawsze było porozumienie. I bardzodużo zaufania. Rodzice nigdy nie wchodzili na siłę w nasze osobiste sprawy, a jednocześnie nie było w domu tematów tabu. Pewnie dlatego teraz bez oporów zwracam się do nich z problemami: czy to szkolnymi, czy sercowymi.
◗ Czy uważacie, że duży wpływ na Wasze życie miało to, że oboje rodzice są aktorami?
Zosia: Oczywiście, że tak. Ich związek ze sztuką przejawia się w sposobie myślenia, bycia. A myśmy z tego czerpały: chodząc z rodzicami do teatru, oglądając sztuki w telewizji, rozmawiając o kulturze. Od nich nauczyłam się, że jeśli nawet zawód, który wykonujemy, jest naszą pasją – to za mało do pełni szczęścia. Trzeba mieć jeszcze jakieś zainteresowania. Tato gra w golfa, tenisa, wędkuje. Mama od urodzenia uczy się angielskiego…
Maria: Nie od urodzenia…
Wiktor: W każdym razie: cały czas, odkąd Cię znamy.
Zosia: Śmiało mogę powiedzieć, że mama przeszła chyba przez wszystkie szkoły nauki angielskiego w Warszawie i to jest jej pasja [wszyscy się śmieją].
Maria: A drugą moją pasją jest odchudzanie [śmiech]. To też robię przez całe życie. Zimą tyję, a na wiosnę zawsze się odchudzam.
◗ Pani Haniu, czego Pani przede wszystkim nauczyła się od rodziców?
Hania: Ostatnio dostrzegam, jak istotne dla mnie było to, że rodzice po kłótni nigdy się na siebie nie obrażali, tylko szybko dochodzili do porozumienia. Teraz z moim mężem, Danielem, wprowadzamy to w naszym małżeństwie. Po sprzeczce staramy się jak najszybciej przeprosić. Bardzo ważne jest dla mnie zdanie, które ojciec często powtarzał: żeby, pnąc się w górę po szczeblach kariery, szanować ludzi, których mijamy, bo spadając, znów będziemy ich spotykać. Staram się o tym pamiętać.
W moim rodzinnym domu – ze względu na nieregularne godziny pracy rodziców – brakowało mi wspólnie spędzanych weekendów, takiego czasu, gdy moglibyśmy wszyscy iść do kina, do restauracji czy na spacer. Teraz, z mężem, staram się więcej rzeczy robić razem. Bardzo chciałabym podtrzymać polską tradycję. Uwielbiam Wigilię i Wielkanoc w domu u rodziców. Tak naprawdę zaczęłam je doceniać dopiero po przyjeździe do Brazylii. Kiedyś męczyły mnie przygotowania, dzielenie się opłatkiem, kolędowanie. Teraz za tym tęsknię.
◗ Czy mieszkanie tak daleko od Polski jest dla Pani trudne?
Hania: Zawsze wydawało mi się, że tęsknię tylko trochę. Dopiero Daniel uzmysłowił mi, iż dosłownie „wiszę na laptopie”. Rankiem, jak tylko się obudzę, włączam komputer i sprawdzam pocztę. Zawsze znajduję w niej „mejluś od mamusi”. Później przeglądam wiadomości o polskich znajomych na różnych portalach. Tęsknotę odczuwam najbardziej wtedy, gdy jest mi smutno, źle, coś mnie boli albo gdy osiągam sukces, z czegoś się bardzo cieszę. Szczególnie wtedy chciałabym mieć moją rodzinę i przyjaciół bliżej. Tęsknię też za drobiazgami, takimi jak: ogórki kiszone, razowiec czy kwaśna śmietana. Brakuje mi niektórych zapachów, np. pomostu na jeziorze na Mazurach czy domu mojej babci. Internet, niestety, nie zaspokaja takich tęsknot.
![]() |
| fot. ANDRZEJ NIEDŹWIECKI – http://niedzwiecki.miastowroclaw.pl |
◗ A jak Państwo, jako rodzice, przeżywacie to, że nie mieszkacie nawet na tym samym kontynencie co Hania?
Maria: Rozłąka z Hanią jest z jednej strony straszna, a z drugiej fantastyczna. Bo gdy już przyjeżdża do Polski, to nie chce nas zostawić nawet na chwilę.
Wiktor: Brakuje mi jej. Bardzo też „na zapas” ubolewam nad tym, że gdy Hania i Daniel zostaną kiedyś rodzicami, będę od tego wnuka czy wnuczki odcięty. Oczywiście, zadbam o utrzymanie kontaktu, ale to zbyt duża odległość na bliskie relacje. A wiem, że dla dziecka to nie jest dobre.
◗ Emigracja Hanny to dla Pani nie najtrudniejsze doświadczenie w życiu?
Maria: Zdecydowanie nie. Tu jest smutek wynikający z tęsknoty, ale jest też wiele radości, choćby z tego, że Hania jest z Danielem szczęśliwa. Najgorszym przeżyciem było dla mnie odejście, w ciągu pięciu lat, całej mojej najbliższej rodziny. Śmierć siostry była tak niespodziewana, że nie mogłam się z tego otrząsnąć. Potem zmarł ojciec, a pół roku po nim – mama. Poradziłam sobie dzięki wsparciu Wiktora i dziewczynek oraz pracy, która pomagała mi zapomnieć o bólu. Gdyby nie oni, nie otrząsnęłabym się po tym doświadczeniu. Owszem, czas leczy rany, ale nie do końca. Do tej pory trudno mi przeboleć, że z tej pierwszej gałęzi mojej rodziny nie pozostała nawet jedna osoba. Tak, odejście najbliższych to bardzo trudne doświadczenie. Ale ono także mnie czegoś nauczyło. Od śmierci siostry inaczej liczę czas. Basia nie żyje siedem lat. To z jednej strony długo, z drugiej – bardzo krótko. Przez jej przedwczesną śmierć uświadamiam sobie jeszcze mocniej, że trzeba cieszyć się życiem – bo ono jest kruche i nie wiadomo, kiedy się skończy.
◗ Z czego Wy w życiu cieszycie się najbardziej?
Wiktor: Ogromnym szczęściem dla mnie jest każdy sukces córek: dostanie się na studia, osiągnięcia zawodowe, to że Hania tak opanowała trudny język portugalski, że zdała w Brazylii dziesięć ogromnych egzaminów na pośrednika nieruchomości. Jestem dumny, że córki tak dobrze układają sobie życie. Obie są pięknymi dziewczynami.
Maria: Cieszymy się nimi od momentu ich pojawienia się na świecie. Najpierw staraliśmy się najlepiej, jak potrafiliśmy, je wychować, a teraz – gdy się usamodzielniają – nadal bardzo mocno przeżywamy ich powodzenia i porażki.
◗ Mówiliście o tęsknocie za starszą córką. Młodsza też już coraz rzadziej pojawia się w domu…
Maria: Tak, teraz przeżywamy zupełnie nowy etap. W domu została nam mama. I dwa pieski, o których niekiedy dla żartu mówimy, że są „Zosią i Hanią”.
To bardzo ciekawy etap życia, w którym znajdujemy czas na to, o czym wcześniej nawet nie pomyślałam, bo tak byliśmy zagonieni. Najpierw dość intensywnie pracowałam z siostrą w duecie. Później, gdy dziewczynki były małe, miałam na głowie tyle spraw: wyprawić je do szkoły, zawieźć Hanię na tenis, a Zosię na stepowanie, przypilnować lekcji… Mieliśmy dla siebie z Wiktorem zdecydowanie mniej czasu. I dobrze, bo jakbyśmy razem pracowali, razem jeździli na wakacje, to moglibyśmy się zamęczyć. Teraz tego czasu jest więcej, ale my jesteśmy dużo mądrzejsi… To powrót do przeszłości w lepszym stylu.
◗ Czy chodzicie znowu razem na randki?
Maria: Nie, nie ma randek.
Wiktor: To nie jest w moim guście.
Maria: Najbardziej lubimy spędzać wolny czas w domu. Przez 11 lat prawie codziennie woziłam dziewczyny po 25 kilometrów do Warszawy: do szkoły, ze szkoły i na różne zajęcia. Już wtedy, po dniu pełnym wyjazdów, ciężko było wieczorem gdziekolwiek się ruszyć.
◗ To znaczy, że jednak te wspólne, miłe spotkania się zdarzają?
Maria: Tak. Ale nie przesadzajmy z tymi randkami i „jedzeniem sobie z dzióbków” po 33 latach małżeństwa. Po prostu staram się na przykład czekać na Wiktora z kolacją.
Wiktor: Przez 23 lata, gdy pracowałem w teatrze na etacie, przyjeżdżałem do domu późnym wieczorem, najwcześniej po godzinie 22. Zosia i Hania były już po kolacji, a często spały. Marysia nie kładła się, dopóki nie wróciłem.
Maria: Wiedziałam przecież, że jest zmęczony po spektaklu lub dwóch, więc czekałam – tak samo jak moja mama na tatę. Zresztą wiele zwyczajów, które wprowadziłam w naszej rodzinie, podpatrzyłam u rodziców. Myślę, że nasz długi staż małżeński to w dużej mierze także ich zasługa. Zarówno moi rodzice, jak i Wiktora, przechodzili różne koleje losu, ale trwali w małżeństwie po 50 lat, szanując się i kochając. Dla nas taka postawa stała się oczywista. I myślę, że z naszymi dziećmi będzie podobnie.
◗ Bardzo dziękuję za rozmowę.