![]() |
| fot. KOSMA |
Najpierw powstał teatr dla tych widzów, którzy nigdy wcześniej nie bywali na widowni, czyli maluszków do trzeciego roku życia. Potem zrodził się najbardziej niebywały pomysł aktorski – teatr na telefon wystawiający swoje sztuki w szpitalach, domach dziecka i hospicjach. „Zastanawiałem się, co spowodowało, że tak bardzo chciałem zostać aktorem. Mogłem przecież wykonywać inny zawód. Odpowiedź przyszła sama. Stało się tak po to, żebym założył Pogotowie Teatralne” – tak o swojej niezwykłej działalności opowiada Tomasz Jankiewicz.
Sztuka dla okruszków
Zaczęło się od tego, że w 1997 roku prowadziłem kabaret „Piwnica przy Krypcie” w Szczecinie. Wystawialiśmy w nim Pchłę szachrajkę, w której grałem rolę tytułową. Był to spektakl dla dzieci, a tę samą uniwersalną wersję wieczorami graliśmy dla dorosłych. Na jedno z dziecięcych przedstawień moja żona, Asia, przyniosła naszą kilkumiesięczną córeczkę. Zuzia bardzo żywo reagowała na spektakl. Wydawała z siebie różne odgłosy, oczkami wodziła za postaciami. Psychologowie twierdzą, że dziecko powinno chodzić do teatru od trzeciego roku życia. I pewnie mają dużo racji. Można jednak wcześniej przygotować maluchy do odbioru sztuk. To właśnie z myślą o mojej córeczce napisałem scenariusz sztuki Tańcowały dwa Michały, a Asia zrobiła do niego swoją pierwszą scenografię. Do dziś przygotowała ich 20. Z czasem zaczęła także grać w spektaklach. Zaprosiłem też do współpracy Grażynkę Nieciecką z Teatru Lalek Pleciuga, ponieważ byłem aktorem dramatycznym i wtedy jeszcze nie potrafiłem operować lalkami. Zagraliśmy tę sztukę w domu dla Zuzi i dzieci sąsiadów. Była to raczej zabawa, ale po przedstawieniu znajomi pytali o kolejne. Uznałem, że muszę napisać następne scenariusze dla maluchów od pierwszego roku życia do 3-4 lat, a potem te sztuki wystawić.
Spektakle na deszczowe dni
Z pierwszym spektaklem dla najmłodszych jeździliśmy po przedszkolach, znajdujących się na obrzeżach Szczecina, skąd dzieci mają trudny dojazd do miejskich teatrów. Kiedyś w deszczowe popołudnie, rozstawiając z koleżanką dekorację, pomyśleliśmy, że w takie dni, gdy dzieciom w szpitalach czy domach dziecka jest smutno, byłoby dobrze, gdyby opiekunowie mogli zadzwonić i zamówić spektakl, który rozweseliłby maluchy. I to nieprzypadkowy teatr dramatyczny czy typowy lalkowy, ale specjalny na telefon. A że wspomagałoby ono proces leczenia teatrem, więc – pogotowie teatralne.
Pomysł, który zrodził się w luźnej rozmowie, tak nam się spodobał, że 21 marca 1998 roku, w pierwszy dzień wiosny, w Szpitalu Dziecięcym w Szczecinie, oficjalnie powołaliśmy Pogotowie Teatralne. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że przypadnie mi w udziale nie tylko rola aktora i autora 19 scenariuszy, choreografa, ale też elektryka, akustyka i speca od efektów specjalnych. I że te wszystkie prace będą dla mnie ważne.
Po kilku latach prowadzenia Pogotowia, uznaliśmy z żoną, że dalej nie da się tego robić po „partyzancku”. Nasza działalność musi mieć określone ramy prawne, ponieważ potrzebne są pieniądze na przygotowywanie kolejnych premier. Wreszcie, by móc grać za darmo, gdzie indziej musimy zarabiać. W lutym 2002 roku założyliśmy fundację, a od zeszłego roku jesteśmy organizacją pożytku publicznego.
Pogotowie się rozrasta
Na początku mieliśmy odwiedzać tylko dzieci w szpitalach szczecińskich. W Szczecinie i okolicach są również rodzinne i państwowe domy dziecka. Jednak gdy w prasie ukazał się artykuł o grupie artystów, którzy grają za darmo, rozdzwoniły się telefony. Skontaktowali się z nami ludzie z Koszalina, aby zapytać, czy to prawda, że gramy i nie bierzemy za to pieniędzy. Odpowiedzieliśmy, że tak, prosimy tylko o zupę i kawę, gdy przyjedziemy. Tak fama o nas roznosiła się coraz dalej, nadchodziły kolejne zaproszenia: z innych oddziałów szpitalnych, z domu dziecka z Mogilna, wreszcie z Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Musieliśmy tam najpierw wysłać swoje życiorysy, napisać, kim jesteśmy, opisać osiągnięcia i załączyć wycinki prasowe. Ostatecznie w 2003 roku dostąpiliśmy zaszczytu występowania w CZD. Od tego czasu jeździmy tam regularnie i gramy około 20 spektakli rocznie. Docieramy także na wsie, gdzie nie dojeżdża żaden inny teatr.
Na początku Pogotowie opierało się na pracy mojej i żony. W spektaklach pomagała nam też córka Zuzia, która grała, szyła stroje razem z mamą, pomagała przy choreografii. Ma zacięcie artystyczne i ku naszej radości twierdzi, że kiedyś chciałaby kontynuować naszą pracę w Pogotowiu. Z czasem zespół zaczął się rozrastać. Przystępowali do nas aktorzy Teatru Polskiego w Szczecinie, kompozytorzy, nauczyciele, lekarze. Niektórzy grają, inni piszą teksty. Ostatnio dołączyło kilkoro studentów z Pomorskiej Akademii Medycznej. W tej chwili na stałe z Pogotowiem współpracuje aż 51 osób.
![]() |
| Aktor Tomasz Jankiewicz wraz z żoną Asią i córką Zuzią. fot. IZABELA GÓRNICKA-ZDZIECH |
Kangurek w szpitalu
Nie gramy w sali widowiskowej. Wchodzimy bezpośrednio na oddziały szpitalne, co umożliwia obejrzenie spektaklu dzieciom, które nie mogą się przemieszczać. Mamy też takie sztuki, które gramy wyłącznie przy łóżku. Przygody Kangurka Jurka to zainscenizowane czytanie. Rozstawiamy maleńką kurtynę, układamy obrazki, ja czytam, śpiewam, zadaję zagadki i wykonuję skromną choreografię. W naszych spektaklach rozmiar choreografii jest bardzo ograniczony. Na sali czy na korytarzu jest więcej miejsca, ale przy łóżku lub w domu chorego dziecka mamy scenę o szerokości 1,5 i głębokości 1 metra. A żeby sztuka była ciekawa i wesoła, trzeba się odpowiednio poruszać. Podejrzewam, że mój występ przed dzieckiem i jego rodziną w takich warunkach wygląda komicznie. Na twarzach dzieci, które od miesięcy się nie śmieją, widzę radość. Na widok moich wygibasów czują się lepiej i mogą zapomnieć o kroplówkach, chemii, bólu.
Reakcje dzieci bywają różne. Maluchy z niedużych miejscowości siedzą cicho, jakby wstydziły się reagować, wywołane do odpowiedzi czerwienią się i spuszczają głowę. Nie są przyzwyczajone do tego, że ktoś chce z nimi rozmawiać, że istnieje taki rodzaj teatru. Ostatnio na oddziale dermatologii 3-letnia dziewczynka bała się spektaklu i nie chciała go oglądać. Mama ją uspokajała, razem ze mną namawiała, aby została na próbie. „A potem będzie jeszcze lepiej, zobaczysz” – zapewniłem ją. Najpierw siedziała na kolanach mamy, potem się rozluźniła i bawiła się razem z nami.
Niekiedy najtrudniejsza jest reakcja rodziców, którzy podchodzą zapłakani i ze wzruszeniem mówią, że ich dzieci znowu się śmieją. Te momenty nas budują. Jeden z lekarzy powiedział do nas kiedyś: „Nie wiem, czy wy nie robicie więcej dla zdrowia tego dziecka niż ja ze swoimi lekarstwami, zastrzykami i farmakologią”. Na pewno wspomagamy proces leczenia i nastawiamy dzieci optymistycznie. Udowadniamy, że w szpitalu nie zawsze panuje ból i smutek, że może być wesoło.
Bajka o aniele
Gdy wybieramy się do dzieci z hospicjum, nie możemy tego odkładać nawet o jeden dzień. Musimy też być zdrowi, żeby nikogo nie zarazić. Kiedyś zdarzyło się, że trzeba było jechać na urodziny natychmiast. Mieliśmy mało czasu, ale zdążyliśmy sprawić, że Dominik miał bardzo wesołe czwarte urodziny. Kilka dni po nich odszedł do nieba… W uroczystości uczestniczyła rodzina, jego koleżanki i koledzy. Zaprosił na nasz spektakl wszystkie bliskie mu osoby. W takich chwilach jest szczególnie trudno, ale się gra. Staram się o tym nie myśleć w czasie spektaklu, nie zapatrzeć się w dziecko, bo wtedy myślę o nim i zapominam tekst.
Najtrudniejsza okazała się dla mnie prośba niespełna pięcioletniego Maciusia, który tuż przed śmiercią powiedział mi, że chce, abym – kiedy go już nie będzie – przeczytał mu na pożegnanie bajkę. Lubił bajki. Zawsze czytali mu je rodzice. Wybrali z mamą bajkę Andersena. Dotrzymałem słowa i przeczytałem ją wszystkim zgromadzonym, którzy go żegnali. Ale powiedziałem wtedy, że mam nadzieję, że nikt już więcej nie będzie prosił mnie o spełnienie takiego życzenia. Była to bardzo piękna bajka zatytułowana Anioł, ale wyjątkowo trudna do czytania w takiej sytuacji. Czasem, gdy idę przez cmentarz, niedaleko którego mieszkamy, opowiadam Maciusiowi bajki.
Moc życzliwości
Gdy w zeszłym roku otrzymałem Order Uśmiechu, na uroczystość jego wręczenia przyszło tyle osób, że zabrakło miejsc. Najważniejsze, że pojawiło się mnóstwo dzieci, które z własnej woli przyjechały z zaprzyjaźnionych miejscowości. Nie mogłem powstrzymać łez.
Bez innych ludzi nie udałoby nam się tak wiele zdziałać. Wszyscy wokół niezwykle nam pomagają. Nasi rodzinni wolontariusze to babcia Krysia, która zawsze opiekuje się naszą Zuzią, gdy wyjeżdżamy, i dziadek Staszek, pracoholik, który dzięki temu, że musi babcię przywieźć do nas, odpoczywa. Działalność Pogotowia wspiera Adam Opatowicz, dyrektor Teatru Polskiego w Szczecinie. Jeśli aktorzy muszą pojechać ze spektaklem na wieś lub do szpitala, dyrektor stara się tak umówić z reżyserem, by aktorka czy aktor mieli w tym czasie wolne.
Spotykamy się z dużą życzliwością, nawet wśród ludzi, których nie znamy. Gdy kiedyś Asia robiła zakupy, pani zza kasy podeszła do niej z maskotką, mówiąc: „To dla pani, bo pani będzie wiedziała, co z tym zrobić”. Innym razem w hurtowni z materiałami, gdzie się zaopatrujemy, ekspedientka spytała: „Mam taki ładny, bajkowy srebrny materiał, może chcecie? Dla was za złotówkę”.
To miłe chwile, gdy ludzie, widząc, co robimy, wspomagają nas uśmiechem, podchodzą na ulicy, dziękują, ściskają rękę. W zeszłym roku Krzysio, który szedł do Pierwszej Komunii Świętej, postanowił oddać chorym dzieciom część pieniędzy, jakie otrzymał od bliskich. Kupili z mamą gry planszowe, domino, książeczki, Czarnego Piotrusia. Nasza praca wyzwala w dzieciach chęć podzielenia się tym, co mają. Zdarza się, że oddają własne skarby.
U Kasi w Wierzbniku
Jedna z naszych ostatnich wizyt najlepiej świadczy o tym, jak bardzo jesteśmy potrzebni i jak wielką radość sprawia nam to, co robimy. W „Kurierze Szczecińskim” przeczytałem artykuł o dziewczynce, która ma 10 lat i jako jedyna w Polsce choruje na bardzo rzadką chorobę. Kasia intelektualnie rozwija się prawidłowo, ale jej ciało ulega zdeformowaniu. Dziewczynka nie może mieć kontaktu z rówieśnikami, gdyż każda infekcja jest dla niej groźna.
Jeszcze tego samego dnia napisałem list do Kasi z pytaniem, czy moglibyśmy do niej przyjechać z teatrem. W odpowiedzi zadzwoniła z zaproszeniem jej mama. Opowiadała, że Kasia cieszy się na spotkanie, ponieważ nigdy nie była w teatrze. Odwiedziłem Kasię w Wierzbniku razem z Zurą, naszym gruzińskim aktorem, świetnie mówiącym po polsku. Zagraliśmy u niej przedstawienie o Kangurku Jurku z pełną scenografią: były światła i efekty specjalne. Kasia zaprosiła jeszcze Adasia, który ma porażenie mózgowe, i dwuletnią dziewczynkę ze wsi z mamą. Widownia składała się z czworga dzieci i ośmiorga dorosłych. W czasie, gdy większość zespołu kryła się z tyłu za kurtynką i operowała lalkami, ja mogłem z przodu oglądać reakcje publiczności. Co prawda było je też słychać, gdyż śmiali się i dorośli, i dzieci, ale patrząc na Kasię, która odkrywała teatr, po raz kolejny stwierdziłem, że sensem mojego zawodu jest dawanie radości innym, a śmiech i radość dziecka są największą zapłatą.
Po zakończeniu przedstawienia jeszcze długo siedzieliśmy z Zurą u Kasi, pijąc kawę i jedząc ciasto, które upiekła jej babcia. Aż żal nam było wyjeżdżać, bo w tym domu było tak rodzinnie i czuliśmy się tacy potrzebni… Postanowiliśmy ponownie przyjechać do Kasi z Bajkowym ogrodem. W tej sztuce jest bardzo rozbudowana scenografia, ale ścieśnimy się na małej przestrzeni, bo warto.
Moja żona powiedziała kiedyś, że praca w Pogotowiu jest taką naszą modlitwą do Pana Boga. Do III klasy liceum myślałem, że zostanę księdzem, tak jak mój stryj i brat babci, bo do matury służyłem w czasie mszy jako ministrant. W końcu jednak utworzyłem w szkole kabaret i zmieniłem zdanie. Teraz znowu służę – w Pogotowiu.








