|
|
| fot. Shutterstock |
Młode małżeństwo, pierwsze dziecko, niedawno dostali mieszkanie. Ich syn, Michałek, to mój chrześniak. Na jego drugie urodziny postanowiłam ich odwiedzić. Wybrałam zabawkę – autko, które samo jeździ, jak się je nakręci, i nie wymaga baterii.
Weszłam na klatkę schodową, dość mroczną. Z góry schodził jakiś pan. Pochmurny, coś mruczał pod nosem. Na mój widok zatrzymał się i patrzył, dokąd idę.
Młodzi mieszkali na strychu. Zadzwoniłam. Kobieta wyjrzała przez lekko uchylone drzwi. Gdy mnie poznała, natychmiast otworzyła szerzej, tłumacząc się: „Myślałam, że on wrócił”. „Kto?” – spytałam. „Sąsiad z dołu”. „Co się stało? – zapytałam, widząc, że ma zapłakane oczy. – Coś z dzieckiem?”. „Ach, nie, nie. Tylko od czasu, jak Michałek zaczął chodzić, stale są awantury”. „O co?”. „Że sąsiadowi przeszkadza i że sufit u niego się trzęsie”.
Gdy złotowłosy bobas mnie zobaczył, zeskoczył z fotela i pobiegł w moją stronę – tup, tup, tup małymi nóżkami. Matka, przerażona, porwała go na ręce i powiedziała: „Cicho, Michałku. Nie tup”. „Przecież to normalne, że dziecko biega!” – zwróciłam uwagę. „No właśnie, biega, a nie chodzi – odpowiedziała matka. – Co ja się natłumaczę, a on i tak biega”. „Natłumaczę?!? – zapytałam, nie kryjąc zdziwienia. – Jakże dwulatkowi wytłumaczyć, że nie może biegać?”.
Ale młoda kobieta nie wypuszczała dziecka z rąk i wyjaśniała: „No właśnie, o to są awantury i ja już dłużej tego nie wytrzymam!”.
Kiedy wrócił z pracy ojciec Michałka, przywitał się ze mną, ucałował żonę, popatrzył na nią badawczo i zapytał: „Co? Znowu był ten z dołu?”. Kobieta przytaknęła milcząco, ze łzami w oczach.
Już wiedziałam, że samochodzik nie nadawał się na prezent, bo stukał i warczał. Nawet nie ujawniłam, że go przyniosłam…
Po jakimś czasie mąż powiedział: „Naprawdę nie wiemy, co robić. Co dzień awantury… A z takim trudem zdobyliśmy to mieszkanie! Tak się cieszyliśmy, że będziemy u siebie i nie będziemy nikomu przeszkadzać. A tu takie piekło…”.
Kobieta kontynuowała: „Chciałam, żeby Michałek chodził tylko w miękkich pantofelkach, ale pani doktor przepisała mu ortopedyczne twarde buciki z wkładkami i zabroniła dawać miękkie. Co mam robić? Trochę biega na spacerze, ale przecież nie mogę być cały dzień na podwórku”.
Zdecydowałam: „Poczekajcie. Pójdę do tych sąsiadów i porozmawiam z nimi”. Ale oni się bali. Może będzie jeszcze gorzej? Lepiej nie ruszać.
Wypiliśmy kawę, pobawiłam się z Michałkiem, bardzo żywym i inteligentnym chłopcem, i pożegnałam się z nimi.
Na schodach piętro niżej przyjrzałam się złoconej blaszce z nazwiskiem, znanym mi z artykułów z prasy katolickiej. Zadzwoniłam. Otworzył mi ten sam starszy pan, którego wcześniej spotkałam na schodach.
Przedstawiłam mu się. Pan znał moje nazwisko. Był uprzejmy, zaprosił do środka i zapytał, czemu zawdzięcza moją wizytę. Odpowiedziałam:
„Jestem matką chrzestną Michałka”. Nie zareagował, więc dodałam: „Chłopczyka, który mieszka nad panem”. Zesztywniał, a ja ciągnęłam dalej: „Chciałam zapytać, w czym to dziecko panu przeszkadza?”. Oschłym tonem odpowiedział: „To dziecko ciągle stuka w sufit. Nie mogę pracować”.
Nagle usłyszeliśmy u góry kroczki Michałka. Tup, tup, tup, istotnie było słychać. Pan z triumfem podniósł głowę: „O! Słyszy pani?”.
„A czy pana dzieci w ogóle nie biegały?”– zapytałam.
„No, oczywiście, że biegały – odpowiedział. – Ale to dziecko mi przeszkadza!”.
„Oczywiście, przeszkadza – odparłam. – A czy zastanawiał się pan nad tym, jak bardzo przeszkadza pan tym młodym?”.
„Moje dzieci nikomu nie przeszkadzały!” – niemal krzyknął. „Bo może pan miał cierpliwych sąsiadów – a wiedząc, że mieszkali kiedyś sami w willi, dodałam nieco złośliwie: – albo mieszkał pan na parterze”. Zaraz jednak powiedziałam łagodniej: „Przecież pan jest obrońcą nienarodzonych dzieci”. „Oczywiście!” usłyszałam. „To widzi pan – tłumaczyłam – dziecku trzeba pozwolić żyć, a nie tylko pozwolić, żeby się urodziło. Urodzone musi rosnąć i potem biegać…”. „Ale nie po mojej głowie!” – odparł.
„Nie – odpowiedziałam – ono biega po swojej podłodze… Nie wystarcza deklaracja, że jest pan przeciwko zabijaniu nienarodzonych. Trzeba jeszcze pomóc rodzinie, akceptując dzieci. Czy pan wie, z jakim trudem ci młodzi znaleźli to mieszkanie? Im wydaje się, że całe społeczeństwo jest przeciwko… tylko dlatego, że dziecko przeszkadza. Oczywiście, że przeszkadza! Płacze w nocy, krzyczy, a potem biega «po głowie». Dziecku trzeba dać prawo do życia, ale i prawo do tego, żeby płakać i biegać! Zresztą pan też bardzo przeszkadza tym młodym. Mieli nadzieję na spokojny kąt, a pan im zamienił życie w tortury. Ta kobieta po każdej pana wizycie płacze i siłą trzyma dziecko na rękach! Czy pan myśli, że to jej nie przeszkadza?”.
Wyszłam bez pożegnania. Po tygodniu wróciłam do Michałka z moim samochodem prezentem.
„Stał się cud! – usłyszałam od jego rodziców. – Sąsiad ani razu do nas nie przyszedł. Tak bardzo się o to modliliśmy!”. „Widzicie? Zostaliście wysłuchani” – nie powiedziałam im jednak, że odwiedziłam ich sąsiada.
A on kłania mi się z daleka, lecz nie podchodzi do mnie. Nawet wiem, dlaczego…
Autorka jest członkiem Papieskiej Rady do Spraw Rodziny oraz Papieskiej Akademii „Pro Vita”. Żona, matka czterech córek.