![]() |
| fot. ADAM SZCZYGIEŁ SSP |
Kasia mieszka w lubelskim Domu Samotnej Matki od kilku miesięcy. Trafiła tutaj dzięki pomocy lekarzy jednego z miejskich szpitali. W czerwcu skończy 18 lat, osiem miesięcy temu przyszedł na świat jej synek Damian. W siódmym miesiącu jej ciąża była poważnie zagrożona. Nie mogła wrócić do podlubelskiego Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego, gdzie wcześniej przebywała, ponieważ do najbliższego szpitala było stamtąd zbyt daleko.
Nastoletnia mama
„Przychodzą do nas ciężarne kobiety w różnym wieku – od nastolatek po kobiety dojrzałe. Panny, ale i mężatki. Dla nas najważniejsze jest to, że chcą urodzić dziecko. Po porodzie mogą tutaj pozostać jeszcze pół roku” – wyjaśnia zasady panujące w lubelskim Domu Samotnej Matki siostra Marietta, zakonnica, która towarzyszy młodocianym matkom nie tylko w samym domu. Odwiedza je też w szpitalu, pomaga załatwić sprawy w urzędzie, a dla niektórych jest nawet prawną opiekunką.
Kasia pochodzi z Tarnowa. Gdy miała 16 lat, po raz pierwszy trafiła do Pogotowia Opiekuńczego. Jak sama mówi, w tamtym czasie popełniała różne głupstwa. Kiedy uciekła z pogotowia, wkrótce na nowo znalazła się pod opieką państwa. Wtedy też udała się do lekarza i okazało się, że jest w ciąży. Została skierowana do Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego we Wrocławiu. Była tam cztery miesiące, do wakacji. Po wakacjach spędzonych w rodzinnym Tarnowie skierowano ją do innego już Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego, tym razem w okolicach Lublina. Nie była w nim długo, bo szybko okazało się, że może ciąży nie donosić. Ze skurczami trafiła do szpitala w Lublinie. Lekarzom udało się utrzymać ciążę, nie chcieli jednak, aby dziewczyna wróciła do ośrodka. Tak trafiła do Domu Samotnej Matki prowadzonego przez Archidiecezję Lubelską. „Jak już tutaj przybyłam – wspomina tamten czas Kasia – poczułam się bardzo spokojna i nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie urodzę dziecko”.
Zbyt młodzi rodzice
Kasia w swoim życiu nieraz usłyszała gorzkie słowa: że jest nikim, że sobie w życiu nie poradzi. Była wychowywana przez rodzinę zastępczą – babcię i dziadka. Kiedy przyszła na świat, jej matka miała 16 lat, a ojciec 18 lat. Rodzice byli zbyt młodzi i niedojrzali, aby zaakceptować fakt, że mają dziecko. Gdy dziewczynka miała sześć lat, matka zostawiła ją u swoich rodziców i wyjechała za granicę. Kasia ma do rodziców żal, że tak się stało, ale nie ma w niej uczucia nienawiści. Z matką udało się jej niedawno nawiązać kontakt. Chciałaby, aby zobaczyła jej synka Damiana.
„Stałam się bardziej wrażliwa, gdy urodziłam dziecko – mówi Kasia. – Wcześniej przechodziłam obok dzieci prawie obojętnie. Teraz żal mi, gdy widzę, że jakieś dziecko jest opuszczone. W szpitalu byłam świadkiem, jak jedna kobieta pozostawiła swoje maleństwo i odeszła. Bardzo mnie to zabolało”. Dla Kasi najważniejsze jest teraz, aby Damian miał wszystko, co jest mu najbardziej potrzebne, a zwłaszcza bliskość i czułość matki. „Przez to, co przeżyłam, nie pozwolę, aby mój synek czuł się samotny i opuszczony” – mówi.
Sens życia
Tuż po porodzie, gdy Kasia tylko zobaczyła Damiana, pocałowała go. „Ważył wtedy niewiele ponad 3 kilogramy i był taki malutki – wspomina. – Godzinami mogłam patrzeć na niego”. Początkowo chłopiec miał mieć na imię Dawid. „Można sobie planować imię wcześniej – mówi Kasia – ale dopiero gdy ujrzy się dziecko, wie się tak naprawdę, jakie imię będzie nosiło”. Ostatecznie chłopczyk otrzymał imię Damian, a na drugie – Dawid.
Kasia nigdy nie myślała o usunięciu ciąży ani o oddaniu dziecka do adopcji tuż po urodzeniu. „Nie potrafiłabym zostawić dziecka, które przez dziewięć miesięcy było we mnie” – twierdzi. Czy boi się przyszłości? Wierzy, że dając Damianowi miłość, której w jej dotychczasowym życiu często brakowało, jej istnienie nabierze pełnego sensu.








