![]() |
|
Irena Szewińska, lekkoatletka, |
![]() |
|
Irena Szewińska, lekkoatletka, |
Młodziutka Irena Szewińska związała się z klubem Polonia Warszawa, gdzie pod okiem wybitnych trenerów przygotowywała się do najważniejszych światowych imprez sportowych. Tam też spotkała swojego przyszłego męża. Gdy się poznaliśmy, ja byłam początkującym sportowcem, a on wybitnym zawodnikiem. Połączyła nas wspólna pasja – twierdzi. To właśnie miłość do sportu sprawiła, że Irena Szewińska od początku mogła liczyć na zrozumienie męża. Kiedy wyjeżdżała na zawody, on czekał na nią w domu i trzymał kciuki. Zawsze gotowy cieszyć się jej zwycięstwami i mobilizować do dalszej pracy, gdy coś się nie udawało. Później został również jej trenerem. To, że mój mąż był sportowcem, bardzo mi pomagało. Doskonale potrafił wczuć się w moje potrzeby – przyznaje. Dużą rolę odegrały również mama i teściowa, zwłaszcza kiedy na świecie pojawił się pierwszy syn. Drugiego syna urodziłam już po zakończeniu kariery sportowej, ale przy pierwszym dziecku bardzo pomogły mi mama i teściowa. Chociaż starałam się jak najwięcej czasu spędzać z rodziną, nawet wtedy, gdy intensywnie trenowałam, to pomoc najbliższych była nieoceniona – stwierdza. Trudnym momentem były dla niej wyjazdy. Gdy jednak mąż został jej trenerem, a syn podrósł, czasami na zawody jeździli razem. Cieszę się, że nigdy nie musiałam wybierać między karierą sportową a rodziną. Zawsze mogłam liczyć na bliskich i dzięki temu spełniałam się na każdej płaszczyźnie, godziłam jedno z drugim – wyznaje.
Irena Szewińska najbardziej ceni w rodzinie poczucie stabilizacji, wzajemne zrozumienie i wsparcie w trudnych chwilach. Od mamy nauczyła się otwartości i szczerości wobec innych, i to starała się przekazać również swoim synom. Dzisiaj z radością patrzy na powiększającą się rodzinę i chociaż na początku trudno jej było pogodzić się z myślą, że zostanie babcią, z przekonaniem przyznaje, że to miłe uczucie. Rodzina jest cennym skarbem, a dla sportowca – nawet podwójnym. Kiedy zawodnik żyje tylko dla sportu, wystarczy porażka albo kontuzja i jego świat się wali. Gdy ma rodzinę, to nawet w największym zawodowym kryzysie wie, dla kogo żyć.
Rodzice nauczyli mnie kochać
![]() |
| Otylia Jędrzejczak, pływaczka, złota medalistka igrzysk olimpijskich w Atenach w 2004r. Na zdjęciu z rodzicami |
Pływam od szóstego roku życia, więc rodzice poświęcili dużo czasu, bym mogła się rozwijać. Najczęściej to mama jeździła ze mną na basen i czekała, aż skończę treningi, aby odwieźć mnie do domu. Pamiętam taką sytuację: miałam wskoczyć do głębokiego basenu, ale strasznie się bałam. Uciekałam trenerowi, aż wreszcie chwyciłam się ogromnego słupa i uparcie twierdziłam, że nie wskoczę. Dopiero kiedy przyszła mama i porozmawiała ze mną, przełamałam strach i wskoczyłam – wspomina Otylia Jędrzejczak.
Rodzice wspierali ją podczas treningów i zawodów. Podtrzymywali na duchu, kiedy przechodziła kryzysy i chciała zrezygnować. Ale powtarzali również, że sport musi iść w parze z nauką, i czuwali, aby córka zdobyła wykształcenie. Jestem bardzo wdzięczna rodzicom, że tak pokierowali moim życiem, chociaż czasem się buntowałam. Ale przecież oni mają większe doświadczenie i wiedzą, co w życiu dobre – przyznaje.
Sport ukształtował jej charakter. Nauczył przyjmować zwycięstwa i porażki nie tylko w basenie, ale i w życiu. Jestem bardzo ambitna i ciężko pracuję na sukces, ale bez rodziców byłoby mi znacznie trudniej. Myślę, że w pewnym momencie bym się poddała – wyznaje. Jest wdzięczna rodzicom nie tylko za sukcesy, jakie osiągnęła w pływaniu. To dzięki ich wychowaniu i miłości stała się silną, otwartą i pełną radości życia kobietą. Rodzicom potrafię zaufać bezgranicznie. Mogę przyjść do nich o każdej porze dnia i nocy, i opowiedzieć o swoich problemach. Odkąd pamiętam, zawsze o wszystkim im mówiłam, no chyba że przytrafiła mi się jakaś jedynka w szkole – śmieje się pływaczka.
Otylia mieszka z dala od rodziny od VIII klasy szkoły podstawowej. Gdy czuje się samotna, tęskni za tym, by przytulić się do rodziców. Nigdy nie wstydziłam się okazywać im uczuć. Gdy jestem w domu i budzę się wcześnie, a rodzice jeszcze śpią, nawet teraz z radością wskakuję im do łóżka – przyznaje z rozbawieniem.
Rodzice nauczyli ją szacunku dla każdego człowieka, nauczyli wybaczania, uczciwości. Pokazali, jak powinna wyglądać prawdziwa rodzina. Najbardziej jestem im wdzięczna za to, że nauczyli mnie kochać – dodaje. Są dla niej najważniejszymi osobami. Wszyscy napotkani ludzie są ważni, bo mogę się od nich wiele nauczyć. Ale oni prędzej czy później odchodzą, a rodzina pozostaje do końca. Myślę, że wartości rodzinne trzeba dobrze pielęgnować, bo one są w życiu najistotniejsze.
![]() |
| Katarzyna Rogowiec, dwukrotna mistrzyni paraolimpiady w Turynie w 2006 roku w biegach narciarskich. Na zdjęciu z mamą. Fot. arch. pryw. |
Miała zaledwie dwa latka, kiedy po raz pierwszy stanęła na nartach. W jej rodzinie nie było to jednak nic nadzwyczajnego. Pochodzę z małej górskiej miejscowości położonej niedaleko Rabki. Narty wpisały się na stałe nie tylko w tutejszy krajobraz, ale i w moją rodzinę – opowiada Katarzyna Rogowiec. – Kiedy w Polsce skoki narciarskie nie były jeszcze tak popularnym sportem i nie mieliśmy w tej dyscyplinie znanych zawodników, u mnie w domu z wypiekami na twarzy śledziło się każde zawody. To dzięki rodzinie, a zwłaszcza tacie, który w młodości bardzo dużo jeździł na nartach, Kasia zafascynowała się zimowym sportem. Z tatą stawiałam pierwsze samodzielne kroki na nartach. To on uczył mnie utrzymywać równowagę na deskach i mobilizował do dalszej jazdy po upadku. W dużej mierze to właśnie dzięki tacie sport zajmuje ważne miejsce w moim życiu – mówi.
Sport to jednak nie wszystko. Katarzyna ukończyła studia ekonomiczne na Akademii Ekonomicznej w Krakowie oraz studia podyplomowe w Wyższej Szkole Zarządzania Personelem w Warszawie. Pracuje w krakowskiej firmie, trenuje w Nowym Sączu. Ciągle w ruchu, z gęsto zapisanym kalendarzem. Nie potrafię siedzieć bezczynnie, nie umiem odpoczywać, leżąc do góry brzuchem. Tego nauczyłam się w domu, gdzie zawsze było dużo pracy w gospodarstwie – uśmiecha się. Aż trudno uwierzyć, że w wieku trzech lat Katarzyna straciła w wypadku obie ręce. Rodzice jednak nigdy nie stosowali wobec niej taryfy ulgowej ani nie traktowali w jakiś specjalny sposób. Kiedy była praca w polu, także Kasia sadziła ziemniaki; pomagała również mamie w pracach domowych, jeździła do Rabki na lekcje angielskiego, ćwiczyła jazdę na nartach… Żyła tak samo jak jej rówieśnicy z rodzinnego miasteczka. To prawda, że silny charakter mam od urodzenia, ale wiary w siebie i samodzielności nauczyli mnie najbliżsi – zapewnia.
Rodzice pokazali Katarzynie, że w kontaktach z ludźmi ważny jest dystans do samego siebie, otwartość i wrażliwość na innych. Wpajali, że w każdej sytuacji należy być słownym i szczerym. Nie pamiętam, żebym kiedyś musiała coś ukrywać albo że bałam się o czymś powiedzieć. Nigdy też nie miałam oporów w kontaktach z innymi ludźmi. Myślę, że to efekt wychowania, jakie otrzymałam – mówi.
Swoje sukcesy sportowe i zawodowe zawdzięcza ciężkiej pracy, samozaparciu i silnej wierze we własne możliwości. Jednak nie udałoby jej się tyle osiągnąć, gdyby nie wsparcie rodziny, i to nie tylko rodziców i rodzeństwa, ale też bliższych i dalszych ciotek, wujków, przyjaciół. Moja rodzina to ludzie, z którymi wiążą mnie bliskie relacje. Jeśli nie zadzwoni do mnie mama, to na pewno zrobi to siostra, koleżanka, przyjaciółka albo któryś kolega wyśle SMS-a. Zawsze ktoś ze mną jest, dzięki nim czuję się pewna siebie.
W zawodzie sportowca wsparcie ze strony rodziny jest nieocenione. Doping przydaje się w chwilach, gdy zawodnika dzieli od zwycięstwa tylko krok, ale także kiedy przeżywa stres przegranej. Rodzina pozwala mnożyć sukcesy i goić rany po porażkach. Stanowi wartość, dzięki której życie nabiera sensu i rzeczywistej równowagi.
Olimpiada z księdzem
Z Ks. Edwardem Pleniem, salezjaninem i krajowym duszpasterzem sportowców rozmawiał Tomasz Lubaś SSP
![]() |
| Ks. Edward Pleń z olimpijczykami: O. Jędrzejczak i M. Sawrymowiczem Fot. arch. pryw |
Pekin 2008. Która to olimpiada Księdza?
– W roku 2004 byłem na olimpiadzie w Atenach, w 2006 roku na igrzyskach zimowych w Turynie, zatem Pekin to moja trzecia olimpiada.
Jakie są główne zadania kapelana w czasie olimpiady?
– Na igrzyskach organizatorzy przygotowują tzw. centrum religijne dla wszystkich religii. Swoją kaplicę mają też chrześcijanie. Kapelani służą sportowcom, działaczom, trenerom, celebrując msze, nabożeństwa, sakramenty, modlitwy. Sportowcy proszą o rozmowy, przed startem proszą o błogosławieństwo.
Czy relacje Księdza z olimpijczykami kończą się wraz ze zgaszeniem olimpijskiego znicza?
– Nie. Te przyjaźnie w naturalny sposób trwają. Jestem zapraszany na uroczystości rodzinne olimpijczyków: chrzty, śluby, rocznice. Jesteśmy w stałym kontakcie, choćby listownym, SMS-owym lub mailowym. Czuję się wśród nich dobrze i traktują mnie jak bliskiego przyjaciela, na którego mogą liczyć. Bardzo często proszą o wsparcie i radę w różnych doświadczeniach.
Jaki był najbardziej wzruszający moment w czasie olimpiad, w których Ksiądz uczestniczył?
– Każde spotkanie ze sportowcem, którego niekiedy znamy tylko z przekazów telewizyjnych, jest niezapomniane. Wzruszający jest poszukujący wiary „Nikodem”, przychodzący wieczorem na rozmowę. Także zdobywca medalu, który dziękuje Bogu za medal, albo sportowiec proszący o błogosławieństwo przed startem finałowym. Takich wzruszeń jest wiele.
Czy dziś możliwa jest jeszcze uczciwa walka o olimpijskie medale?
– Zdecydowanie tak. Jest miejsce na czysty sport, w którym człowiek jest ważniejszy niż pieniądze, przeciwnik zaś to nie wróg, ale zawodnik, dzięki któremu można stawać się lepszym, można wzrastać – także duchowo. Tak powinno być w życiu każdego chrześcijanina. Taki sport – i tylko taki – jest nadzieją na lepsze jutro rodziny i świata.