|
|
| Dagmara i Adam Korolowie fot. archiwum prywatne |
◗ Na zgrupowaniach kadry, czyli obozach treningowych poza rodzinnym Gdańskiem, trenuje Pan z niewielkimi przerwami od stycznia do końca sierpnia każdego roku. Do tego dochodzą inne obowiązkowe wyjazdy. Z rodziną przebywa Pan więc niewiele dłużej niż bez niej. W jaki sposób funkcjonujecie Państwo w takim trybie?
Adam Korol: Nasze życie małżeńskie tak wygląda od początku, czyli od blisko dwunastu lat. Nawet okres, w którym braliśmy ślub, był zwariowany. Tydzień przed naszym weselem startowałem w Kolonii w Niemczech, gdzie zdobyłem mój pierwszy medal na mistrzostwach świata. Tydzień po weselu brałem udział w Akademickich Mistrzostwach Świata w Zagrzebiu w Chorwacji. Po ślubie żona mogła się mną cieszyć dosłownie przez dwa dni.
Dagmara Korol: Bardziej niż nieobecność Adama po weselu pamiętam radość z brązowego medalu. To było dla nas ogromne zaskoczenie. Wraz z kilkoma przyjaciółmi pojechaliśmy mu kibicować. Olbrzymia biało-czerwona flaga, którą machaliśmy na trybunach, tydzień później zawisła na ścianie lokalu na Kaszubach, w którym wyprawialiśmy wesele.
◗ Wygląda na to, że wyjazdy nie są dla Was trudnością.
Dagmara: Odkąd staliśmy się parą, tych wyjazdów było wiele. Ponieważ kiedyś także trenowałam wioślarstwo, to są one dla mnie czymś oczywistym. Bardziej zaskoczyła mnie horrendalna liczba obowiązków, które pojawiały się wraz z dziećmi, a którym sama muszę podołać.
Adam: Od przyjścia na świat Julii i Szymona rodzina żyje niejako własnym rytmem. Włączam się w niego, gdy przyjeżdżam do domu, czyli zazwyczaj nie dłużej niż na dziesięć dni. Ponieważ mam wtedy mniej zajęć, odbieram dzieci z przedszkola i szkoły, załatwiam zaległe sprawy w urzędach, wychodzę z psem, czasem gotuję obiad. Staram się spędzać więcej czasu z córką i synem. Gdy wyjeżdżam, dla żony zaczyna się ciężki czas.
Dagmara: Wtedy wszystkie obowiązki spadają na mnie: wstaję o 5.30, żeby wyprowadzić psa. Potem przygotowuję i odwożę dzieci do przedszkola i szkoły, osiem godzin spędzam w pracy, robię zakupy, gotuję, sprawdzam zadania domowe i rozmawiam z dziećmi… Do łóżka kładę się około godziny 24. Czasem nie mam chwili, by usiąść.
Na szczęście problemy sprowadzają się do zorganizowania dnia tak, by sprostać obowiązkom oraz poświęcić odrobinę czasu Julii, Szymonowi i sobie. Pomagają mi rodzice, opiekunki. Najtrudniej jest mi wtedy, gdy któreś z dzieci choruje. Żyjemy rytmem oczekiwania. A moja wielka kariera zawodowa nie wchodzi w rachubę.
◗ Żal Pani straconych możliwości?
Dagmara: Nie mogę powiedzieć, że mi nie żal. Ale sukces Adama jest naszym wspólnym celem. Świadomie zdecydowałam, że rezygnuję z kariery zawodowej, by dzieci miały chociaż jedno z rodziców przy sobie. Gdybym bardzo chciała spełniać się w pracy, pewnie byłoby to możliwe, pod warunkiem zmobilizowania do pomocy połowy rodziny. Tylko że dla mnie córka i syn są ważniejsi.
Adam: Jeśli żona postawiłaby sprawę jasno, przypuszczam, że zrezygnowałbym ze startowania w zawodach. Ona jednak jest twardą kobietą i dobrze sobie radzi. Czuję wdzięczność za to, że nie ma do mnie pretensji i wspiera mnie w tym, co robię. Rzadko zdarza jej się dzwonić podczas zgrupowania po to, by powiedzieć mi „wróć”. Niestety, to tylko życzenie, bo na tego rodzaju treningach muszę być od początku do końca.
◗ Mówiliśmy o planie dnia żony, gdy Pan wyjeżdża. A jak wygląda Pana dzień na zgrupowaniu?
Adam: Na pewno nie jest mi tak ciężko jak żonie. Podczas treningów czy startów wszystko mam podane na tacy. Moim zadaniem jest jedno: dobrze przygotować się do sezonu.
Gdy wyjeżdżam, bardzo tęsknię. Co prawda rozmawiamy codziennie przez Internet, żona i dzieci opowiadają mi o wszystkim, ale to nie zastąpi wspólnego przebywania. Niestety, pewne sprawy z życia rodzinnego mi uciekają.
◗ Jakie na przykład?
Adam: Pierwsze słowo wypowiedziane przez dziecko, jego pierwszy krok. Nawet narodziny córki, podczas których byłem na Mistrzostwach Świata w Kanadzie. Wróciłem do domu, gdy Julia miała dziesięć dni. Nie ma co się oszukiwać: tego czasu nie da się nadrobić. Na szczęście drugie dziecko rodziło się już przy mnie.
◗ W jaki sposób rekompensujecie sobie czas rozłąki?
Dagmara: Myślę, że nie ma tu dobrych recept. Tylko wspólne życie ten czas rekompensuje. Gdy Adam jest w domu, cieszymy się, że jesteśmy razem. A gdy wyjeżdża, powtarzam sobie, że jestem szczęściarą, bo mi się w życiu układa. Nie mamy przecież wielkich problemów, a małymi nie ma co się przejmować.
Adam: Rozłąki sprawiają, że gdy przyjeżdżam do domu – mimo że zmęczony fizycznie – mam wiele chęci i energii, by spędzać czas z najbliższymi.
◗ Czy to oznacza, że Wasza więź po tych rozstaniach się umacnia?
Adam: Mam wrażenie, że tak. Gdy nie widzimy się dłużej, radość z tego, że jesteśmy razem, jest o wiele większa, niż gdybyśmy spotykali się codziennie.
Dagmara: Ja też uważam, że nasz związek się umacnia. Chociaż nie jestem przekonana, czy to z powodu rozstań. Na pewno dojrzewamy jako małżeństwo: więzi między nami są coraz silniejsze. Oczywiście, pozytywne emocje, które nam towarzyszą po rozstaniu, na pewno temu sprzyjają. Ale w budowaniu związku ważniejsze jest to, jacy jesteśmy i jak traktujemy współmałżonka. Indywidualne osiągnięcia schodzą na dalszy plan. Liczy się wzajemny szacunek i uczucia.
◗ I praca nad małżeństwem?
Dagmara: Oczywiście. Nam przychodzi to w miarę łatwo – myślę, że dzięki zainteresowaniu sprawami drugiej osoby, dzięki szczerości i okazywaniu uczuć. Wszystko to sprawia, że czujemy się ze sobą dobrze. To nie fajerwerki, ale codzienność, która jest fajna.
◗ Czy cena, jaką płacicie za sportową karierę, nie jest zbyt wysoka dla rodziny?
Adam: Na pewno jest wysoka i na pewno rodzina z tego powodu cierpi. Ale dzięki mojej karierze stać nas na normalne, godne życie. Bez luksusów, bo wioślarstwo to nie piłka nożna. Możemy jednak z optymizmem patrzeć w przyszłość.
Dagmara: Nie chciałabym tak wartościować: cena na pewno jest wysoka. Trudno mi jednak powiedzieć, czy za wysoka. To cena, którą trzeba płacić i którą się płaci…
Myślę, że każda rodzina ma jakiś sposób na życie. Najważniejsze jest to, jacy są jej członkowie i jak sobie radzą. Na pewno niektórych spraw, jak na przykład nieuczestniczenia w początkach życia swoich dzieci, nie da się nadrobić. Ale czy to jest zbyt wysoka cena? Są rodziny, w których oboje rodzice codziennie pracują od rana do wieczora i prawie nie widują swoich dzieci, albo takie, gdzie rozstania trwają dłużej…
Nasz sposób życia to wybór i świadomość, że to nie jest praca na zawsze.