Promy w porcie kursują jak tramwaje na Marszałkowskiej w Warszawie. Jeden wpływa, drugi wypływa, dwa wpływają, dwa wypływają… I tak w kółko. Przez cały dzień, przez cały tydzień, przez cały miesiąc. To naprawdę robi wrażenie. Estonia jest krajem siedmiokrotnie mniejszym od Polski. Tallin także jest miastem niewielkim. Mieszka w nim około 400 tysięcy osób – dla przykładu w Warszawie około 1 700 000, a to z kolei jest więcej o jakieś 400 tysięcy niż w całej Estonii. Wydawałoby się, że takie porównania wpłyną na niekorzyść Estonii i Tallina. Na szczęście to tylko pozory. Portowe i turystyczne życie tego miasta pulsuje intensywnie. Koncentruje się na morzu i pięknej Starówce. I nie będziemy się tu czuli jak w jednym z postradzieckich, okupowanych przez Sowietów miast. To europejskie, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, miejsce. Niepodległość od ZSRR Estonia odzyskała dopiero w 1991 roku, i od tego czasu kwitnie. Tallin ma własną tożsamość. Estończycy są uparci. Nie dali się zrusyfikować, choć byli jedną z republik Związku Radzieckiego. Mimo że w wielu miejscach można porozumieć się po rosyjsku, to wszędzie słychać dziwny, dźwięczny język estoński. I bliżej mu w brzmieniu do sąsiadów z północy, Finów, niż do Rosjan. Zresztą jest on spokrewniony z fińskim i zawiera wiele słów pochodzenia szwedzkiego.
![]() |
| Do portu w Tallinie przybija potężny prom do jego zacumowania wystarczy troje ludzi. fot. Sławomir Dynek/CogitoMedia |
Miasto otwarte
Do Tallina wpłynąłem na pokładzie „Daru Młodzieży”. To najpiękniejszy (choć miłośnicy innych polskich żaglowców mogą mieć swoje zdanie) i, co już bezsporne, największy polski żaglowiec. Długi na 109 metrów, a jego maszty sięgają nawet 50 metrów. A mimo to, przepływając obok promów wpływających do Tallina, doceniałem ich wielkość i zdolności manewrowe. Kolos długości ponad 200metrów bez trudu obracał się w miejscu, wykorzystując moc swoich silników, i cumował przy nabrzeżu z łatwością samochodu na parkingu. Taki prom może jednorazowo przewieźć 2800 pasażerów i 420 samochodów. A patrząc na ruch, jaki panuje w tallińskim porcie, łatwo sobie wyobrazić, jak otwarte na turystów jest to miasto. Nawet biorąc pod uwagę, że dużą część pasażerów stanowią Estończycy pracujący w Finlandii. Tak czy inaczej, to godne podziwu. I jest dużą zachętą do zwiedzenia miasta.
Spacerkiem na Starówkę
Zanim przejdziemy na Starówkę, jeszcze słowo o porcie. Zaprojektował go, przed wojną, Polak – Jerzy Apolinary Wenda! Ten sam, który zaprojektował i kierował budową portu w Gdyni. I tak jak w Gdyni, z portu do tzw. miasta jest blisko. Tallin ma jeszcze tę zaletę, że ze statku wychodzi się niemal prosto na Starówkę. To tylko kilka minut spacerkiem i już jesteśmy w bramie murów obronnych. Mury ciągną się przez 1850 metrów, chociaż w czasach świetności miały 2,5 kilometra. Co kilkadziesiąt metrów z murów wystają wysokie baszty, zwieńczone czerwonymi „hełmami”, czyli stożkowatymi dachami z czerwonej dachówki. Te umocnienia należały do największych w Europie Północnej i nad Bałtykiem. Przy jednej z bram można odnaleźć polski ślad. Skromną, wmurowaną tablicę w języku polskim i estońskim. Upamiętnia ona internowanie przez władze Estonii, 15 września 1939 roku, okrętu podwodnego „Orzeł”. Jest tam również krótka informacja o słynnej brawurowej ucieczce rozbrojonego „Orła” do Wielkiej Brytanii.
Tuż przy murach inny świat. Wąskie, urokliwe uliczki. Można przejść nimi od bramy do bramy, od baszty do baszty. I nie jest to spacer nudny, bo niby wszystko podobne, ale koloryt i kształt kamieniczek, czasami zaniedbanych, czasami starannie odnowionych, jest wyjątkowy, Co ważne, mimo tych zaułków trudno tu się zgubić. Wystarczy umówić się z przyjaciółmi na rynku. Łatwo dojść do niego, klucząc tymi wąskimi uliczkami. Na rynek, tak jak do Rzymu, prowadzą wszystkie. No, może prawie wszystkie…
![]() |
| Baszta Gruba Małgorzata i słynna ulica Starego Miasta: Pikk, czyli Długa. fot. BE&W |
Wielkie zabytki i drobne detale
Mury obronne i uliczki to oczywiście nie wszystko. Warto zobaczyć zamek Toompea zbudowany przez zakon Kawalerów Mieczowych w 1227 roku. Kiedyś warownia, jak większość twierdz, otoczona była fosą. Z dawnych czasów pozostał mur i wieża Pikk Herman, czyli Długi Herman. Nazwa doskonale trafiona – wieża ma 45 metrów wysokości. Luterańska Katedra, cerkiew, Eestimaa Ruutelkond, czyli Dom Rycerzy, budowla z XIX wieku, gdzie znajduje się Estońskie Muzeum Sztuki, Kadriorg – park z barokowym pałacem z XVIII wieku oddalony zaledwie dwa kilometry od Starówki, to tylko niektóre z miejsc i zabytków, które także warto zobaczyć. Ale oprócz tych dużych zabytków, trzeba uważnie przyglądać się drzwiom wejściowym do budynków. Na wielu zachowały się piękne płaskorzeźby i nie mniej urocze, mosiężne albo wykonane z brązu kołatki.
Pamiątki, pamiątki
Co przywieźć z Tallina? Możliwości jest sporo. Warto kupić pamiątkę z… marcepana. O te słodycze tutaj nietrudno. Niektórzy mówią nawet, że to marcepanowa stolica. Niedaleko rynku jest piękna cukiernia. Słodkości – w obfitym wyborze, i co najciekawsze, można tam podpatrywać, jak marcepanowe cacka są ręcznie malowane. Oczywiście barwniki są jadalne, nie ma obaw.
Można też wypatrzyć coś do ubrania, na przykład popularne są tutaj czapki z pomponami. Ale nie takie zwykłe. Są długie na jakieś 1,5 metra. Taka czapka podczas północnej, ciężkiej zimy służy po prostu jako czapka i szalik jednocześnie. Haftowana w zaprzęgi reniferów już zawsze będzie kojarzyć się ze Skandynawią, czyli w tym przypadku z Estonią. W antykwariatach pełno jest przedmiotów związanych z marynistyką – wielkie, okrętowe kompasy czy koła sterowe raczej trudno zabrać do plecaka, ale piękne mosiężne lunety czy lornetki mogą być naprawdę miłą pamiątką. Są też starocie odnoszące się do tej mniej chlubnej historii. Umundurowanie i broń sowiecka i niemiecka, symbolika komunistyczna i faszystowska – to może nie najlepsza pamiątka, ale wiele mówi o tragicznych i poplątanych losach tego małego kraju. No i lepiej nie dać się namówić na zakup matrioszek. Z Estonią mają niewiele wspólnego, szczególnie te z portretami Lenina czy Stalina.








