![]() |
| Zespół T. Love Fot. FORUM |
◗ Wydaje się, że aby funkcjonować na muzycznej scenie z takim powodzeniem jak T.Love, trzeba pozostać wiernym określonym zasadom. Komu i czemu jesteś wierny?
Wierność w ścisłym znaczeniu mogę odnieść do tego, co udało mi się w życiu osiągnąć. T.Love jest grupą szanowaną. Na nasze koncerty coraz częściej przychodzi publiczność w wieku mojego syna, 17-, 18-letnia, a to dla nas duży komplement. Jesteśmy przecież starym zespołem. Nasza grupa, pomimo różnych kryzysów, cały czas pozostaje wierna sobie, w myśl słów Wojtka Młynarskiego – „robimy swoje”. Wierność stała się nie tyle zasadą, ile naszym motywem przewodnim. Zawsze intuicyjnie czułem, że pewnych rzeczy nie mogę zrobić. Byłem kuszony reklamami... Jednak od większych zarobków cenniejsze było dla mnie dobre samopoczucie. Menedżer wie, że nie można nas kontraktować na imprezy polityczne, że nigdy nie śpiewaliśmy dla żadnej partii. Nasi młodzi fani, nieskażeni obłudą, grą, którą bardziej lub mniej uprawia się w życiu, chcą czegoś prawdziwego. W jakiejś części to coś odnajdują w T.Love. Ich obecność na koncertach pozwoliła mi odzyskać wiarę w sens grania rock’n’rolla. Być może myślą, że ten „kolo”, choć od nich starszy, ma im coś do powiedzenia i nie ściemnia.
◗ Jak udawało Ci się godzić prywatność, życie rodzinne z zaborczą przecież sceną, która niesie wiele pokus?
Bywało różnie. Zdarzały się wzloty i upadki, ale pozostajemy z żoną w związku już dwadzieścia dwa lata i to jest najważniejsze. Pomogła mi mądrość mojej żony. Daliśmy radę i tworzymy normalną rodzinę. Cieszę się z dobrych relacji z dziećmi. Biznes muzyczny z reguły jest niebezpieczny. Zakochanie się w sobie, narkotyki, alkohol to zagrożenia. Udało nam się obronić, choć także eksperymentowaliśmy. Może dlatego że zaczynaliśmy w latach osiemdziesiątych, kiedy czasy były ciężkie, brakowało pieniędzy, i nie było tego całego showbiznesowego rozpasania. Już jako dzieciak miałem spory dystans do siebie, cechował mnie krytycyzm. Wcześnie sięgnąłem po Witkacego, w którego utworach odnalazłem groteskowość i tragikomiczność ludzkiego losu. Dalekie było mi podejście młodopolskie, mówiące, że artysta to jest nie wiadomo kto. Artysta – OK, ale przede wszystkim blisko ludzi. Dlatego nie zwariowaliśmy. Nie było szansy, aby komuś w naszej grupie mogła odbić palma. Wszelkie tego typu zapędy gaszone były w zarodku.
![]() |
| Koncert w Klubie Studenckim Stodoła z okazji 25-lecia T.Love (29 listopada 2007 roku).Fot. REPORTER |
◗ Parę lat temu było jednak ciężko, chciałeś zawiesić działalność zespołu.
Dotknęło mnie coś w rodzaju depresji, medycyna zna tego typu przypadki. To spotykało także moich kolegów z innych zespołów. Skumulowało się tu wiele czynników. Po prostu odpłynąłem. Ale udało mi się wtedy spotkać fantastycznego człowieka, dominikanina Wojtka Jędrzejowskiego, który zaprosił mnie na spotkanie z młodzieżą. Na początku byłem sceptyczny, ale dostałem tam drogowskaz, który pozwolił mi dostrzec, co tak naprawdę jest ważne. Teraz jestem zdecydowanie lepszej myśli. Na scenie odbywa się wielki przepływ energii i emocji, które mogą nas wynosić, ale i dołować. Jak długo można pozostać silnym, gdy przewodzi się zespołowi i podejmuje decyzje? Jestem człowiekiem wierzącym, ale nie mogę powiedzieć, żebym był jakimś szczególnie budującym przykładem dla kogoś. Jeżeli ktoś wierzy, to nie jest to prawda intelektualna, ale prawda serca. Bliskie pozostaje mi to, co mówił ksiądz profesor Józef Tischner. W wielu momentach, kiedy czułem się bezradny, pomógł mi Jezus Chrystus.
◗ Potraficie wspierać się w zespole w trudnych chwilach?
Zdarzało się, że któryś z chłopaków wpadał w tarapaty. Pojawiał się alkohol i narkotyki. Na początku nie zwracaliśmy na to uwagi. Skoro ktoś ma taką jazdę, to niech sobie leci... Wiedzieliśmy, że jesteśmy na tyle zgrani, że nawet w trudnych sytuacjach potrafimy zagrać, bo znamy repertuar na pamięć. W miarę upływu lat coraz częściej reagowałem na niepokojące zjawiska. Nie ustawiałem się w roli policjanta, ale kogoś, komu los kumpla nie jest obojętny. Siadaliśmy wtedy razem i rozmawialiśmy. U nas to się sprawdzało. Pomagamy sobie w sytuacjach nagłych zdarzeń losowych. Gdy perkusista złamał nogę, wszyscy się tym zainteresowali. Mimo że nie grał, dostawał pieniądze. Nie wymieniliśmy go na innego. Nie jesteśmy grupą, w której wszystko musi się kręcić, choćby po trupach.
◗ Czy o tym wspomina książka T.Love – potrzebuję wczoraj, która jest Waszą oficjalną biografią?
Najbardziej zależało nam na pokazaniu klimatu, w jakim funkcjonował zespół rock’n’rollowy w kontekście społeczno-politycznym. Granie w kapeli nie jest wyłącznie spijaniem miodu. To męska historia przyjaźni i konfliktów. Książka próbuje odpowiedzieć także na pytanie: Po co wchodzi się na scenę? W czasach dominacji kultury obrazkowej, kiedy tak wiele osób chce zaistnieć w mediach, to pytanie ma sens. Niewielu w tym masowym parciu na szkło zastanawia się, czy ma coś do powiedzenia.








