![]() |
| Filip Adwent fot. arch. prywatne |
Gdy jako szesnastolatek po raz pierwszy przyjechał do Polski, mówił z silnym obcym akcentem. Jego codziennym językiem był wtedy francuski, polszczyznę znał tylko z rozmów w domu rodzinnym z okresu dzieciństwa, głównie z dziadkiem. Znał także niemiecki, jak wielu mieszkańców Alzacji. Urodził się i wychował w Strasburgu, mieście pogranicza, które – jak inne tego rodzaju miejsca – dźwiga liczne znaki. Dziś jest to symbol francusko-niemieckiego pojednania i jednoczącej się Europy, ale było też symbolem podziału i nienawiści. Filip Adwent wyrósł w cieniu jednego i drugiego, toteż jak mało który Polak znał tę zachodnioeuropejską specyfikę, na którą składają się zarówno blaski, jak i cienie integracji.
Z ziemi francuskiej do Polski
Jego rodzice reprezentowali dwa pokolenia polskiej emigracji. Rodzina matki wyjechała z ojczyzny za chlebem na początku dwudziestego stulecia. Ojciec Stanisław to emigrant wojenny, jeden z tysięcy żołnierzy, którzy w 1939 roku trafili na Zachód i już nie wrócili do komunistycznej Polski. Rodzice poznali się i pobrali we Francji, tam też w 1955 roku przyszedł na świat ich syn.
Filip Adwent w strasburskim liceum zdał maturę, na lokalnej wyższej uczelni studiował medycynę. „Od zawsze fascynowała go kultura polska – wspomina żona, Alicja Adwent – dlatego z zamiłowaniem nosił polskie mundury harcerskie, a także tańczył w polonijnym zespole folklorystycznym”. Kiedy jako młody anestezjolog zaczynał praktykę lekarską, Polskę ogarnęły ciemności stanu wojennego.
Wtedy to zaczął organizować pomoc ze Strasburga. Dzięki niemu od 1982 roku z Francji docierały do Polski transporty. Najpierw były to artykuły pierwszej potrzeby. Później zaczęły przyjeżdżać ciężarówki z aparaturą medyczną dla szpitali w Przeworsku, Jaśle, Brzozowie, Krośnie, Jarosławiu, Tarnobrzegu. Podkarpacie wybrał nieprzypadkowo: po pierwsze, stamtąd pochodziła jedna gałąź jego rodziny, po drugie – kraina ta szczególnie go urzekła już w młodości, kiedy jako nastolatek odwiedził Polskę.
Podczas akcji rozwożenia darów poznał Alicję. Ślub wzięli w Gorzowie Wielkopolskim w połowie lat 80.
W zwierciadle listów do dzieci
Zaczął wtedy prowadzić pamiętnik w formie listów do swoich dzieci: najpierw do córki Marii, później także do drugiej córki Heleny i syna Aleksego. Wspominał w nim m.in. czasy przeszłe, swoją drogę do polskości i trudności z tym związane.
W sierpniu 1987 roku poskarżył się dzieciom: „Dziś otrzymałem takie kazanie w pracy, że mocniejszej porażki nie pamiętam. Przez godzinę «koledzy» z pracy obsypywali mnie zarzutami: «Myślisz tylko o swojej rodzinie i o Polsce. Oddziału już nie cierpisz. Masz być przede wszystkim lekarzem». Jak ja to głęboko przeżywam, nie wypowiem… Ale to prawda: Rodzina i Polska będą zawsze na czele. Zawożenie leków do Polski jest też moim lekarskim obowiązkiem”.
Niedługo potem napisał: „Dzieci!!! Jest to więcej niż prośba, to błaganie: nie zapomnijcie nigdy swojej polskiej mowy ojczystej, swoich polskich zwyczajów! (…) Musimy zostać Polakami. Powrócić na swoją ziemię”.
W 1995 roku postanowił, że przeniosą się na stałe do Polski. Nie była to decyzja ani łatwa do zaakceptowania przez jego rodzinę, ani prosta w realizacji. Ale udało się. Zamieszkali z żoną i dziećmi w Grodzisku Mazowieckim.
W brukselskim labiryncie
W tym czasie francusko-niemiecka granica na Renie i inne granice wewnętrzne Unii Europejskiej były już tylko liniami na mapie. Swoboda przepływu ludzi i pieniędzy sprawiała, że do Alzacji przybywało coraz więcej Niemców w celu osiedlenia się. Doktora Adwenta zjawisko to mocno niepokoiło, wyobrażał sobie bowiem, że gdyby Polska weszła w skład Unii, przechodzenie ziemi w obce ręce byłoby bardzo nasilone. To był jeden z powodów jego nieskrywanego eurosceptycyzmu. Dawał mu wyraz w wystąpieniach i w publikacjach. W swojej książce Dlaczego Unia Europejska jest zgubą dla Polski pisał: „Musimy niestety bronić Polskę przede wszystkim przed… Polakami, którzy ją sprzedają. Co zostało siłą wzięte, zawsze da się odebrać. Co zostało «legalnie ekonomicznie» wzięte, już nigdy nie powróci”. Był zwolennikiem koncepcji Europy ojczyzn, dając temu wyraz m.in. w słowach: „Granice w skali państwa to tyle co drzwi i okna w naszym mieszkaniu rodzinnym. W tych granicach jesteśmy u siebie i możemy zaprowadzać własne porządki. Nasze drzwi są szeroko otwarte dla przyjaciół. Czasami też lubimy pozamykać się, mieć spokój. Nie chcielibyśmy żyć bez okien i drzwi, ale też nie sprzedamy pokoju we własnym mieszkaniu, bo nawet przed wynajęciem go na kilka dni mamy uzasadnione obawy”.
![]() |
| W pierwszym dniu urzędowania Filip Adwent umieszcza obraz Matki Bożej Częstochowskiej w biurze w Brukseli. fot. arch. prywatne |
Kiedy jednak Polska wstąpiła do Unii, postanowił zadbać o jej interesy jako europoseł. Realia europejskie – zarówno zachodnie, jak i wschodnie – znał znakomicie. Jako bezpartyjny wystartował w wyborach w 2004 roku z listy Ligi Polskich Rodzin w okręgu podkarpackim pod hasłem „Dobro Polski ponad wszystko”. I wygrał, zdobywając więcej głosów niż widniejący na pierwszym miejscu na liście przewodniczący LPR na Podkarpaciu.
We wspomnieniach polskich europosłów, niezależnie od ich opcji politycznej, pozostał uczynnym, miłym człowiekiem, który każdemu, kto tego potrzebował, pomagał poruszać się po brukselskim labiryncie: politycznym, proceduralnym, językowym. Jego koledzy z koła parlamentarnego Niepodległość i Demokracja wielokrotnie podkreślali, że Filip Adwent był z nich wszystkich najlepszy. Nawet u swoich adwersarzy wzbudzał podziw bezbłędnym posługiwaniem się językiem francuskim, a także angielskim (który opanował, przebywając w Anglii u swojej rodziny: wojskowych emigrantów Lewiczów i Kwasnowskich). Był w komisji do spraw rolnictwa, w której m.in. angażował się w sprawę obrony polskich producentów owoców miękkich.
Dał się też poznać jako bezkompromisowy obrońca bliskich mu wartości: odniesienia do chrześcijańskich korzeni Europy, a także obrony życia ludzkiego od momentu jego zaistnienia w akcie poczęcia aż do naturalnej śmierci. Szczególnym wyrazem tej postawy było odważne przemówienie w La Baule we francuskim regionie Wandei w niedzielę 12 września 2004 roku, na rozpoczęcie kampanii przeciwko ówczesnemu projektowi Konstytucji Europejskiej. „Jeden z organizatorów – wspomina Alicja Adwent – zagroził mężowi, aby nie mówił o aborcji, o rodzinie, o korzeniach chrześcijańskich Europy, bo we Francji tak nie wolno i mu wyłączą mikrofon. Mąż jednak wygłosił przygotowaną wcześniej mowę, w której przestrzegł przed niebezpieczeństwem odrzucenia właśnie tych wartości. Jego przemówienie było wielokrotnie przerywane oklaskami, a na końcu uczestnicy spotkania na stojąco zgotowali mu ponaddziesięciominutową owację”.
Testament dla ocalonych
Jego miłość do Polski przekroczyła granice kraju, rozlewając się na całą słowiańszczyznę. Starał się przysłużyć odbudowie przyjacielskich relacji między Polakami i Ukraińcami. Na długo przed tym, zanim został europosłem, jeździł za wschodnią granicę z lekami, pomagał mieszkańcom tej ziemi. „Przed ołtarzem kościoła w Jazłowcu na Podolu – mówi żona Alicja – ofiarował swoje życie w intencji pojednania polsko-ukraińskiego. Uczył się języka ukraińskiego i rosyjskiego, a nawet rozpoczął tłumaczenie swojej ulubionej książki z rosyjskiego na polski”. Jako europoseł pełnił funkcję wiceprzewodniczącego komisji do współpracy z Ukrainą, planował powołać w Przemyślu Uniwersytet Polsko-Ukraiński, był też obserwatorem z ramienia Unii podczas ukraińskich wyborów prezydenckich w grudniu 2004 roku.
18 czerwca 2005 roku wracał z rodziną z kolejnej wizyty na Podkarpaciu, prowadząc swoją toyotę. Pod Grójcem nadjeżdżający z naprzeciwka samochód ciężarowy nagle zjechał na lewy pas ruchu i staranował toyotę oraz jadący za nią pojazd. Śmierć na miejscu poniosły cztery osoby: 85-letni ojciec Stanisław i najstarsza 19-letnia córka Maria, a także dwaj mężczyźni z poloneza, jadącego za nimi. Filip Adwent i jego 77-letnia matka Jeanne z niewyjaśnionych przyczyn, mimo poważnych obrażeń, byli przewożeni do trzech szpitali. Ostatecznie znaleźli się w szpitalu MSWiA. Tam zmarli: 26 czerwca syn, a następnego dnia matka. „Też mieliśmy z synem siedzieć w tym samochodzie. Tylko przypadek sprawił, że z nimi nie pojechaliśmy – mówi Alicja Adwent. – Gdyby stało się tak, jak planowaliśmy, zginęłaby cała rodzina”.
40 lat mieszkał we Francji, 10 w Polsce. Europosłem był tylko rok. To wystarczyło, aby pozostawił w pamięci tych, z którymi się stykał, wyraźny, niezatarty ślad. Na tyle trwały, że dzieła, które rozpoczął, chcą kontynuować ci, których pozostawił: zarówno żona Alicja, jak i jego współpracownicy, tworząc czy to instytut jego imienia, czy stowarzyszenie. Jego pokój do pracy w Grodzisku Mazowieckim jest nadal pełen książek, patriotycznych pamiątek, dewocjonaliów i bibelotów, przypominających mu miejsca i ludzi, których kochał. Wszystko w nim dalej wygląda tak jak wtedy, gdy go opuścił po raz ostatni.








