
![]() |
| fot. EAST NEWS |
Zmian obawia się każdy z nas. Jak twierdzi psycholog Maciej Barański: „Zmiana to stres, potencjalne zagrożenie naszej pozycji w rodzinie. Ale to także refleksja o sobie i naszych bliskich, przemyślenie relacji z nimi. I tego boimy się chyba najbardziej” – mówi. Bo zawsze może się na przykład okazać, na jak słabych podstawach opierają się nasze relacje z innymi.
Tymczasem zmiana nie musi boleć. Przeciwnie: psychologowie twierdzą, że to wielka szansa dla rodziny.
Mamy dwie mamy
Anna i Jerzy poznali się w pracy. Nie od razu między nimi zaiskrzyło. „Długo nie byłem otwarty na nowe znajomości z kobietami” – przyznaje Jerzy. Jego żona zmarła kilka lat po urodzeniu syna. „Byłem zagoniony. I wciąż przeżywałem śmierć żony” – dodaje.
Choć Jerzy czuł, że dzieci potrzebują matki, bał się, jak zareagują na nową mamusię. Gdy jednak między nim a Anną zaczęło iskrzyć, nie miał wyjścia: musiał coś zrobić, żeby Piotrek i Anetka zaakceptowali Annę.
„Decydując się na związek z mężczyzną z dwojgiem małych dzieci, zdawałam sobie sprawę, że muszę się stać przede wszystkim matką dzieciom, a dopiero potem jego żoną – mówi Anna. – Nie miałam wątpliwości, że i Jurek, choć tego nie wyrażał, i dzieci tego właśnie najbardziej potrzebują”.
Postanowili stopniowo oswajać dzieci z nową sytuacją. Jeździli razem na wycieczki, chodzili do kina i na spacery. Tak przyzwyczajali się do siebie. Dzieci zaczynały lubić Annę, a ona powoli wypełniała pustkę po zmarłej mamie. W końcu – nadspodziewanie łatwo – przyszło wytłumaczyć dzieciom, że tata bardzo blisko się z Anną zaprzyjaźnił, że przysięgną sobie miłość i wierność przed ołtarzem. I że razem zamieszkają.
„Pomogło nam to, że dzieci bardzo przeżywały, że inne dzieci mają mamę, a one tylko wspomnienia po mamie – mówi Anna. – Oczywiście ja tych wspomnień nigdy nie próbowałam zwalczyć czy wymazać. Wręcz przeciwnie, choć to niełatwe, bo po obu stronach grają emocje. Tylko że Piotrek i Anetka to dzieci, a ja jestem dorosła. Wiedziałam, że nigdy nie mogę konkurować z ich prawdziwą mamą, a nawet ze wspomnieniami”.
„Anna starała się czasem być niewidzialna, nie wtrącać się w konflikty Piotrka i Anetki. Robiła to trochę podświadomie. Wtedy wkraczałem ja. Baliśmy się sytuacji, w której mogłaby usłyszeć: «Ty nie jesteś naszą prawdziwą mamą!» – mówi Jerzy. – Ale na to każdy musi być przygotowany. Także na to, że będzie się porównywanym”.
Potem, gdy dzieci dorastały, same zaczęły nazywać mamę biologiczną pierwszą, a Annę – drugą mamą. „Mogły mówić kolegom – twierdzi Jerzy – że mają nie jedną, lecz dwie mamy, choć tę pierwszą już, niestety, w niebie”.
Dziś Piotr studiuje w innym mieście i wpada do nich tylko na weekendy. Aneta wyfrunęła z gniazda. Założyła rodzinę, spodziewa się dziecka. Są dorośli, ale Jerzy uważa, że wydorośleli już dawno. Chyba wtedy, gdy zaakceptowali Annę jako swoją matkę.
Z zawiniątka wyrosła dziewczynka
Ewa i Karol od początku wiedzieli, że przed adoptowanym dzieckiem nie wolno ukrywać jego prawdziwego pochodzenia. Jeśli rodzice to ukryją, mogą być pewni przegranej, gdy dziecko dowie się o tym nie od nich. A dowie się prawie na pewno.
„Do naszych poradni psychologicznych zgłasza się bardzo dużo adoptowanych dzieci, którym rodzice nie chcieli powiedzieć, że nie są ich naturalnymi rodzicami – mówi psycholog Maciej Barański. – Ludzie, którzy decydują się, i słusznie, na wychowanie takiego dziecka, od początku powinni wiedzieć, że kiedyś trzeba powiedzieć prawdę”.
W czasie dziewięciu miesięcy spędzonych w „poczekalni” w ośrodku adopcyjnym Ewę i Karola uczono także mówienia prawdy. Ale przede wszystkim wpajano, że nie dostają dziecka jako zabawki albo leku na całe zło.
„Psycholodzy z ośrodka mówili nam brutalnie: «Jeśli macie kiedyś znudzić się dzieckiem, jeśli macie wątpliwości, zrezygnujcie. Te dzieci i tak już są bardzo doświadczone przez życie. Wy już nie możecie ich skrzywdzić» – przestrzegali” – opowiada Karol.
„Dzięki spotkaniom w ośrodku adopcyjnym staliśmy się rodzicami zanim poznaliśmy swoje dziecko” – mówią Ewa i Karol. Uczono ich, że dziecko będzie ich i trzeba je kochać. Że będą dla siebie nawzajem na dobre i na złe. Że poza radościami z wychowywania dziecka mają obowiązki, z których nikt ich już nigdy nie zwolni.
Zaadoptowali dziewczynkę. Miała kilka miesięcy. Słabo reagowała na cokolwiek. Potrzeba było sporo cierpliwości i miłości, żeby z tamtego zawiniątka wyrosło żywe dziecko, które potrafi wyrazić swoje uczucia.
Miłość przyszła naturalnie. Czasem było ciężko. Jak choćby wtedy, gdy mała często płakała. „Trzeba było się natrudzić, żeby przestała. A przestawała wtedy, gdy już się nie bała. Dla nas to był inny objaw niż dla wielu rodziców. Cieszyliśmy się, że dobrze się rozwija. Gdyby nie płakała, to byłoby dopiero źle!” – mówi Ewa.
Postanowili, że gdy tylko podrośnie, powiedzą jej o naturalnych rodzicach. Powiedzą nie tylko dlatego, że i tak pewnie by się dowiedziała. Po prostu dlatego, że swoją córkę kochają i nie chcą przed nią niczego udawać.
Pojawienie się dziecka sporo zmieniło w ich życiu. „Problem zawsze jest ten sam. Relacje między żoną i mężem schodzą na plan dalszy. Najpierw jest dziecko i matka, potem długo, długo nic, a dopiero potem relacje dziecka z ojcem – mówi Karol. – Dziecko jest w centrum zainteresowania kobiety, mężczyzna idzie w odstawkę. Wielu mężów znosi to źle. Ja o tym z góry wiedziałem i akceptowałem to. Przeszło bezboleśnie”.
Najlepszą obroną jest atak
Ojciec Pawła zmarł na raka. To był cios dla całej rodziny, a zwłaszcza dla mamy Pawła. Nie mogła sobie znaleźć miejsca, nie potrafiła żyć i mieszkać sama. Po naradzie rodzinnej postanowili: sprzedają oba mieszkania – swoje i mamy – i kupują większe. Co z mamą? Oczywiście wprowadzi się do Pawła i Marioli. Będą razem, a poza tym mama będzie miała zajęcie – pomoże przy dwójce dzieci.
Trochę bali się kłopotów, pamiętając, z jaką ulgą po roku wspólnego życia wyprowadzali się od rodziców Pawła na swoje. „Młode małżeństwo naprawdę nie powinno mieszkać z rodzicami. Gdy zamieszkaliśmy osobno, znikły wszystkie spięcia. Staliśmy się sobie bliżsi” – mówi Paweł.
Kiedy mama wprowadziła się do nich, Paweł szybko zauważył, że wraca to, co było wcześniej podczas wspólnego mieszkania. Mama, owszem, pomagała przy dzieciach, ale znów mimochodem wchodziła w swoje dawne buty: powodowała spięcia i konflikty. Mariola nie czuła się u siebie. Była wyręczana, co źle znosiła. Odbijało się to na Pawle.
„Ludzie często walczą, także w rodzinie, dlatego że się czegoś boją. Mocno się przed czymś bronią. W tym wypadku mogła to być obawa przed utratą pozycji żony i matki – stwierdza psycholog Maciej Barański. – A że najlepszą obroną jest atak, obrywają osoby najbardziej kochane. One to wytrzymują i dlatego możemy ich atakować”.
„Któregoś dnia pojechaliśmy za miasto, usiedliśmy na trawie i szczerze pogadaliśmy. Chcieliśmy przyszłe problemy zdusić w zarodku. Ustaliliśmy zasady, łatwe do podtrzymania. Mama jakby na to czekała. Nie chciała się wtrącać, po prostu sądziła, że tak wypada. Ustaliliśmy, co do kogo należy, a do kogo nie. I rzeczywiście zaskoczyło” – mówią Paweł i Mariola.
Psychologowie mówią, że każda taka zmiana, pojawienie się „nowego”, jest wstrząsem dla rodziny, ale może być także szansą na jej odnowienie. Paweł i Mariola dzisiaj doskonale rozumieją, co to oznacza.
(Imiona bohaterów zostały zmienione)
Adoptowane dziecko powinno poznać prawdę
Z Maciejem Stobrawą, psychologiem i psychoterapeutą, wykładowcą Kujawsko-Pomorskiej Szkoły Wyższej w Bydgoszczy rozmawia Witold Dudziński
![]() |
| fot. EAST NEWS |
W każdej z opisanych przez nas sytuacji w rodzinie pojawia się nowa osoba. Czy zawsze musi to być sytuacja konfliktowa?
– Mówiłbym raczej o sytuacji kryzysowej. Mamy z nią do czynienia zawsze wtedy, gdy ktoś z rodziny odchodzi lub gdy pojawia się w niej nowa osoba. Grupa osób tworzących rodzinę żyła dotychczas w pewnej harmonii. Wraz z nową sytuacją rodzinna zmiana jest nieunikniona. Następuje kryzys, który zmusza ludzi do redefiniowania, czyli ustalenia na nowo wzajemnych relacji. Z tego punktu widzenia kryzys jest czymś dobrym.
W jednym z przypadków w rodzinie pojawia się adoptowane dziecko. Żona zajmuje się głównie nim, mąż idzie na margines…
– Bo żona zmieniła swoją rolę. Stała się mamą, skierowaną na to dziecko, oczekującą teraz od męża, że stanie się ojcem, mężczyzną potrzebnym i mamie, i dziecku. Gdyby to było ich kolejne dziecko, zmieniłaby się także dotychczasowa rola jego starszej siostry lub brata. Zmiana pobudza ludzi do refleksji nad tym, kim dla siebie są. Tak musi być. W wypadku dziecka adoptowanego, kryzys, choć zwykle nie ujawnia się szybko, może być znacznie głębszy, ale też budujący. Każdy, i dziecko, i matka, i ojciec, ma w sobie niepewność. Często stara się ją ukryć. To jest trudniejsze, bo właśnie w tej sytuacji potrzebna jest szczerość.
I pewnie dotyczy to kwestii biologicznych rodziców dziecka?
– Problem powinien dotyczyć tylko tego, kiedy i jak przekazać tę informację dziecku. Materia jest delikatna, wiele zależy od sztuki przekazu. Dla rodziców jest to trudne, ale dla dziecka informacja, jakie są jego prawdziwe korzenie, to wydarzenie przełomowe. Wiadomość może wzmocnić więź z zastępczymi rodzicami, jeśli dotychczasowe relacje w rodzinie oparte były na prawdzie, byciu autentycznym wobec siebie, nieukrywaniu swoich emocji. Rodziny adopcyjne często borykają się ze sprzecznymi uczuciami. Warto radzić otwartość w tych sprawach. Przecież zdecydowali się na adopcję z ważnych powodów. Pod wpływem refleksji ich uczucia do dziecka stają się jeszcze silniejsze. Potrzeba bycia z dzieckiem, więź z nim – pomimo różnych myśli, odczuć odpychająco-odrzucających, po obu zresztą stronach – stają się jeszcze mocniejsze.
A co, gdy pojawia się nowa żona taty albo mąż mamy lub – po śmierci tego biologicznego rodzica – nowa mama, nowy tata?
– To jest kłopot dla całej rodziny. W głowie dziecka istnieje pierwsza mama, bo musi istnieć. To ważna osoba w jego życiu. Nawet wtedy, gdy dziecko ją idealizuje czy deprecjonuje. I niezależnie od tego, czy jest dla dziecka punktem odniesienia, czy porównuje i walczy z tymi nowymi rodzicami. Nowy rodzic musi być bardzo pokorny i cierpliwy wobec tego pierwszego obrazu. Nie walczyć z nim, nie porównywać się, nie rywalizować. Te dwie postacie – mama nowa i mama biologiczna – będą istniały w życiu dziecka zawsze.
Wygląda na to, że osoba pojawiająca się w rodzinie musi mieć wyjątkowo „grubą skórę”, prawda?
– Obie strony muszą ją mieć, ale ona szczególnie. Pamiętajmy, że nowa osoba często kogoś zastępuje. Wchodzi w sytuację zachwianej stabilności rodziny. Lęk narasta. Zaryzykować z nią więź czy nie? Co się stanie, gdy jej zaufamy, a ona odejdzie? Trzeba czasu, żeby się do tego przekonać. Osoba wchodząca do rodziny musi być niezwykle cierpliwa, a jednocześnie autentyczna. Każde pozorowane wejście w rodzinę, pozorowana miłość, z pewnością źle się skończy.