![]() |
| fot. EAST NEWS |
Wybrali Kubę, bo był inny niż pozostałe dzieci. Kiedy przed dokonaniem wyboru weszli z panią z ośrodka adopcyjnego do sali zabaw, maluchy natychmiast porzuciły swoje zajęcia. Zbite w gromadkę stanęły przed nimi, promieniejąc nadzieją, że to właśnie jedno z nich zostanie wybrane i znajdzie dom. Barbara starała się nie patrzeć im w oczy. Szybko przebiegła po całej grupce i przeniosła wzrok w róg pomieszczenia, gdzie mały blondynek, niespecjalnie zainteresowany całą wrzawą, z zapałem zajmował się swoim misiem. „Popatrz” – powiedziała do męża. Jerzy spojrzał na Kubę i już wiedzieli, że to on będzie ich synkiem.
Kompletowanie gniazda
Byli małżeństwem od ponad dwóch lat. Po roku wspólnego życia lekarz powiedział im, że nigdy nie będą mieć potomstwa. To znaczy ona, bo z nim „wszystko jest w porządku”. Barbara bardzo przeżywała utratę wiary we własną kobiecość, strach, że mąż ją opuści. Ale on powiedział: „Kochanie, to nie koniec świata, możemy przecież zaadoptować jakąś sierotkę”. Mieli dobre warunki materialne, samodzielne mieszkanie, stałe zajęcie – spełniali wszystkie kryteria. Procedura przysposobienia trwała kilka miesięcy. Wypełnili wszystkie papiery, odpowiedzieli na dziesiątki pytań, przygotowali pokój dla dziecka. Postanowili, że najpierw wezmą chłopca, a jak wszystko pójdzie dobrze, pomyślą o dziewczynce.
Gdy Kuba został ich synem, nie miał nawet trzech lat. Jego pamięć nie przechowała obrazów z sierocińca ani wspomnienia biologicznej matki. Oni też jej nie znali, nawet nie chcieli nic o niej wiedzieć. To miało być zupełnie nowe życie, bez przeszłości. Nauczyli go: „To jest mama, a to tata” i chłopiec przyjął to jako rzecz naturalną. Wcześniej do nikogo tak nie mówił.
Skończył cztery lata, gdy poznał nowe słowo: siostrzyczka. Lucynka była dwa lata młodsza i zdawała się być jego przeciwieństwem – kruczoczarna, żywa, bardzo łatwo zmieniająca nastroje.
Za młodzi na prawdę
Po drugiej adopcji zmienili mieszkanie. Sąsiadów mieli dobrych, ale uznali, że lepiej być zapobiegliwym, niż później żałować. Kilkuletnie dzieci były za małe, żeby im wyznać prawdę o ich pochodzeniu, a najgorszą rzeczą, jaka mogła się przytrafić, to uświadomienie im tego faktu przez obcą osobę. Przenieśli się na drugi koniec Wrocławia.
Nie ustalili, kiedy im „to” powiedzieć. Najpierw dzieci były za małe, potem „by tego nie zrozumiały” (bo Pierwsza Komunia to „nie ten moment”), a gdy Kuba skończył podstawówkę i poszedł do technikum, Lucynka była jeszcze „za młoda”. Przełomowy moment odkładali ciągle na później. Wreszcie postanowili, że powiedzą, kiedy adoptowana córka będzie w szkole średniej.
Jerzy był mechanikiem, Barbara miała średnie wykształcenie ekonomiczne. Marzyła o studiach. Mąż powiedział: „Czemu nie”. Komunizm się skończył, otwierały się nowe perspektywy. Jerzy prowadził prywatny warsztat, materialnie powodziło im się dobrze, budowa własnego domu była całkiem realna. Barbara rozpoczęła studia zaoczne. Podrastające dzieci zaczęły wchodzić w wiek krytyczny. Więzi rodzinne trochę się poluźniły. Ojciec cały czas spędzał w swoim zakładzie, matka zajęta była nową pracą i studiami, dzieci zaniedbywały się w nauce, poznając egzotykę młodzieżowych subkultur. Normalne problemy prawie wszystkich rodzin, niekoniecznie adopcyjnych.
![]() |
| fot. EAST NEWS |
Jak cios pod serce
„Powiemy w niedzielę, po wspólnej kolacji” – ustalili. W poprzedzającą ten dzień sobotę piętnastoletnia wtedy Lucyna nie wróciła na noc. Zjawiła się w poniedziałek, w porze śniadania. Stanęła w drzwiach i wyrzuciła z siebie z pasją: „Dlaczego mi nie powiedzieliście?!”. I rzuciła do Kuby: „A ty wiedziałeś?”. Odpowiedział, zgodnie z prawdą: „Wiem od wczoraj”.
Lucyna poznała chłopaka z dzielnicy, w której wcześniej mieszkali. Zaczęła tam zaglądać, poznała dawnych sąsiadów. W piątek, kiedy opowiadała, jakich ma wspaniałych rodziców, dowiedziała się od nich prawdy („To ty nie wiesz? Już dawno powinni ci powiedzieć”.). Nie wytrzymała emocjonalnie, dwie noce spędziła u koleżanki. Dopiero wtedy uderzyło ją to, co wcześniej usilnie od siebie odpychała – że jest kompletnie do nich niepodobna.
„Chcę wiedzieć, kim są moi prawdziwi rodzice!” – zażądała po powrocie. Lecz oni tego nie wiedzieli. Lucyna nie pozwalała się dotknąć, niszczyła samą siebie: znikała, paliła, ubierała się wyzywająco. Wreszcie Barbara powiedziała: „Pomogę ci odnaleźć matkę”. Wróciły do przeszłości po wątłych śladach. Krok po kroku doszły do prawdy, że biologiczna matka porzuciła córkę zaraz po urodzeniu. Poznały jej imię i nazwisko oraz narodowość. Nie poznały nazwiska ojca. Po roku poszukiwań Lucyna objęła przybraną matkę i wreszcie powiedziała: „Nieważne, to ty mnie wychowałaś”.
Kuba w pamiętną niedzielę najpierw dłuższą chwilę milczał. Potem oświadczył: „Dobrze, że mi powiedzieliście. Dla mnie to wy jesteście moimi rodzicami. Nic więcej nie chcę wiedzieć”. I nigdy nie szukał śladów rodziców biologicznych.
Gdy Jakub był w trzeciej klasie technikum (a to była już jego trzecia szkoła), Barbara dowiedziała się, że Jerzy od paru lat prowadzi podwójne życie. Inna, dużo młodsza kobieta miała mu urodzić dziecko.
Bez przyszłości
Jerzy przeniósł się do nowego domu pod Wrocławiem, Barbara została sama z przysposobionymi dziećmi. Problemy wychowawcze narastały. Choć ojciec starał się utrzymywać z Kubą i Lucyną sporadyczne kontakty, oni poczuli się jeszcze bardziej odrzuceni. Podwójnie, bo ze świadomością pierwszego odrzucenia, którego w pamięci nie przechowali. Wydawało się im, że ojciec woli mieć swoje dzieci, niż zajmować się cudzymi.
Jakub nie interesował się nauką, nie mógł skończyć żadnej szkoły. Łapał prace w fast foodach, pizzeriach, na koniec wylądował w sklepie muzycznym. To mu pasowało. Czas wolny spędzał głównie na imprezach z kolegami spod znaku „No future”. Lucyna dotarła wprawdzie do ostatniej klasy, ale matury nie zdawała. Nosiła czarne, nabijane ćwiekami kurtki, ciężkie glany, dziurawiła ciało metalowymi ozdobami, straszyła makijażem. Matka zarabiała nie najgorzej, ojciec też ich czasami wspomagał finansowo. Po śmierci ojca Barbary sprzedali jego mieszkanie w śródmieściu i kupili dwa małe na obrzeżach miasta. W jednym miał zamieszkać Kuba, drugie miało być dla Lucyny, jak znajdzie pracę i zarobi na opłaty. Ale ich życie rodzinne legło w gruzach. Nigdy już nie miało być „jak dawniej”.
Siłacz wśród przerośniętych
Jerzy nie będzie rozmawiał o swoich decyzjach. „Pani tego nie zrozumie” – mówi. I dodaje: „Ja sam tego dobrze nie pojmuję. Kiedy przeszłość dzieciaków mnie dopadła, chyba mnie to przerosło. Chciałem uciec, ale tak, żeby nikogo nie krzywdzić. Nie za bardzo się udało. To tyle”.
Barbara nie porozmawia w ogóle. Po udarze mózgu straciła mowę, czucie, zdolność poruszania się. Mieszkała wtedy z Lucyną, Kuba był już „na swoim”. Po kilkumiesięcznym pobycie w szpitalu trzeba było zabrać mamę do domu. Kuba wynajął swoje mieszkanie i przeniósł się do matki. Jako silny, wysportowany młodzieniec nie ma kłopotu z przenoszeniem jej z pokoju do łazienki i z powrotem. Sadza ją na wózku i wozi po parku. Karmi łyżeczką i myje. „To moja matka – mówi. – Nie mógłbym jej zostawić”. Wie, co znaczy być porzuconym.
Lucyna się wyprowadziła. „Podziwiam cię – powiedziała bratu – ale mnie to przerasta. Nie jestem w stanie”.
Kuba pamięta, jak kiedyś rozmawiali z Lucy – bo tak nazywa siostrę – o tym, jak mogło potoczyć się ich życie, gdyby ktoś inny stanął na ich drodze. „Ją to strasznie męczyło, niejeden raz do tego wracała – mówi. – Myślę, że ciągle się zastanawia, jak to się stało, że matka ją porzuciła i jak to wszystko mogło inaczej wyglądać. Dla mnie takie myślenie to trucizna, nigdy się nad tym nie zastanawiam. Choć wiem, że to zupełny przypadek, że rodzice akurat nas wybrali na swoje dzieci i niewiele brakowało, żeby stało się inaczej. A może to nie przypadek, może Ktoś tym wszystkim kieruje z góry? Może kiedyś się tego dowiem”.
Personalia bohaterów reportażu zostały zmienione.








