![]() |
| Kulig to obowiązkowa atrakcja zimowego urlopu. fot. ANNA OLEJ-KOBUS, KRZYSZTOF KOBUS – TRAVELPHOTO |
Był marzec 2001 roku. Właśnie wróciłam z Azji i niemal prosto z lotniska mój przyszły mąż porwał mnie w podróż do Olchowca, wioski w zachodniej części Beskidu Niskiego. Zamieszkaliśmy w stuletniej chyży, czyli łemkowskiej chacie. W tradycyjnej chyży pod jednym dachem musiało zmieścić się wszystko: ludzie, zwierzęta i plony zwiezione z pola. Izba mieszkalna zajmowała więc tylko część domu, resztę tworzyły tzw. boisko, na którym młócono zboże i trzymano wóz, oraz stajnia i owczarnia. Za stodołę służył strych – stąd w chyżach tak wielkie dachy.
Naród, którego już nie ma
Łemkowie zaczęli osiedlać się w Beskidzie Niskim w XIV wieku. Nazwa wywodzi się ze słowa łem – ‘tylko’. Bojkowie z Bieszczad (sąsiedzi Łemków) stworzyli z niego przezwisko, którym następnie zaczęli się posługiwać badacze regionu. Po II wojnie światowej zaakceptowali je wreszcie sami Łemkowie (wcześniej nazywali siebie Rusinami albo Rusnakami). Choć przybyli ze Wschodu i byli w większości grekokatolikami, nie uważali się za obcych. Czuli się po prostu tutejsi. Innego zdania były powojenne władze Polski. W 1945 roku rozpoczęły akcję „Wisła”, której celem było etniczne ujednolicenie regionu i odcięcie źródeł zaopatrzenia oddziałów UPA (Ukraińskiej Powstańczej Armii). Wysiedlono prawie 650 tysięcy ludzi, wsie spalono. Dziś jedynymi śladami po wielu z nich są niewielkie cmentarze i zdziczałe drzewa owocowe.
Zimowy raj
Po naszym pierwszym wyjeździe w Beskid Niski były kolejne: najpierw z jednym synkiem, potem z dwoma… Dla dzieci największą radością jest chlapanie się w potoku, bieganie po polach, szukanie skarbów w lesie. Przyjeżdżamy tu przynajmniej raz w roku, by odpocząć od pośpiechu cywilizacji, napatrzeć się na rozległe krajobrazy, powędrować dolinami.
Naszą ulubioną bazą jest Dom na Łąkach we wsi Izby (zachodnia część Beskidu), z okien którego widać Lackową – najwyższy szczyt Beskidu Niskiego (997 m n.p.m.). Zawsze obiecujemy sobie, że w końcu tam wejdziemy, ale ponieważ góra jest zarośnięta i nie kusi widokami, wciąż odkładamy to na później. Za to na naszej trasie nie może zabraknąć położonej za wsią doliny Bielicznej, gdzie niegdyś była wioska. Szczególnie pięknie jest tu zimą, gdy bielutka cerkiewka tylko drewnianym brązem kopuł odcina się od bieli krajobrazu. To wymarzone miejsce na spacer na nartach biegowych: płasko, prosto, nic tylko mknąć naprzód, co jakiś czas płosząc sarny. Zimą wszystkie drogi są tu odśnieżane, ale zawsze na asfalcie pozostaje warstwa śniegu, nikogo więc nie dziwi, gdy w odwiedziny jedzie się saniami. A jaka to radość dla dzieci! Można też umówić się na prawdziwy kulig, zakończony ogniskiem, pieczeniem kiełbasek i śpiewaniem kolęd pod gołym niebem.
Kolędowanie na mrozie
Zupełnie wyjątkowo jest w Beskidzie Niskim podczas świąt Bożego Narodzenia. W niektórych gospodarstwach agroturystycznych wraz z gośćmi je się wspólną wigilię, a o północy wyrusza na Pasterkę. Sceneria jest zwykle bajkowa: wszędzie leży śnieg, msze zaś odbywają się w dawnych cerkwiach.
W Banicy można spotkać niezwykłych kolędników, wszystkie role bowiem (także męskie: pasterzy i św. Józefa) grają panie z tutejszego Koła Gospodyń Wiejskich. W towarzystwie jednego tylko mężczyzny niosącego gwiazdę wędrują od domu do domu, składając gospodarzom życzenia:
„Na szczęście, na zdrowie, na ten Nowy Rok, żeby wam się rodziła kapusta i groch. Żeby wam się rodziło: żytko jak korytko, pszenica jak rękawica, bób jak żłób, a owiesek jak pański piesek. Żeby się wam zewsząd lały obfitości zdroje: w każdym kątku po dzieciątku, a na piecu troje. I żebyście tu mieli dostatku wszelkiego w chałupie i stodole, w komorze, na dworze, daj wam Panie Boże!”.
![]() |
| Ikonostas w dawnej cerkwi (obecnie kościele) w Bartnem. fot. ANNA OLEJ-KOBUS, KRZYSZTOF KOBUS – TRAVELPHOTO |
Kraina zdobiona cerkwiami
Egzotyki beskidzkim dolinom dodają cerkwie, jakie pozostały po Łemkach. Nazwa „cerkiew” pochodzi od greckiego kyriakon, co można przetłumaczyć jako ‘dom pański’. W większości drewniane, a czasem murowane, cerkwie są nierozerwalnie związane z historią tych ziem. Niestety, coraz mniej z nich zachowuje swój pierwotny wygląd. Często w czasie renowacji tradycyjne banie, czyli cerkiewne kopuły, pokrywane są blachą, a nie gontem. A to dlatego, że brakuje rzemieślników, którzy umieliby je odtworzyć zgodnie z dawną tradycją. Starsi pomarli, a młodszym ta wiedza nie była potrzebna. Dlatego też w Świątkowej Małej słońce odbija się w blaszanych kopułach, choć jeszcze kilka lat temu pokrywał je gont. By podziwiać biegłość dawnych mistrzów, trzeba odwiedzić cerkiew w Kwiatoni. Zdaniem wielu miłośników Beskidu jest to jedna z najpiękniejszych cerkwi. Strzelista, harmonijna, swymi proporcjami doskonale odpowiada kanonowi modelowej łemkowskiej świątyni. Kto zaś nie będzie miał szczęścia, by trafić tu w trakcie mszy, zostanie oszołomiony przepychem malowideł we wnętrzu. Każdy centymetr ścian maleńkiej świątyni pokryty został wizerunkami świętych. Dziś przed ikonostasem odbywają się katolickie msze, gdyż prawosławne i grekokatolickie cerkwie użytkowane są wspólnie z katolikami.
Warto trównież odwiedzić cerkiew pod wezwaniem Opieki Bogarodzicy z 1653 roku w Owczarach, z pięknym, barokowym wnętrzem. Jeden z ołtarzy bocznych poświęcony jest św. Mikołajowi ukazanemu na ikonie oprawionej w srebro i zdobionej miniaturkami ze scenami jego życia. To doskonała okazja, by opowiedzieć dzieciom historię tego świętego.
Zatrzymany czas
Do wiosek Przysłup i Nowica, położonych u podnóża Magury Małastowskiej, idealnie pasowało określenie „za górami, za lasami…”. Kiedyś, by do nich dotrzeć, trzeba było wielu godzin wędrówki, dziś wiedzie tu asfaltowa droga. Za wioską Oderne rozpościera się widok na stojące w dolinie chyże (chaty łemkowskie). Z powodu długotrwałego odosobnienia wsi wiele z nich zachowało się w niezmienionym stanie. Mieszkańcy Nowicy od końca XIX wieku specjalizowali się w wyrobie przedmiotów z drewna. Dlatego najlepszą pamiątką z Beskidu będą drewniane łyżki „Made by Nowica”. Ale nie kupimy ich w sklepie z pamiątkami, bo takiego tutaj nie ma. Trzeba po prostu zagadnąć napotkanego mieszkańca, a on już wskaże, do którego z sąsiadów się udać.
Miejsce, którego w Beskidzie nie można ominąć, to Czarne w dolinie Wisłoki. Piękne panoramy i łąki wysoko na stokach tworzą malowniczy pejzaż. Wielu turystów z zaciekawieniem przypatruje się dwóm chatom, jakie tu pozostały. Próbują zgadnąć, w której z nich mieszka znany pisarz Andrzej Stasiuk, opisujący własną wizję tych miejsc w książce Dukla. Dziś śladów pisarza trzeba raczej szukać w Wołowcu, do którego się przeprowadził jakiś czas temu. Jeśli jednak trafimy w dolinę Wisłoki późną jesienią lub zimą, gdy prawie nikt nie zapuszcza się w te odludne miejsca, to może się zdarzyć, iż z chaty wyjdzie jej mieszkaniec, zapraszając na herbatę. I zwykłą rozmowę. Bo gdy beskidzkie zakątki opuszczą turyści, stają się one puste na większą część roku… Dlatego tutaj spotkanie z drugim człowiekiem nabiera innego wymiaru.
Turysta skryty pod pseudonimem Włóczykij, po spędzeniu całego stycznia w chatce studenckiej w Nieznajowej, nostalgicznie zapisał w kronice, iż przez miesiąc widział tu jedynie dwoje turystów. I ślady wilków wędrujących wzdłuż Wisłoki… „Za każdym razem, gdy tu jesteśmy, widzimy, ile tracimy, gdy nas tu nie ma” – napisał mój mąż Krzysztof w pamiątkowej księdze w Domu na Łąkach.
Już rok tam nie byliśmy, czas zatem spakować się i powrócić na wędrówki beskidzkimi szlakami – jeszcze tyle pozostało do odkrycia!








