![]() |
| Zdjęcie licencjonowane przez Ingram Image |
Głoszący ten pogląd nie zdają sobie być może sprawy z tego, że bieda nie może uzdrowić relacji międzyludzkich, co najwyżej może pozbawić ludzi na jakiś czas paskudnej wady, jaką jest zazdrość. Jeśli bowiem wszyscy są tak samo biedni, to oczywiste, że nie mają sobie czego zazdrościć. Lecz i to nie jest aż takie pewne, ponieważ jak ktoś chce, to zawsze jakieś różnice znajdzie i uczyni z nich powód do zazdrosnego patrzenia na bliźniego.
Mówiąc o bogactwie, myślimy zazwyczaj o dobrach materialnych, ale bogactwem są też tak zwane dobra duchowe, do których można zaliczyć m.in.: inteligencję, zdolności, dobre imię, sukcesy. Te dobra duchowe są również przedmiotem zazdrości i nierzadko człowiek, który je ma, narażony jest z ich powodu na nieprzychylne traktowanie przez innych. Paradoks polega na tym, że ludzie zamiast cieszyć się z tego, że komuś się wiedzie, że sobie radzi w życiu, że cieszy się jakąś dozą szczęścia, właśnie z tego powodu czują się nieszczęśliwi. Prawie nigdy nie mówią o tym na głos, lecz tak naprawdę życzą takiemu człowiekowi, aby jego pomyślna passa jak najszybciej się skończyła. W mniemaniu niektórych, najlepiej, jak wszyscy będą tak samo nieszczęśliwi.
Wbrew temu, co się powszechnie głosi, ludzi cieszy, a nawet podnosi na duchu to, gdy widzą, że drugiemu wiedzie się gorzej. Można też zaobserwować na co dzień taką przewrotność, że człowiekowi zaradnemu, zdecydowanemu, pełnemu pomysłów i ideałów przypisuje się często z zawiści najgorsze wady i podejrzewa o niecne czyny. Większość ludzi, niestety, kieruje się w życiu fałszywym poglądem, że nieszczęście jednoczy, a sukces dzieli. Ta pseudomądrość w praktyce sprowadza się do tego, że ludzie szukają podobnych do siebie, co ostatecznie skutkuje tym, że wspólnie kiszą się w sosie narzekań, utyskiwań i biadoleń. Udają, że niosą sobie pomoc i współczucie lub że się wspaniale bawią, lecz w rzeczywistości każdy tylko myśli, jak się wyrwać z tego układu.
Tym bowiem, co naprawdę może ludzi połączyć i ubogacić, jest szczerość, prawdomówność, prawdziwy obraz siebie i innych, umiejętne odnajdywanie się pośród różnorodności idei i postaw, posiadanie własnego zdania. Te i inne cechy nie pojawiają się na zawołanie. Najpierw samemu trzeba je w sobie odnaleźć i wypracować, a potem mieć jeszcze szczęście spotkać człowieka, który w podobny sposób kształtuje swoje życie. Dopiero wtedy jest odpowiedni klimat do tworzenia się między ludźmi prawdziwej jedności i twórczych więzi.
Pewnie nie pisałbym o tym z takim przekonaniem, gdyby nie rozmowa z Marleną, której historia nie tylko mnie wprawiła w jakąś zadumę nad ludzkim życiem, ale też uświadomiła mi po raz kolejny, jak skomplikowana jest ludzka natura. Doświadczenia Marleny potwierdzają w jakimś sensie, jak małą mądrością rządzi się ten świat, jeśli w ogóle można tu mówić o mądrości.
Marlena jest atrakcyjną kobietą w średnim wieku. Wszystkie jej dotychczasowe osiągnięcia życiowe można by określić mianem ponadprzeciętnych. Jest więc zdolna, a nawet w niektórych dziedzinach bardzo utalentowana. Po studiach założyła wraz z Kubą rodzinę i doczekali się trójki uroczych dzieci.
Spośród wielu cech, które charakteryzują tę kobietę, jedna jest wyjątkowo nasilona: Marlena bardzo ceni swoją wolność i niezależność. Wynika z tego, że wie, czego w życiu chce, potrafi wykrzesać z siebie siły, aby to osiągnąć, ale gdy nawet coś się nie uda, nie ma zwyczaju użalać się nad sobą. Warto też wspomnieć, że ma pogodne podejście do życia, obca jest jej jakakolwiek forma wywyższania się, a podlizywanie się innym uważa za coś ohydnego i poniżającego.
Być może portret tej kobiety wydaje się zbyt wyidealizowany. Gdzie bowiem są jej wady? Jak każdy, Marlena też ma swoje słabości, które bywają dla niej kulą u nogi, jednak w tym momencie zajmowanie się nimi nie ma większego znaczenia. Rzecz bowiem dotyczyć będzie innej płaszczyzny, tej, o której mowa jest we wstępie, a mianowicie zazdrości międzyludzkiej i konsekwencji, które mogą z tego wyniknąć.
Spotykam się z Marleną w piękny jesienny dzień. Spacerujemy po parku pełnym różnokolorowych liści, tworzących puszyste kobierce. Rozmawiamy.
– To kiedy widzieliśmy się ostatni raz? – zagaduję.
– Nie pamiętam, a to znaczy, że bardzo dawno – odpowiada z uśmiecham Marlena.
– Wydaje mi się, że jakieś pięć lat temu. Taka przerwa dla przyjaźni to prawie śmierć – żartuję.
– Ale ratują nas telefony.
– No tak. E-maile i zdjęcia… Coraz piękniejsza ta twoja rodzina.
– To mój azyl, wyspa, coś najbardziej mojego, czego strzegę z największym poświęceniem.
– I zawsze ci się udaje ustrzec?
– Dlaczego pytasz?
– Tak, zwyczajnie.
– Zadałeś takie pytanie, jakbyś wiedział, że mimo mojego poświęcenia nie zawsze udaje mi się ustrzec te moje skarby.
– Tak tylko powiedziałem. Nie czytam w myślach.
– Moja mama od dziecka mi powtarzała: „Marlenko, pamiętaj, w twoim sercu jest miejsce na bardzo ważny sekret. Na razie pewnie jeszcze nie wiesz, co to będzie, ale dowiesz się w swoim czasie. Ustrzeżenie tego sekretu jest wielkim życiowym zadaniem”. Gdy byłam starsza, wiele razy myślałam, o co mamie chodziło z tym sekretem. Z czasem zrozumiałam, że tym sekretem jestem ja sama i to wszystko, co mnie tworzy, a więc moje myśli, uczucia, pragnienia, obawy, marzenia, porażki… no i, oczywiście, relacje z innymi. Żeby sekret miał sens, musi być niedostępny, ukryty. Inaczej nie ma mowy o sekrecie. Są, oczywiście, takie sytuacje, w których można komuś powierzyć swój sekret, ale to tylko w przypadku, gdy łączy mnie z kimś miłość lub przyjaźń.
– Ludzie chyba nie lubią, gdy widzą, że ktoś ma jakiś sekret. Jeśli wyczuwają, że ktoś go w sobie nosi, zaraz zaczynają drążyć i węszyć, żeby go odkryć. Zmawiają się wręcz i wymieniają informacje, żeby wpaść na jakiś ślad, który zawiedzie ich do odkrycia cudzego sekretu.
Marlena spojrzała na mnie ze smutkiem, po czym westchnęła głęboko, lecz nic nie powiedziała. Po krótkim milczeniu kontynuowałem moją myśl.
– Utarło się chyba potocznie takie przekonanie, że jak ktoś coś ukrywa, to znaczy, że ma coś na sumieniu. Niektórzy wręcz mówią: „Ja nie mam nic do ukrycia” i poczytują to sobie za chlubę. Dlatego też żądają, aby inni również mówili o sobie wszystko i niejako wystawiali to na pokaz. Jest to niby taka manifestacja szczerości i uczciwości.
– Dla mnie, to objaw głupoty, a w najlepszym przypadku – infantylności. Jeśli człowiek prowadzi prawdziwe życie, to jest niemożliwe, żeby nie nosił w sobie różnych sekretów, które należy traktować jak największą świętość. Właśnie dzięki tym sekretom jesteśmy wyjątkowi. Wiem, co mówię. Zresztą zapłaciłam sporą cenę za ustrzeżenie swojego sekretu.
– Nie pytam nawet, o co chodzi, bo sekret to sekret.
– Tobie mogę powiedzieć.
– Jesteś pewna?
– Znasz mnie i wiesz, że nigdy nie powiem za dużo. Niestety, nie jestem z tego powodu lubiana, ale nie dbam o to. Nie będę obnażać swojej duszy przed publiką, żeby zdobyć czyjąś przelotną akceptację, która szybciej niż się można spodziewać, zamienia się w lekceważenie i pogardę. Szybko się zorientowałam, w jaki sposób działa większość ludzi. Sądzą, że jeśli coś wiedzą na twój temat, to mają nad tobą władzę. Ale takie zachowanie jest wstrętne. To szantaż. Dlatego w niektórych sytuacjach jestem niedostępna jak forteca. Gdy zbliża się do mnie jakiś wróg, aby mnie otoczyć i zniszczyć mury, które bronią moich granic, staję się nieprzejednana w walce.
– Ty zawsze miałaś bardzo obrazowe przenośnie. Zresztą trafne.
– Na studiach poznałam Kubę i od razu widziałam, że łączy nas coś poważnego. Na początku nie wiedziałam do końca, co Kuba o tym myśli, ale ja byłam pewna, czego chcę. W akademiku mieszkałyśmy we cztery. Było miło, choć zawsze irytowało mnie, gdy moje koleżanki opowiadały, niekiedy ze szczegółami, o swoich chłopakach. Ich zachowania były dla mnie strasznie prymitywne, bo zazwyczaj przebiegało to w taki sposób, że jakiś chłopak był najpierw, w ich mniemaniu, cudowny, a potem wspólnie okrzykiwały go palantem, co równało się z rozpoczęciem polowania na następnego macho. Wiele razy zagadywały mnie, żebym opowiedziała o swoim mężczyźnie. Zbywałam je zawsze jakimś wykrętem. One jednak nie dały za wygraną. Skończyło się na wielu świństwach z ich strony, tak że musiałam zmienić akademik. I to wszystko z takiego banalnego powodu, że nie opowiadałam im o Kubie. Nie mogły zrozumieć, że Kuba to nie jest dla mnie partner na chwilę. Oceniały mnie według swoich kryteriów. A gdy zobaczyły, że jestem inna, postanowiły zniszczyć mój świat. Chciały mi udowodnić, że jestem taka jak one. Ale ja się nie ugięłam, i to w dużej mierze dzięki Kubie, który rozumiał życie tak jak ja.
– Przykre jest to, co mówisz. Skąd u ludzi ten prymitywizm? Raz zdarzyło mi się, że w moją rozmowę przez telefon wcięło się jakieś inne połączenie. Zamiast odłożyć słuchawkę, przysłuchiwałem się przez chwilę rozmowie dwóch kobiet. Może to nieetyczne, co zrobiłem, ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że te kobiety rozmawiały o niczym. Nie mogłem uwierzyć, że tak można, jednak okazuje się, że można. Sądzę, że ludzie żyją tak latami. Rozmawiają, ale zarazem nic sobie nie przekazują. Wypowiadają słowa bez jakiegokolwiek znaczenia. A najgorsze jest w tym to, że noszą przekonanie, jak bardzo są duchowo bogaci i jak wiele dają innym.
– Świat już dawno zapomniał, czym jest prawdziwa cisza i jej piękno. Jak raz powiedziałam mojej koleżance o tym, że byłam z Kubą trzy dni nad morzem i prawie ze sobą nie rozmawialiśmy, to od razu zapytała, o co żeśmy się pokłócili. Nie mieściło się jej w głowie, że można być ze sobą i milczeć, i także w ten sposób wyrażać miłość. A myśmy tak siedzieli godzinami na plaży wtuleni w siebie, słuchaliśmy szumu morza, a wiatr bawił się naszymi włosami. I byliśmy tacy szczęśliwi.
– Wyobraź sobie, Marlenko, że ktoś miałby nakręcić film o waszej miłości… Bohaterowie siedzą godzinę w milczeniu nad morzem, a wiatr bawi się ich włosami. Przecież za takie coś reżyser poszedłby za kratki! – Oboje wybuchliśmy śmiechem. – Dlatego kręcą tę chaotyczną szmirę, a ludzie patrzą na to i wierzą, że to się dzieje naprawdę. Potem próbują wtłoczyć swoje życie w te schematy, a gdy się nie udaje, to mówią, że życie jest głupie.
– A jakie jest, według ciebie?
– Nie wiem… Może w ogóle nie da się tego wyrazić… Zbyt duża złożoność faktów, zbyt wiele możliwości, na każdym kroku alternatywne wyjścia, sprzeczności, przypadki, nagłe zwroty akcji… Coś nie do ogarnięcia ludzkim rozumem.
– Chcesz powiedzieć, że zostaje żyć po omacku? Że ciągle należy zaczynać od nowa? Tworzyć na poczekaniu? Jak długo da się tak żyć? Skąd brać siły na wieczną prowizorkę?
– A masz inne wyjście?
– Pewnie nie wiesz, że podjęliśmy decyzję o sprzedaniu naszego domu i przeniesieniu się w inne miejsce.
– Przecież włożyliście tyle pracy i środków w jego remont.
– Życie w tym miejscu staje się nie do wytrzymania.
– Nie rozumiem.
– Ludzie. Z tymi ludźmi nie da się żyć.
– To co się dzieje?
– Pozornie nic, ale wrogość, która nas otacza, jest nie do wytrzymania. Gdy sprowadziliśmy się tam po śmierci babci, dom był bardzo zaniedbany. Nie wyróżniał się na tle innych niszczejących budynków. Nie było drogi asfaltowej, kanalizacji, a nawet telefonu. Kuba postanowił coś z tym zrobić i włączył w tę akcję okolicznych sąsiadów. Zebrał się jakiś komitet, przygotowano plany, ruszyły prace i zakończyły się powodzeniem. Wszystkim zaczęło się żyć wygodniej. Złudzeniem było jednak nasze przekonanie, że tym ludziom naprawdę zależy na poprawie swojego bytu. Gdyby im nawet ktoś wybudował domy ze złota, to mieliby zawsze o coś pretensje. I nie trzeba było długo czekać, bo po kilku miesiącach zaczęli nas nachodzić i narzekać, że teraz muszą płacić za ścieki, a przedtem każdy wylał szambo na ulicę lub na ogród i było super. Podobnie zaczęli skarżyć się na asfaltową jezdnię, ponieważ gdy nie było drogi, to samochody nie jeździły, a teraz jeżdżą i im to przeszkadza. Co więcej, posądzali nas, że mieliśmy z tych inwestycji jakieś korzyści, a oni zostali oszukani. Kuba miał na wszystko faktury i dokumenty, zresztą głównym wykonawcą była gmina, myśmy tylko postarali się, aby w samorządzie znalazły się na to pieniądze. Nikt nie był zmuszony do włączenia się w tę inicjatywę, ale tych ludzi racjonalne argumenty nie przekonywały. Pewnego razu zobaczyłam, jak jakaś matka gwałtownie zabrała swojego syna, który bawił się z naszymi dziećmi. Krzyczała do niego, żeby nie zadawał się z bogaczami, bo to oszuści i złodzieje. Miara się przebrała, gdy ktoś wybił nam cegłą szybę. A my naprawdę nic złego nie zrobiliśmy tym ludziom. Z czasem nasz dom i obejście rzeczywiście zaczęły wyglądać inaczej. Kosztowało nas to wiele pracy i wysiłku. Pracowaliśmy po godzinach, wzięliśmy kredyt. Zależało nam, żeby dzieci miały dobre warunki. Czy mamy żyć w gnoju tylko dlatego, że otaczają nas ludzie, którzy nie mają żadnych potrzeb? Dla nich prawdopodobnie jest najważniejsze, żeby listonosz przywiózł rentę lub emeryturę, którą w większości przepiją…
– To rzeczywiście trafiliście fatalnie.
– Trafiliśmy? Sądzisz, że to, o czym mówię, dotyczy tylko nas? Rozejrzyj się dokoła, popatrz, jak żyją inni. Jakie relacje są pomiędzy sąsiadami. Nie rozumiem, skąd w ludziach tyle zawiści i podłości. Jeśli tylko mieliby możliwość, to prawdopodobnie bylibyśmy świadkami niejednego linczu, i to tylko z powodu tego, że ktoś jest inny i chce iść własną drogą.
Zawsze lgnęłam do ludzi. Interesowali mnie. Chciałam w razie potrzeby nieść im pomoc. Dziś widzę, że potrzebuję do życia miejsca, które właśnie będzie z dala od ludzi. Nie zamierzam się izolować, ale sama chcę decydować, kiedy i gdzie będę się z kimś spotykać.
– Sądzisz, że to możliwe?
– Trudne, ale możliwe. Tak myślę.
– Co na to wasze dzieci? Przecież wasz wybór może być dla nich kłopotliwy.
– Wiem, ale sytuacja, w której są teraz, też im niczego dobrego nie daje. Dużo rozmawiamy. Nasze dzieci też mogą o wielu spawach współdecydować, razem z nami.
– Może warto, żebyś wykorzystała tę sytuację, aby przygotować je na brutalne stracie z rzeczywistością.
– Miałam nadzieję, że nie będę musiała tego robić, ale widzę, że mnie to nie ominie. Chciałam jak najdłużej trzymać je z dala od różnych okropnych rzeczy, które zdarzają się w życiu, ale nie jest to możliwe na dłuższą metę. Im szybciej pozbędą się złudzeń, tym lepiej. Może dzięki temu oszczędzą sobie wielu rozczarowań…
Rozmawialiśmy jeszcze długo. Potem wypiliśmy kawę przy całkiem przyjemnej muzyce w jednym z lokali tuż przy Starym Mieście.
Długo myślałem o tym, co mówiła Marlena. Jakoś nie mieści mi się w głowie, że ludzie potrafią tak uprzykrzyć życie. Tam gdzie mieszkam, jest w miarę spokój. Nikt nikogo nie zna i nie chce znać. Jest anonimowość, ale przynajmniej nie ma wrogości.
Być może trafiłem na ludzi, którzy już kiedyś się sparzyli na innych i dziś wolą być bardzo ostrożni w nawiązywaniu jakichkolwiek kontaktów.