|
|
| dr. Elżbieta Sujak, psychiatra i nurolog. fot. Cezary Sękalski-Sujak |
◗ Mówi się: „Nie opuszczę Cię aż do śmierci”. Jednak mniej więcej co trzecie-czwarte małżeństwo się rozpada. Czy młodzi ludzie, wypowiadający te słowa przed ołtarzem, nie zdają sobie sprawy z tego, co mówią?
Jestem przekonana, że na ogół wypowiadają te słowa świadomie, rzetelnie i wierzą w ich spełnienie. Nie można też twierdzić, że wypowiadają je za wcześnie. Tym bardziej, że na ogół im starsze osoby stają na ślubnym kobiercu, tym ich małżeństwa okazują się mniej trwałe. Powodów, że później następuje wzajemne rozczarowanie, jest sporo.
◗ Jakie są najważniejsze?
Przed ołtarzem każde z państwa młodych ślubuje z punktu widzenia swojego „ja idealnego”. Stara się pokazać siebie drugiej osobie od jak najlepszej strony, od strony najlepszych wyobrażeń o sobie. Tymczasem codzienność, wspólne życie, powoli ten obraz kompromituje. W każdym z nas jest „ja realne” i „ja idealne”. Ślubuje „ja idealne”, a na co dzień mieszkają ze sobą dwa „ja realne”. To drugie jest o wiele mniej sympatyczne od tego, które młodzi ludzie w sobie dostrzegają. Początkowa wielka miłość jest nietrwała, szybko przygasa albo przemija i zostaje dwoje ludzi, którzy chcą się możliwie wygodnie w życiu urządzić. A to już daje poczucie rozczarowania każdej ze stron. W małżeństwach często zostaje przegapiony i zaprzepaszczony ważny moment ponownego wyboru, już w codziennej bliskości. Zżywania się, wyrabiania poczucia przynależności.
◗ I kryzys gotowy?
Małżeństwa są narażone na kryzysy. Łańcuch kryzysów ciągnie się przez całe życie. Każde z jego ogniw trzeba umieć przejść. Na ogół po przejściu przez kryzys małżeństwa kochają się bardziej aniżeli przed nim. Umiejętne rozwiązywanie kryzysów to sposób na rozwój w małżeństwie: następuje pogłębienie miłości, więzi i osobowości małżonków. Małżeństwo jest wspaniałą drogą rozwoju daną przez Boga. W cyklu biologicznym człowieka jest zapisana trwałość małżeństwa. Kiedyś, na ogół na etapie wczesnego małżeństwa, rodziły się dzieci i nadawały temu związkowi nowy wymiar. To już nie było bycie dla siebie nawzajem, ale bycie razem dla dziecka, dzieci.
◗ Mówi Pani, że tak było kiedyś. A dziś?
Dziś mamy świadome rodzicielstwo i odraczanie przychodzenia dzieci na świat. Wiek kobiet rodzących w świadomie zawieranych małżeństwach bardzo się opóźnia. Ważniejszy jest zawód, dorobienie się, kariera życiowa, a rodzina jest gdzieś dopiero na następnym miejscu. Często w momencie zawierania małżeństwa ludzie mają złudzenia wobec siebie nawzajem. Potem przychodzi faza rozczarowania i próba ratowania związku. Przy czym każda ze stron domaga się od partnera, żeby się zmienił. Nikt nie myśli o zmianie siebie, pracy nad sobą, tylko zgłasza roszczenia, żeby ten drugi się zmienił. I w pierwszych latach małżeństwa mamy coś w rodzaju wojny domowej o dominację, kto będzie miał ostatnie słowo. Często brakuje dziecka, które mogłoby scalać ten związek. I dlatego małżeństwa bywają tak nietrwałe. Wiadomo, że pozwy o rozwód wpływają najczęściej po dwóch, trzech, czterech latach małżeństwa. Druga fala przychodzi koło pięćdziesiątki.
◗ Czy ten pierwszy kryzys nie jest spowodowany mijaniem początkowej fascynacji?
Na pewno. Z tym, że sama fascynacja trwa jeszcze krócej. Poza tym kobiety częściej pragną małżeństwa jako sytuacji społecznej, a nie związku z konkretnym mężczyzną. I potem mają pretensje, że ich oczekiwania się nie spełniają.
![]() |
|
Młodzi, przysięgając sobie dozgonność, |
◗ Skoro na kilka małżeństw jedno się rozpada, zdarzają się separacje, pierwsze kryzysy po kilku latach jego trwania, to może formuła „Nie opuszczę Cię aż do śmierci” jest nieżyciowa?
Nie. Ona jest bardzo istotna i życiowa. Proszę spojrzeć na małżeństwo z punktu widzenia biologicznego. Cykl wychowania następnej generacji trwa 20 lat. Wcześniej młodzi nie są zdolni do samodzielnego bytowania. Jeżeli dwudziestolatki pobierają się i 20 lat pielęgnują potomstwo, to w momencie, gdy potomstwo ich opuszcza, kobieta traci młodzieńczą atrakcyjność, zdolność przykuwania do siebie, mało tego, jej płodność się powoli kończy. Bywa wtedy u szczytu społecznej kariery, ale już nie ma tyle uroku. Dlatego wtedy bycie razem dwojga ludzi dojrzałych zdaje się najlepszą drogą dla ich dalszego życia.
◗ Czasem są sytuacje, z których – wydawałoby się – nie ma innego wyjścia, jak tylko rozstanie. Po prostu nie daje się już z tą drugą osobą, z różnych powodów, żyć. Zdrady, alkoholizm, stałe nieznośne zachowania. Co wtedy?
Ale czemu okazuje się, że zdradza, że pije, że jest nieznośny? To znaczy, że wcześniej go nie znaliśmy, nie pracowaliśmy razem nad tym, żeby wspólnie wypracować własne relacje, własne sposoby rozwiązywania problemów itd.
◗ Błąd na wejściu?
Błąd w rozpoznaniu. Szczególnie gdy ktoś chce małżeństwa jako takiego, a niekoniecznie tego konkretnego człowieka, i potem ma pretensje, że coś wyszło „nie tak”.
◗ Mężczyźni przeżywają kryzys wieku średniego. Czterdziestolatek, nawet pięćdziesięciolatek zadurza się, odchodzi od żony. Co ma robić porzucona żona? Musi być wierna przysiędze, której wierna już być nie może?
Człowiek w średnim wieku jest u szczytu społecznego prosperity. Jego atrakcyjność fizyczna jest mniejsza, ale mężczyzna w tym wieku bywa dla dwudziestolatki mirażem luksusu. Natomiast to, na ile przysięga małżeńska wewnętrznie wiąże porzuconą żonę, wie tylko ona sama. Jeżeli jest dojrzała, pracuje nad sobą, zastanawia się nad tym. Jeżeli zostaje opuszczona, zostaje jej wybór: albo trwać w tym opuszczeniu, albo próbować na nowo. Na ogół opuszczone kobiety pozostają same. Nie zupełnie same, bo przeważnie z dziećmi. Potrafią sobie stworzyć dom, klimat i przychodzi im to łatwiej niż mężczyznom. To, jak się zachowa kobieta, zależy od tego, jak pojmuje osobę ludzką. Osoba dojrzała ma na ogół poczucie własnej wartości i godności, a także wagi swojego słowa. To czasem jest nie tyle wierność komuś, ile sobie, swojemu wyborowi. To kwestia dojrzałości i godności człowieka. Gdyby chodziło o złamanie innej wierności, np. poprzez przejście do innej narodowości, jak byśmy to nazwali? Zdradą, prawda?
◗ Kościół wyklucza założenie drugiego związku, nawet przez osoby porzucone, zdradzone. Jedyną możliwością rozstania jest separacja. Czy to nie za mało?
Kościół bardzo wysoko stawia ludzką godność i wartość człowieka, a także wartość ludzkiego słowa. Kościół uważa, że człowiek nie został stworzony dla seksu, zaspokajania popędu seksualnego. To jest potrzeba, która nie musi zostać zaspokojona. Separacja zakłada wspólnotę obowiązków wobec dzieci, ale także to, że może być to stan przejściowy. Może między małżonkami coś się jeszcze zdarzy. Możliwe, że dojrzeją, że nastąpi powrót, w imię złożonej przysięgi i dla dobra dzieci. Tyle razy słyszałam z ust kobiety rozwiedzionej, że tak naprawdę jedynym mężczyzną, którego kocha, jest ten mąż, który ją opuścił. Każdy inny, który się wplątał w jej życiorys, nie był tym najważniejszym.
◗ Czego to dowodzi?
Że uczucie do męża, tego, który odegrał kluczową rolę w jej życiu, na ogół nigdy nie wygasa. U mężczyzny może to zresztą wyglądać podobnie. W mojej pracy w poradnictwie rodzinnym częściej miałam do czynienia z kobietami, ale znam też wiele przypadków mężczyzn, dla których żona, która ich opuściła, była jedyną partnerką do przyjęcia. I czekają latami na jej powrót. Tyle że mężczyzna ma inne poczucie własnej wartości. Nie potrzebuje potwierdzenia typu: opieka, serdeczność; raczej chce być podziwiany, zdobywany, on łatwiej przeskakuje w nowy związek. Mężczyzna najczęściej opuszcza żonę, która go upokarza. On chce być szanowany. Kobieta łatwiej wybacza zdradę, aniżeli złe traktowanie, na przykład wtedy, gdy jest traktowana jak służąca.
![]() |
|
Kryzysów nie da się uniknąć. Ale
wypracowując wzajemne |
◗ Dlaczego warto trwać w małżeństwie, czasem nawet wbrew rozsądkowi, wbrew sobie?
Ale co to znaczy wbrew sobie? Albo moja przysięga została potraktowana przeze mnie poważnie i wiąże mnie, albo była to tylko kulturowa ceremonia i nie wiąże mnie wewnętrznie. To jest kwestia ważności słowa, godności. Poczucia godności własnej i tej drugiej osoby. Kościół stawia wysoko osobę człowieka, nie traktuje go jako istoty, która ma okresowe namiętności, pożądania, poszukiwania. Kościół nie buduje na odczuciach, uczuciach, tylko na woli. Wiadomo, że uczucia są płynne i nietrwałe. Trzeba o tym pamiętać.
◗ W jakim stopniu dobre poznanie się i zaakceptowanie, dobry wybór, dojrzała decyzja o małżeństwie gwarantują, że potem będzie dobrze i że małżeństwo będzie udane i będzie trwało „aż do śmierci”?
Nie może gwarantować, że będzie dobrze. Nie zawsze będzie dobrze, bo rozczarowanie należy do normy. I problem przystosowania, zmiany własnych przyzwyczajeń, próby wyperswadowania zmiany u tego drugiego, to jest normalna droga wspólnoty życia. Ale znam tak dużo dobrych, szczęśliwych małżeństw, że uważam, że to szczęście jest możliwe i bardzo realne.









