„To są zawsze dzieci po przejściach – mówi Leszek Dobrzyński, prowadzący rodzinny dom w Szczecinie. – Coś złego działo się w rodzinie, doszło do sytuacji odrzucenia. W grę wchodzi alkohol, narkomania, przestępczość rodziców, czasem wszystko naraz”.
|
|
Alicja i Krystyn Nawroccy ze swoimi podopiecznymi. fot. archiwum prywatne |
Dom dla pięciorga
Dla Alicji i Krystyna Nawrockich wszystko zaczęło się od artykułu w regionalnej prasie o siedmiorgu dzieciach opuszczonych przez matkę. Ich ojciec nie był w stanie zapewnić im opieki. Dzieci całymi dniami były w domu same.
„Poruszyło nas to, postanowiliśmy pomóc. Zapakowaliśmy jedzenie, trochę różnych rzeczy i zawieźliśmy je dzieciom. Nasze odwiedziny stały się regularne. Podjęliśmy się opieki nad sześcioletnią dziewczynką, która najbardziej potrzebowała pomocy” – opowiada Krystyn Nawrocki.
Stali się dla niej na rok rodziną zastępczą. Przez cały ten czas pracowali nad „zjednaniem” jej rodziny biologicznej. Udało się: po roku dziewczynka mogła do niej wrócić.
Na Śląsku własne dzieci państwa Nawrockich chorowały, lekarze powiedzieli, że muszą zmienić klimat. Dlatego postanowili przeprowadzić się ze Śląska na Pomorze. Nie było to proste – pan Krystyn był nadsztygarem w kopalni w Rudzie Śląskiej, musiał rzucić nieźle płatną pracę. Ale zdecydowali się na zamianę. Kupili dom w stanie surowym w Białogardzie i przez kilka lat urlopy spędzali tylko na budowie. Otworzyli sklepik, z którego dochody pozwoliły im dokończyć prace budowlane.
Pomoc dla pierwszej sześciolatki dała im sporo satysfakcji. Wtedy uznali, że nadają się na rodzinę zastępczą. Po szkoleniach, organizowanych przez Towarzystwo Przyjaciół Dzieci, stworzyli pierwsze na Pomorzu pogotowie rodzinne. Trafiały do niego dzieci z nieuregulowaną sytuacją rodzinną. Mogły tu być, zgodnie z przepisami, najwyżej kilkanaście miesięcy, potem musiały wrócić do rodziny biologicznej, zastępczej lub do domu dziecka.
„Przez ponad dwa lata przyjęliśmy do rodziny dwanaścioro dzieci, z których sześcioro trafiło do rodzin biologicznych. Niestety, pięcioro rodzeństwa nie miało takiej możliwości. Zostali z nami” – opowiadają państwo Nawroccy. Nie stało się tak z dnia na dzień. Gdy prowadzili pogotowie rodzinne, ubiegali się też o utworzenie rodzinnego domu dziecka.
„Łatwo nie było – przyznają dziś. – Ale w końcu się udało. W 2003 roku utworzyliśmy swój rodzinny dom dziecka. Ta piątka rodzeństwa mogła więc z nami zostać”.
Królowa matka
Do Doroty i Wiktora Gackowskich zatelefonował kiedyś znajomy ksiądz, mówiąc półżartem, że chce zupełnie wywrócić ich życie. Bo pojawił się pomysł, żeby w części domu rekolekcyjnego pod Kutnem stworzyć rodzinny dom dziecka. „I wywrócił, bo mojej żonie zaświeciły się oczy, chyba marzyła o czymś takim. Zaczęliśmy szukać ośrodka adopcyjnego, który przeszkoliłby nas w prowadzeniu takiej placówki” – mówi Wiktor Gackowski. Oboje są pedagogami, pracowali w ośrodku dla słabosłyszących w Kutnie. Po dziewięciu miesiącach szkolenia w archidiecezjalnym ośrodku w Łodzi mogli przeprowadzić się z dwojgiem dzieci do budynku w Strzegocinie. Nie przyszli na gotowe. Budynek-zabytek, w którym mieści się ich dom, przechodzi nieustający remont, właśnie wymieniane są kolejne okna.
W ciągu kilku tygodni pojawiły się u nich trzy grupy rodzeństwa. Zrobiło się gwarno, bo mieli już przecież dziesięcioosobową gromadkę. Na wyobraźnię gości działała liczba butów ustawionych w przedpokoju. „Ze względu na ciągły gwar i wieczne «bzzzz», o żonie mówię czasem «królowa matka» – uśmiecha się pan Wiktor. – Ona rewanżuje mi się, nazywając mnie «ojcem dyrektorem»”.
Początki były trudne, bo dzieci przyzwyczaiły się do życia w dużych wspólnotach. Przyniosły ze sobą wzorce i zachowania z domu dziecka. Na przykład, że gdy „wujo” nie widzi, można robić to, czego zabrania, gdy widzi. Na początku poginęły naczynia, co trochę zepsuło atmosferę.
Zadziwiający był sposób, w jaki dzieci traktowały meble. Biegały po nich, nie za bardzo je szanowały. Powoli docierało do nich, że jeśli będą po nich biegać, wszyscy będą siedzieli nie na krzesłach i kanapach, ale na podłodze. Początkowo dzieci dziwiły się: „Jak to – «oni» nie dadzą?!”. „Nie ma «onych» – tłumaczyli im państwo Gackowscy. – Jesteśmy tylko my”.
Nie ma też konfliktu między dziećmi biologicznymi i tymi, które do rodziny przylgnęły. Kłócą się, owszem, ale biologiczne rodzeństwa też przecież się kłócą i spierają.
|
|
Dorota i Wiktor Gackowscy z dziećmi. fot. archiwum prywatne |
Dzieci nie na zawsze
Leszek i Katarzyna Dobrzyńscy są małżeństwem od ponad 15 lat. Nie mają własnych dzieci, a o pomocy tym, które są pozbawione opieki swoich rodziców, rozmawiali niemal od początku znajomości. Prawie dziesięć lat temu zaczęli starać się o założenie rodzinnego domu dziecka. Zanim go utworzyli, trafili do nich (jako do rodziny zastępczej) kilkuletnia Kinga i Łukasz.
Państwo Dobrzyńscy przeszli szkolenia i kursy (pani Katarzyna jest nauczycielką wychowania początkowego, jej mąż politologiem), zaczęli starania o większe mieszkanie. Gdy je otrzymali, w przystosowaniu go do potrzeb rodzinnego domu dziecka pomogli przyjaciele. Architekt bezpłatnie sporządził projekt przebudowy, elektryk przebudował instalację elektryczną.
Jeden z chłopców, który wkrótce trafił do nich z państwowego domu dziecka, miał pewne opory, ale rozwiała je pizza na stole. Gorzej było z jego młodszą siostrą. Lekceważyła opiekunów, najpewniej koleżanki z sierocińca podsycały jej strach przed zmianą sytuacji. Dziewczynka przyjechała do nich bardzo nieszczęśliwa, ale tu czekała ją niespodzianka. Była nią młoda suczka, która z miejsca przylgnęła właśnie do niej.
Początki nie były łatwe, na wszystkich dzieciach wywarł piętno dom dziecka, z którego przyszły, i chore środowisko, z którego pochodziły. Początkowo problemem były dla maluchów nawyki, przyzwyczajenia, nawet najprostsze codzienne czynności. Dziś Dobrzyńscy mają sześcioro dzieci w wieku od kilku do kilkunastu lat, z którymi są bardzo zżyci. Co nie oznacza braku problemów. „Wchodzą w wiek dojrzewania, dostarczają nam i sobie nawzajem sporo emocji” – mówi Leszek Dobrzyński.
Nie znaczy to także, że wszystkie będą z nimi już zawsze. Matka jednego z dzieci zaczęła regularnie utrzymywać z nim kontakty. Uporządkowuje swoje życie. Kto wie, czy niedługo nie zabierze dziecka? „Musimy być na to otwarci i gotowi. Dla nas to trudna sytuacja, bo dziecko pokochaliśmy, zżyliśmy się nim. Ale nasz ból się nie liczy, chodzi o dobro dziecka” – mówi Leszek Dobrzyński. Rodzic zastępczy musi pamiętać, że jest tylko zastępczy, że pracuje nie tylko z dziećmi, ale także z ich naturalnymi rodzicami.
Wypracować kompromis
Państwo Gackowscy należą do ruchu Oazy Rodzin i, jak podkreślają, bardzo przydaje im się to w postępowaniu z dziećmi. Przydają się dobre nawyki, konsekwencja i znajomość psychiki dzieci. Zawsze bardzo cementowały ich wspólne wakacje. To czas, gdy zakazy, nakazy i szukanie kompromisu liczą się mniej. Można przeżyć coś sympatycznego, jak wjazd kolejką na Kasprowy Wierch i kąpiel w morzu.
Ich dom, jak zresztą każda rodzinna placówka, to nie tylko przybrani rodzice i dzieci. To także ludzie, którzy z własnej woli im pomagają. W ich przypadku, oprócz osób z Caritasu Diecezji Łowickiej, który jest organem prowadzącym dom, jest to również między innymi wójt z Kutna, znajomi i przyjaciele, a także mama pana Gackowskiego.
Krystyn Nawrocki opowiada: „Dom rozbudowywaliśmy własnymi rękami, dzieci w miarę swoich sił uczestniczyły w tym. Przy okazji obserwowały, że na wszystko trzeba zapracować. Że nic nie jest dane za darmo, że trzeba starać się, że warto oszczędzać. Wiemy, że czekają ich trudności pewnie większe niż innych. Chcemy ich do tego przygotować, uczymy zaradności, żeby mogły usamodzielnić się i radzić sobie w życiu. Jeśli będą chciały iść na studia, pomożemy. Ale minimum to dobry zawód”.
Dwoje dzieci jest niepełnosprawnych, mają kłopoty ze skupieniem się, z nauką. Może zdarzyć się, że nie uda im się usamodzielnić. „Zawsze będą mogły u nas szukać pomocy. Przecież to nasze dzieci” – mówią państwo Nawroccy.
Bywają wzloty i upadki, radości i smutki, a także spięcia. „Trzeba być przygotowanym na sytuacje, gdy dziecko wygarnie w stresie: «Ty nie jesteś moim rodzicem!» – zwierzają się państwo Nawroccy. – Była taka sytuacja, mówiliśmy: «Nie jesteśmy waszymi rodzicami, ale to my was wychowujemy, opiekujemy się wami, kochamy was». Próbujemy im nic nie narzucać, lecz rozmawiać i tłumaczyć. Wypracowywać kompromisy” – podkreślają.
„Przyjście dziecka do nowego środowiska rodzinnego jest bombą z opóźnionym zapłonem – mówi Leszek Dobrzyński. – Spięcia między rodzicem a wychowankiem w okresie dorastania nie są czymś wyjątkowym. Rodzic musi być przygotowany na to, że w końcu usłyszy: «A bo ty nie jesteś moim prawdziwym tatą! On byłby lepszy, pozwoliłby na to, na co ty nie pozwalasz!». Każdy przybrany rodzic musi się z tym zmierzyć. Dzieci odreagowują na nowych opiekunach swoje straszne przeżycia. Dziecko zawsze «pamięta» i nie potrafi sobie z tym poradzić. Snuje teorie na temat własnego domu, że mama je zostawiła. Ma poczucie winy, że to wszystko przez nie. Warto być na to przygotowanym i pamiętać, że to rodzice są dla dziecka, a nie odwrotnie”.