|
|
| Wojciech Albiński fot. Forum |
◗ Pana opowiadania cechuje fantastyczne wyczucie szczegółu. W niezwykły sposób opisał Pan swoje dzieciństwo w okupowanych podwarszawskich Włochach w książce Achtung! Banditen!
Wojciech Albiński: Tak widzę świat. W czasie okupacji miałem cztery lata i nie wiem dlaczego, ale pewne obrazy zapisały się w mojej pamięci szczególnie mocno. Dlaczego akurat te, a nie inne? Były to chyba wyjątkowe rzeczy, jakieś reakcje mojej matki na pewne zdarzenia i jej oceny. Ja siedziałem w kącie i patrzyłem.
◗ Wspomina Pan, że przebywając w Afryce, często w wyobraźni „wyświetlał” Pan sobie film z dzieciństwa…
To nie był świadomy zabieg, to się po prostu działo. Było ciepło, Murzyni śpiewali... I wtedy automatycznie zaczynał przewijać się film. Znowu widziałem te wszystkie baraki, magazyny we Włochach. Widziałem Niemców, zwożących furmankami futra, buty, meble. Potem to wszystko sortowano i wywożono do Niemiec. Często też wyobrażałem sobie, że idę z domu do szkoły albo na stację kolejową i odtwarzałem w pamięci każdy mijany kamień, kałuże, wierzby, które rosły przy drodze. Dochodziłem do przejazdu, który opisałem. Tam z obu stron gromadziły się tłumy ludzi, a dwóch dróżników kręcąc korbami podnosiło długie ramiona szlabanu. To dla mnie ważne wspomnienia.
◗ Dziecko nie wyczuwa grozy wojny, ale nagle zachodzą wydarzenia, które mu to uświadamiają…
Dla mnie takim dramatycznym przeżyciem z czasów okupacji był dzień, kiedy do naszego domu weszli dwaj żandarmi i zabrali ojca. Trafił do Oświęcimia. Potem dostaliśmy list, że jest w Buchenwaldzie. Nie wrócił. 16 września 1944 roku aresztowano kilka tysięcy mężczyzn, z których wielu zginęło…
◗ Czy mimo bolesnych doświadczeń lubi Pan powroty do kraju dzieciństwa i młodości?
Bardzo lubię. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że nic nie kończy się definitywnie. Fakt, że wyjeżdżam, a potem udaje mi się wracać – co przecież nie musi być czymś pewnym – daje mi poczucie ciągłości. Przyjemnie jest słyszeć pytanie: „Kiedy wróciłeś?”. A przecież minęło już pół roku, rok… Jak to skraca czas! A gdy wracam do Afryki, tam pytają mnie o to samo. Dzięki temu mam świadomość bycia w kilku przestrzeniach. Już nawet Francja i Polska stanowią dwa zupełnie inne światy, nie tylko ze względu na język, ale inny styl życia, kulturę pracy, zainteresowania. A w Afryce jest moja ukochana Botswana i Południowa Afryka – i to także są dwa różne światy. Łączy je to, że są wolne.
◗ Ta potrzeba wolności była dla Pana ważna, gdy wyjeżdżał Pan z Polski?
Za czasów socjalizmu tak bardzo interesowano się naszym życiem, jakbyśmy byli nie wiadomo jak ważni. Ale ja pragnąłem swobodnie się przemieszczać i nikomu nie tłumaczyć się z tego, co robię, co mówię i myślę.
◗ Jednak długo nie zagrzał Pan miejsca w Europie, prawda?
Przez kilka lat mieszkaliśmy z żoną w Genewie, mieliśmy przyjaciół, dobrą pracę. Wanda pracowała w zawodzie chemika, ja mogłem robić pomiary uliczek starego miasta oraz winnic nad Jeziorem Lemańskim. Kiedyś w wakacje wybrałem się do RPA odwiedzić znajomych, a oni powiedzieli, że obok otrzymuje niepodległość nowy kraj. Pojechałem do Botswany i dostałem kontrakt. Wkrótce przyleciała do mnie żona z trzymiesięcznym synkiem.
◗ Ale chyba nie tylko podpisanie kontraktu zadecydowało o pozostaniu w Afryce?
To była taka decyzja, którą do końca trudno było mi wytłumaczyć. Można powiedzieć, że ucieczka od stabilizacji, burzenie dorobku życia to jakieś szaleństwo… Żona na początku chyba była niezadowolona, przecież zostawiała to, co osiągnęliśmy. Ale ja zachłysnąłem się Afryką. W dzieciństwie czytałem wiele książek podróżniczych, między innymi Dżunglę zgrozy starszego sierżanta Legii Cudzoziemskiej Józefa Białoskórskiego. Do Afryki ciągnie chęć przeżycia przygody, olbrzymie przestrzenie, inny charakter życia. Byłem tam wolny od rutyny. Pracowałem zadaniowo, organizowałem pracę ludziom i wiele ode mnie zależało, nie musiałem być na czas w biurze.
◗ Kiedy po raz pierwszy od 1963 roku przyjechał Pan do kraju?
W 1990 roku i wiąże się z tym ciekawa historia. Do Leningradu na Kongres Pokoju w tym czasie wybierał się jeden z przywódców murzyńskich, wielki wódz Zulusów. Nie wiem, czy to była złośliwość losu, czy niedopatrzenie, ale biedak nie dostał rosyjskiej wizy. Zadzwonił do mnie ktoś bardzo przejęty i powiedział, że przyleciał szef dziesięciomilionowej społeczności Zulusów. Usłyszałem: „Zrób coś!”. Zwróciłem się do przyjaciół, którzy w ciągu jednego dnia załatwili temu przywódcy spotkanie z ministrem spraw zagranicznych Krzysztofem Skubiszewskim. Minister wykazał zrozumienie dla ich niepodległościowych żądań. Ale to nie wszystko! Delegacja Zulusów spotkała się także z premierem Tadeuszem Mazowieckim i księdzem kardynałem Józefem Glempem. Cieszyłem się, że mogłem im pomóc. Potem na lotnisku – ku zdumieniu dziennikarzy – zuluscy delegaci powiedzieli, że wcale nie lecieli do Rosji, ale przybyli z oficjalną wizytą do Polski.
◗ Wróćmy jednak do Afryki. Jak Pan wspomina kontakty ze swoim afrykańskimi współpracownikami? Czy zapraszali Pana do siebie?
Tak, bywałem w ich domach, a takie wizyty to niemal cały rytuał. Gdy znalazłem się w obrębie ich kraalu, czyli obejścia złożonego z szeregu domów ustawionych w pewnym porządku, z oknami w odpowiednich miejscach, aby duchy nie zagrażały domownikom, mówili mi: „Idź tędy, a nie tędy, bo mógłbyś zburzyć porządek tego miejsca”. Pamiętam, jak kiedyś na ławeczce siedziała staruszka, która nie zwracała na nas uwagi. Byłoby niewłaściwe z jej strony, gdyby nas za wcześnie zauważyła. Moi czarnoskórzy koledzy instruowali mnie, jak mam się zachować: „Postój chwilę na rogu, a my jej powiemy, że przyszedłeś. Jeśli zechce cię zobaczyć, to na ciebie spojrzy”. W Afryce ludzie starzy darzeni są wielkim szacunkiem. W ogóle miałem dużo szczęścia, że w Botswanie spotkałem jeszcze Afrykę tradycyjną. Ludzie, chyba także ze względu na klimat, są tam bardzo otwarci, życzliwi i pomimo różnych dramatycznych doświadczeń skłonni do wybaczania.
◗ Bardzo dziękuję za rozmowę
Wojciech Albiński urodził się w 1935 roku we Włochach pod Warszawą. Studiował geodezję na Politechnice Warszawskiej. W 1963 roku wyjechał do Paryża, a następnie do Genewy. W 1969 roku opuścił Europę i wyjechał do stolicy Botswany. Obecnie mieszka w RPA. Debiutował książką Kalahari (2003), która otrzymała Nagrodę Literacką im. Józefa Mackiewicza i nominację do Nagrody NIKE. Potem były zbiory opowiadań: Królestwo potrzebuje kata (2004), Antylopa szuka myśliwego (2006), Lidia z Kamerunu (2007). Zbiorem opowiadań Achtung! Banditen! (2009) powraca do tematyki polskiej i wojennych przeżyć z dzieciństwa.