Na warszawskim Ursynowie w sobotnie południe spotykamy się z całą rodziną Ziemców w restauracji ze zjeżdżalnią i miniplacykiem zabaw, gdzie Marianna, Anna i Franciszek mogą swobodnie się poruszać, a rodzice posiedzieć przy stoliku i spokojnie porozmawiać. Dana i Krzysztof wyglądają świetnie, dzieciaki wystrojone i roześmiane.
![]() |
|
Krzysztof Ziemiec z rodziną. Fot. EAST NEWS |
◗ Krzysztofie, jesteś teraz pierwszą twarzą telewizji „Puls”. Przygotowujesz i prowadzisz dwa wydania wiadomości dziennie, i to pięć, a czasem nawet sześć razy w tygodniu. Masz rodzinę – żonę i troje dzieci. Chyba potrzeba cudu, aby to wszystko pogodzić?
Krzysztof Ziemiec: Z mojego punktu widzenia na pewno tak. Ale jest to możliwe tylko z cudowną żoną. Gdyby nie fakt, że Dana akceptuje to całkowicie, wybierając taką drogę życiową i zawodową, rezygnując z wielu spraw, nic by się nie udawało. Mnie przecież nie ma w domu przez calusieńki dzień. Pytanie tylko, czy ma to sens? Mnie to boli, bo potrzebuję rodziny, dzieci, domu.
Danuta Ziemiec: Takie cuda się zdarzają, jeżeli mają realne podłoże. U nas zdarza się to w weekend, bo sobota i niedziela są dla całej rodziny. Wtedy nie jeździmy na zakupy, niczego nie załatwiamy. Wszystko musimy zrobić w tygodniu, więc wszystkie te szare sprawy ja muszę zorganizować i później, w weekendy, odcinamy od tego kupony.
◗ Czy weekendowe życie rodzinne wystarczy do budowania relacji ojciec – dzieci?
D.Z.: Na razie nie jest tak strasznie męczące, z czasem pewnie takie będzie. Nie wiemy, co z tego wyniknie.
◗ Ile razy w tym samotnym tygodniu mówisz sobie: „Tak dalej być nie może”?
D.Z.: W ogóle tak nie mówię. Co ja mogę zrobić? Gdy urodziłam pierwsze dziecko, wtedy po usilnych namowach kolegów z pracy powiedziałam, że najwcześniej mogą się mnie spodziewać za pół roku. Potem okazało się, że bez pomocy naszych babć to jest zupełnie niemożliwe. Zorientowałam się, że trzeba znaleźć nianię. Szukaliśmy przez agencję, ale to się kompletnie nie sprawdziło. I wtedy uzmysłowiłam sobie, że pewne rzeczy w ogóle idą w odstawkę. Nie mamy cudownej „instytucji babcio-dziadkowej”. Przez te siedem lat, od kiedy są dzieci, wolny weekend mieliśmy tylko raz, w zeszłym roku. Wyjechaliśmy na cztery dni na narty.
◗ A wakacje?
D.Z.: Na wakacje jeździmy całą rodziną. W lecie nad morze, zimą w góry na narty, resztę czasu spędzamy na naszym letnisku pod Warszawą.
![]() |
| Danuta i Krzysztof Ziemcowie z córkami podczas wywiadu. Fot. Adam Szczygieł SSP |
◗ Jesteś dyplomowaną charakteryzatorką. Łatwo było zostawić zawód i zmienić całe swoje życie?
D.Z.: Robiłam w życiu dużo rzeczy i śmiało mogę powiedzieć, że nigdzie nie zawaliłam, więc zawsze mogę wrócić i to trochę rekompensuje mi odejście. Nadal zresztą robię masę rzeczy. W domu, oprócz prac domowych, wykonuję na przykład witraże, restauruję stare meble.
K.Z.: Tak, na klatce schodowej.
D.Z.: Robię dzieciom sweterki na szydełku, na drutach. Nie umiem się nudzić. Potrafię sobą zagospodarować wiele przestrzeni. Nie mam poczucia katastrofy. Jestem osobą, która lubi być za wszystkie swoje pola aktywności odpowiedzialna od początku do końca. Także za rodzinę.
K.Z.: Perfekcjonistka.
◗ Czy perfekcjonizm to kłopotliwa cecha u żony?
K.Z.: Czasem tak, bo to, co dla mnie jest posprzątane na błysk, dla Dany nie jest nawet zamiecione po wierzchu.
◗ Jaką matką jest Dana?
K.Z.: Wymagającą. Jest też czuła i opiekuńcza, ale są granice nieprzekraczalne w wychowywaniu dzieci, których Dana bardzo pilnuje. I jestem pewien, że po latach świetnie będzie widać, że to było słuszne i celowe. Dzieciom naszych znajomych wolno wszystko, u nas tak nie jest. Jak jest obiad, to jest obiad, przed obiadem słodyczy się nie je. Dzieci muszą być umyte, nie wyjdą na dwór nieodpowiednio ubrane. Nie ma negocjacji: w czapce czy bez.
◗ Czyli u was matka jest od dyscypliny i od konsekwencji, a ojciec od rozpieszczania?
D.Z.: Oczywiście, że tak!
K.Z.: Trochę tak jest. Nie rozpieszczam jakoś strasznie, ale kiedy mam wolny weekend, to naprawdę staram się go oddać dzieciom w pełni i czasem przeginam. Dzieci mają słuchać bajki przez 10 minut przed snem, a ja im czytam z zaangażowaniem przez 45 minut. Ja to lubię i dzieci też.
◗ Jesteś matką wymagającą, tak powiedział Krzysztof. A jak ty widzisz jego ojcostwo?
D.Z.: Na pewno jest ojcem ciepłym. To jest tata, który bierze dzieci na kolana, nawet jak one nie chcą. I wtedy jest rozczarowany. Pozwala na dużo rzeczy.
◗ Czy bywa czwartym dzieckiem?
D.Z.: O tak, jak najbardziej.
K.Z.: Ale kiedy, kiedy?
D.Z.: Często.
![]() |
| Najmłodszy syn Franek. Fot. Adam Szczygieł SSP |
◗ Przejście do „Pulsu” z TVP 2, gdzie kierowałeś Panoramą, nie było ryzykanctwem? Decydowaliście razem?
D.Z.: Każdą decyzję podejmujemy wspólnie, począwszy od drobnych, jak na przykład zakup butów na zimę, a kończąc na takich właśnie życiowych wyborach.
K.Z.: Pamiętam, jak podejmowaliśmy decyzję o moim przejściu do radia. To nie była łatwa decyzja, bo na inżynierskiej posadzie zarabiałem dobre pieniądze. A decydując się na pracę w radiu, zgłosiłem się na „nabór na leszczy” do „Trójki”. Tak naprawdę to ubłagałem, żeby się dostać na listę przesłuchiwanych. Ale ta decyzja oznaczała spadek z plus 4 na minus 1. Zarabiałem z miejsca jedną dziesiątą tego, co wcześniej.
D.Z.: To była świadoma decyzja i wiedzieliśmy, że sobie poradzimy.
K.Z.: I każde następne zmiany też były konsultowane. Zwłaszcza przy odejściu z „Trójki” do TVN 24 – to było tak, jakbym zostawiał rodzinę. Ale Dana mądrze powiedziała, że nie wolno kierować się tylko tym, że jest miło, że potrzebny jest rozwój.
◗ Czy podczas ponad ośmiu lat małżeństwa mieliście taką burzę, kłótnię, kryzys, że tylko w Bogu była nadzieja?
K.Z.: Nic takiego nie było.
D.Z.: Gdy braliśmy ślub, mieliśmy za sobą sześcioletni okres poznawania się i narzeczeństwa. Najbardziej konfliktogenne sytuacje przeżywaliśmy ze sobą właśnie wtedy. Gdy zdecydowaliśmy się na ten ślub, było już wiadomo, co w trawie piszczy.
◗ Co, waszym zdaniem, jest konieczne do tego, aby dobrze przeżyć narzeczeństwo?
D.Z.: Moim zdaniem czas, raczej dłuższy niż krótszy, by wiedzieć, jacy jesteśmy, gdy opadnie mgła zauroczenia. Przed ślubem dużo podróżowaliśmy. Zaliczaliśmy spływy kajakowe bez organizatora, na starych, radzieckich, brezentowych kajakach. Kajak prowadzi się we dwoje, więc musieliśmy się zgrać. Pamiętam nasz ostatni spływ, jedenastodniowy. Padało codziennie. Ale się nie poddaliśmy i w tych trudnych warunkach mogliśmy się świetnie poznać i sprawdzić.
◗ I po tym wyjeździe byliście gotowi stać się jedno?
D.Z.: Zwlekaliśmy ze ślubem. Zwłaszcza Krzysztof nie chciał rezygnować z tej swobody, że wszystko może, a nic nie musi. Daliśmy sobie czas, ale wykorzystaliśmy go dobrze i gdy zapadła decyzja, że zakładamy rodzinę, było wiadomo, że w grę wchodzi tylko ślub kościelny, w kościele Świętego Krzyża.
◗ Czy były zaręczyny?
D.Z.: Była prośba o błogosławieństwo u mojej mamy. Zaręczynowego pierścionka szukaliśmy razem.
◗ Zawsze chcieliście mieć troje dzieci?
K.Z.: Najpierw było założone 2+2, ale czekaliśmy na Frania…
D.Z.: …i jest.
◗ Krzysztofie, za co najbardziej jesteś wdzięczny w kontekście tych wspólnych lat z Danutą?
K.Z.: Temu na górze czy żonie? Najbardziej jestem wdzięczny, że wszystko dobrze się układa. Wielu ludziom nie wystarcza do pierwszego, nam wystarcza, pomimo trójki dzieci. Niektórzy ciężko chorują, a nam zdarzają się choroby typu przeziębienie. Marianna miała kiedyś chore nerki i leżała w szpitalu, ale szczęśliwie poważniejsze sprawy nas omijają. Stąd moja wdzięczność Bogu. Żonie jestem wdzięczny za to, że akceptuje mnie i ten mój całodzienny tryb pracy. Inna kobieta, niesiona chęcią rozwoju, zawodowymi ambicjami, mogłaby uniemożliwić mi pracę i wtedy byłby kłopot. A tak, poza drobnymi smutkami… jesteśmy szczęśliwi.
![]() |
| Krzysztof Ziemiec na spacerze z córkami Fot. EAST NEWS |
◗ Uciekacie czasem razem na wagary?
K.Z.: We dwoje – nie.
◗ A kino, randki?
K.Z.: Bardzo rzadko. Udało nam się niedawno pójść do kina na taką prawie randkę jak za dawnych lat. Chociaż film był mało „randkowy”, bo Katyń. Nie pamiętam, kiedy wcześniej byliśmy w kinie na filmie nie dla dzieci.
D.Z.: Tamtego wieczora poszliśmy na kawę i spacerowaliśmy po centrum, czego bardzo dawno nie robiliśmy.
K.Z.: Na Nowym Świecie jest jeszcze taka knajpka. Nazywa się Piotruś, relikt komuny. Siedzieliśmy tam chwilę między starymi bywalcami.
D.Z.: Raczej nie chodzimy do nowych miejsc, klubów, bo nie mamy takiej potrzeby. Ale lokalny koloryt warszawski nas pociąga. Z dużą frajdą poszliśmy do Piotrusia, żeby poczuć coś, czego na co dzień nie doświadczamy.
◗ Krzysiek, Danka, Marianna, Olga i Franek. Co, oprócz waszej piątki, stanowi istotę waszego domu?
D.Z.: Opowiem anegdotę. Krzysiek pracował już w nowym miejscu i widział, ile czasu mu ta praca zabiera. Czuł, że to jest potwornie męczące i że nie tak miało być. Kiedyś wrócił po trzynastu godzinach pracy do domu, usiadł przy stole i po dwudziestu minutach powiedział, że jest mu dobrze, że wystarczy tylko dwadzieścia minut w tym miejscu, w naszym domu, by odpocząć. Odpuścił mu stres, więc coś w tym domu jest.
◗ Wasze marzenia?
D.Z.: Moje marzenie jest takie, aby Krzysiek miał taką pracę, z której będzie bardzo zadowolony, a która jednocześnie da mu normalność, czyli czas na nas, na dom i dzieci. No i żeby dzieci były zdrowe.
K.Z.: Moje marzenie krótkoterminowe jest takie, żeby wystarczyło sił. Bo teraz dzieci bardzo nas potrzebują. A takie na zawsze – żeby żyć w zgodzie z Panem Bogiem i z sobą samym. I żeby mieć trochę czasu dla siebie, żeby się rozwijać, a nie tylko zarabiać i spać. Chodzi o to, aby mieć czas na życie i na rozwój.








