![]() |
| fot. FORUM |
Roman narkoman – mówi o sobie. Dziś już wie, że z nałogu można wyjść tylko wtedy, gdy samemu bardzo się tego chce. Rodzice lub terapeuci mogą tylko pomóc, umocnić w dążeniu do celu. Żeby zerwać z nałogiem, trzeba mieć nie tylko silną motywację, ale także bardzo dużo zmienić w swoim dotychczasowym życiu.
Czasem motywacja bierze się z… miłości własnej. „Zbyt kocham i kochałem siebie, żeby dać się zniszczyć – mówi półżartem Roman, mieszkaniec Łodzi. – Wielu z tych, którzy nie zatrzymali się na etapie «eksperymentowania» z narkotykami, uważa, że doskonale panują nad sytuacją. Ja też tak sądziłem i się przejechałem” – mówi.
Przez lata brania zdołał poznać cały wachlarz narkotyków: od trawki, czyli marihuany, przez haszysz, grzybki halucynogenne, kokainę, ekstazy, amfetaminę po LSD. Skończyło się tym, że szybko stracił kontrolę i wpadł w kilkuletni ciąg. I choć od lat, po paru terapiach odwykowych, jest czysty, do końca życia pozostanie narkomanem.
Nie było łatwo. Droga do narkotyku jest w każdym przypadku prosta, wychodzenie z uzależnienia to ścieżka kręta i z wieloma przeszkodami. „Terapia, detoks i rehabilitacja, zaliczanie kolejnych miesięcy i lat trzeźwości. Wszystko trwało, ale to norma: wychodzisz z uzależnienia mniej więcej tyle czasu, ile bierzesz” – objaśnia Roman.
Zaczyna się od rodziców
„Roman narkoman” rodziców o nic nie obwinia, bo miał normalny dom i był wolnym człowiekiem, a w ciąg wszedł już po wyprowadzce z domu. Inna rzecz, że gdyby mama i tata więcej wiedzieli o braniu, może nie zaszedłby tak daleko. Jemu pomogła dziewczyna, dzisiaj – żona. Bez jej miłości, mądrej, twardej, jak podkreśla, już by go pewnie nie było na tym świecie.
Sebastian miał 16 lat, gdy zaczął regularnie palić trawkę. Do poradni Towarzystwa Rodzin i Przyjaciół Dzieci Uzależnionych „Powrót z U” przyszedł z rodzicami. Podjął nawet terapię, ale tylko dla świętego spokoju. Brał, bo mu się to podobało. Nie przychodził do poradni. Szedł na zatracenie. Matka, jak ją uczono na zajęciach terapii dla rodziców uzależnionych, próbowała „zakreślić granicę”. Gdy nie wrócił przed konkretną godziną, nie wpuszczała go do mieszkania. Spędził więc półtora roku poza domem. Zatrzymywał się u kolegów, pomieszkiwał nawet u dilerów. Z czasem przerzucił się na alkohol, bo był tańszy.
Matka cierpiała strasznie, całymi miesiącami nie wiedziała, co dzieje się z jej synem. Gdy miała z nim kontakt, mówiła mu jednak: „Jestem twoją matką, kocham cię. Ale będziesz mógł wrócić dopiero wtedy, gdy podejmiesz leczenie”. To była ta granica. Mąż nie chciał jej pomagać. Uważał, że na syna trzeba machnąć ręką. Zaciskała zęby.
Wreszcie syn „zaskoczył”: przyszedł i powiedział, że chce się leczyć. Dała mu adresy poradni: „Szukaj, załatwiaj, ktoś cię przyjmie na leczenie”. Sam sobie musiał to załatwiać, zrobić ten wysiłek – to był wstęp do wzięcia odpowiedzialności za siebie. Terapię przechodzi od roku. Dziś ma 21 lat i powoli wychodzi z „U”. Terapeutka i pedagog z ośrodka, do którego przychodziła na terapię grupową jego matka, twierdzi, że to cud. „Mama Sebastiana długo się o to modliła, ale była także konsekwentna, zaciskała zęby, żeby mu nie folgować. To było bolesne – mówi terapeutka. – Teraz chłopak bierze «na sucho». To znaczy nie bierze, a zachowuje się, jakby brał: jest niegrzeczny, złośliwy, ma postawę roszczeniową, zaniedbuje obowiązki. Ale to już inny człowiek, wychodzi z nałogu. Niestety, całkowicie nie wyjdzie, nałóg będzie nad nim wisiał cały czas. To śmiertelna choroba, a dotknięty nią jest skazany na jej nawroty”.
Nie zauważyli na czas
Terapeutka, która od piętnastu lat zajmuje się uzależnieniami i prowadzi telefon zaufania „Powrót z U”, wie, że w relacjach rodzice-dziecko twarda i mądra miłość jest niezbędna. „Chodzi o wyrabianie w dziecku odpowiedzialności za siebie i swoje życie – mówi. – Jeśli syna wyręcza się w różnych czynnościach życiowych i umożliwia mu się, żeby nic z siebie nie wnosił do domu, to szykuje się i jemu, i sobie poważne problemy. Żeby Sebastian miał szansę nie wrócić do nałogu, musi wziąć odpowiedzialność za swoje życie”. I Sebastian ją bierze. „Robi to powoli, ale pracuje, na razie dorywczo, bo inaczej nie mógłby tego pogodzić z terapią” – stwierdza terapeutka.
Jak to się stało, że Sebastian zaczął brać? Sami rodzice próbują odpowiedzieć na to pytanie, ale terapeuci i pedagodzy nie dążą do odpowiedzi. Skoro rodzic ma być twardy, nie można go wprowadzić w poczucie winy.
Gdy Anna dowiedziała się, że jej dziecko eksperymentuje z narkotykami, straciła głowę. „Przekonanie, że ten problem dotyczy także mojej rodziny, było bolesne. Pojawiło się poczucie klęski i to kompletnej: przegrałam jako matka! Pojawiły się też strach i złość”. Teraz Anna już wie, że najbardziej potrzebny jest spokój. Trzeba zdobyć się na szczerą rozmowę z dzieckiem. Nie złorzeczyć ani nie bagatelizować. „Bardzo łatwo jednym fałszywym ruchem stracić autorytet u dziecka, a jest on nam bardzo potrzebny, jeśli chcemy pomóc”. Wie, że do wyjścia z nałogu potrzebna jest przede wszystkim motywacja. Niezbędny jest także choćby cień wiary w siebie. Na tym można już budować, podejmować działania i decyzje, do których uzależnionego nikt nie jest w stanie zmusić. Sam musi do tego dojrzeć i chcieć je podjąć, żeby zmienić swoje dotychczasowe życie.
„Rodzice myślą, że jeśli dużo pracują i dzięki temu sporo mogą dziecku dać, to już wystarcza – mówi Stanisław, terapeuta z warszawskiego Monaru. – Dzieci potrzebują raczej zainteresowania i fizycznej obecności mamy i taty. A ci unikają rozmowy z dzieckiem, bo wydaje im się, że nastolatek jest niechętny do rozmów. Tymczasem nawet próba rozmowy daje mu poczucie, że ktoś jest nim zainteresowany, a to bardzo ważne”.
![]() |
| fot. FORUM |
Można wrócić po 30 latach
„Główną zasadą terapii dla osób współuzależnionych jest to, że robimy coś, co możemy zrobić – mówi Stanisław z Monaru. – Zaczynamy wprowadzać zmiany. Uzależniony – syn czy córka – będzie musiał wybrać: albo odchodzi z rodziny, albo jest z rodziną pod pewnymi warunkami. Te warunki to terapia, wyjazd do ośrodka rehabilitacyjnego. Rodzice uczestniczą w leczeniu dziecka, towarzyszą w wyzdrowieniu. Wiedzą, jak to robić. Określa się, co wolno, a czego nie wolno. Terapia pozwala rodzicom uświadomić sobie, że nawet jeśli ich dziecko wyjdzie z uzależnienia, mają do czynienia z chorobą, z którą żyje się do końca. Czas nie ma znaczenia. Do nałogu można wrócić nawet po 30 latach”.
Justyna z małej podwarszawskiej miejscowości, matka narkomana, długo była współuzależniona. Wreszcie, dzięki terapii, powiedziała „dość” i była w tym konsekwentna. „Wolałam ten czas, gdy syn był w poniewierce, niż gdy był w domu. Bo jak był poza nim, miałam świadomość, że to może być początek wyleczenia. Lepiej się czułam. Jak był na ulicy, miałam jasność, że coś się dzieje, że zatrzyma go policja i że skłoni go to do leczenia – wyznaje. – Mówiłam sobie, i rzeczywiście tak było, że zrobiłam wszystko, reszta należy do ciebie. Wycierpiałam, w moim mniemaniu, wszystko. Osiągnęłam spokój. Nie mówię, że jest fajnie, lecz mam świadomość, że nic więcej zrobić nie mogę”.
Jej syn jest już w drugim ośrodku terapeutycznym. Chodzi do szkoły, pracuje. Nie chce przyjeżdżać do rodzinnej miejscowości. „Chyba się boi powrotu – przypuszcza Justyna. – Boi się łazienki, gdzie brał, schodów, na których spał, gdy wyrzucałam go naćpanego z domu”.
Zrobisz, jak zechcesz
Spotkanie grupy uzależnionych rodziców w warszawskiej poradni „Powrotu z U”. Terapeutka naprowadza rodziców na właściwe tory. Rodzice zwierzają się z pracy nad sobą i swoimi dziećmi, omawiają swoje przypadki, doradzają sobie nawzajem, umacniają się i dodają odwagi.
„Wiem, że muszę walczyć ze strachem przed tym, co będzie, gdy wyjdzie z ośrodka i wróci do domu. Że zadzwoni do kolegów i znów zacznie brać – podkreśla Justyna. – Tyle że przecież on zawsze i wszędzie może zacząć brać. Muszę się wyzwolić z tego współuzależnienia”. „Przecież wiesz, że gotowość do leczenia musi być w nim, a nie w tobie” – podkreśla terapeutka Henryka Wasiak. „Ja to już wiem i dobrze się czuję bez niego – odpowiada Justyna. – Na początku było mi bardzo źle, byłam współuzależniona. Myślałam: on by chciał tu być. Ale przecież nie chciał, uciekał. Potem to myślenie minęło. Musiało, bo na tym to polega. Niestety, gdy w grę wchodzą emocje, o wszystkim się zapomina”.
Rodzice uzależnionych dostają w poradni wsparcie. Wzmacniają się, żeby powiedzieć swojemu dziecku: „Chcesz ćpać, twoja sprawa. Zrobisz, jak zechcesz, ale nie w moim domu”.
Halina powiedziała synowi wprost: „Albo idziesz się leczyć, albo ulica”. Poszedł się leczyć. „Najtrudniejszy był moment, gdy wyszedł z ośrodka, wrócił i znów zaczął ćpać. Gdybym nie poszła na policję i nie powiedziała, że mój syn ukradł aparat fotograficzny, byłoby po nim. Policja go ściągnęła i doprowadziła do domu. Przedtem mieszkał po melinach, stoczył się na samo dno. Dzisiaj się leczy” – opowiada Halina.
Na mnie nie licz
Syn Haliny wraca do świata żywych. „Jest długo w ośrodku, zaczyna w siebie wierzyć. Już sam etap, gdy dziecko wyprowadza się, poprawia mu obraz samego siebie – tłumaczy Henryka Wasiak. – Wychodzący z uzależnienia szukają gorszej pracy, «słabszych» partnerów. Skąd to się bierze? Bo kiedyś usłyszeli o sobie: ten wstrętny ćpun, który do niczego się nie nadaje, złodziej. Szukają wtedy środowiska, w którym mogą poczuć się lepiej. Muszą odbyć terapię, żeby usłyszeli o sobie coś lepszego”.
Koleżanki z terapii, z których część trwale wyszła ze współuzależnienia, umacniają Elżbietę, która ma nowy problem z córką. Dwudziestokilkulatka nie bierze od trzech lat, ale – jak ocenia jej matka – ma charakter ćpunki. Nic jej się nie chce, najlepiej, jakby inni za nią wszystko robili. Jest w ciąży z chłopakiem, też zaleczonym narkomanem. Nie pierwsza to jej ciąża – pierwsze dziecko trafiło do adopcji. Dziewczyna nie może utrzymać się w żadnej pracy. „Powiedziałam jej: «Na mnie nie licz, twoja sprawa» – opowiada Elżbieta. – Może wymyśliła sobie, że jak urodzi, odda mi swoje dziecko? Wiem, że powinnam stawiać warunki, zakreślać granice. Ale życie przynosi poprawki. Jak córka przychodzi, pozwalam jej buszować w lodówce, łamię się”. Koleżanka z terapii: „Rozumiem, jest w ciąży, klepie biedę itd. Chcesz jej pomóc, ale uważaj, bo w ten sposób sama zafundujesz jej kłopoty”.
„Trzeba o tym wiedzieć i pogodzić się z tym, że narkoman będzie miał «odchyły». Musisz interesować się głównie sobą – mówi terapeutka do Elżbiety. – Inaczej obie wrócicie do nałogu. Ona do brania, ty do współuzależnienia. Po to tu przychodzicie, żeby krok po kroku wzmacniać siebie i swoje dzieci”.
Większość personaliów została zmieniona.


