|
|
| fot. Shutterstock |
Prowadzenie sprzeczek z korzyścią dla całej rodziny to też rodzaj sztuki porozumiewania się. Nie każdy się z tą umiejętnością rodzi. Kłótnia (czyli ostra wymiana zdań), jeśli nie prowadzi do rozsądnego, budującego kompromisu, a powtarza się raz za razem, jest czynnikiem destrukcyjnym i z czasem prowadzi do dezintegracji rodziny.
Nie trzeba być uczonym, żeby dojść do takich wniosków. Wystarczy obserwować otoczenie: rodzinę, sąsiadów znajomych i siebie. A jeśli świadkami, a nawet uczestnikami takich rodzinnych awantur są także dzieci, destrukcja ma szansę przełożyć się na następne pokolenia. Wiadomo bowiem – czym skorupka za młodu… W tym wypadku oznacza to: jakie wzorce dziecko wyniesie z domu, takie później nieświadomie przenosi do własnego małżeństwa i własnej rodziny.
Gdy mały nie rozumie…
Ileż to razy wielu z nas było świadkami rozmów – nawet nie kłótni – albo samemu w nich uczestniczyło, kiedy dorośli swoim językiem rozprawiali o swoich sprawach: intymnych, bolesnych, wstydliwych, nie przejmując się tym, że kilkuletnie dzieci ich słyszą. Wiadomo, dzieci głosu nie mają, a jeśli słyszą, to i tak nie rozumieją, o co chodzi. Można się więc nie hamować. Nic bardziej błędnego. Jeśli opinia znawców nie jest przekonująca, wystarczy sięgnąć do własnej pamięci. Przypomnimy sobie wtedy, że treści niezrozumiałe wcale nie są ignorowane, tylko interpretowane po swojemu, zgodnie z dziecięcą wyobraźnią i stanem wiedzy. Już Alan A. Milne, twórca Kubusia Puchatka, pokazał, że prosty umysłowo Prosiaczek czy sam „miś o bardzo małym rozumku” nie puszczają mimo uszu wieści, które przekraczają ich pojmowanie, tylko wyciągają z nich wnioski, prowadzące zwykle do nieporozumień. Te z kolei prowadzą także do licznych wewnętrznych napięć. Bohaterowie Chatki Puchatka już zawsze będą tacy, jakimi stworzył ich autor, inaczej niż czytelnicy książek Milne’a – oni dorastają, dojrzewają i zaczynają rozumieć, o czym rozmawiali kiedyś ich rodzice, którzy sami woleliby, żeby dzieci tego nie wiedziały.
Czy dorośli nigdy nie słyszeli o tym, że dzieci mają skłonność do brania na siebie winy za to, że oni się kłócą? Czy sami nie pamiętają, jak to wydawało im się w dzieciństwie, że gdyby nie oni, rodzice nie popadliby w konflikt? I pewnie rzadko przypominają sobie, że gdyby im ktoś wtedy wytłumaczył ich językiem, o co chodzi, byłoby im dużo lżej.
…a duży nie potrafi
Autor tych słów sam był świadkiem niepojętej zabawy dwojga dorosłych, którzy zaśmiewając się, skłaniali swoje kilkunastomiesięczne dziecko do nazywania ich słowami uważanymi powszechnie za obraźliwe. Zabawne miało być to, że charakterystyczne samogłoski wymawiane były „po dziecięcemu”, a więc jakby nie na serio. Tego momentu akurat – na szczęście – dziecko nie zapamięta, bo tak głęboko zwykła pamięć ludzka nie sięga. Rodzice jednak, widać na co dzień odnoszący się do siebie takimi słowami, nie powinni tego zapomnieć. Mogą być przecież kiedyś dotknięci do żywego, gdy ich latorośl powie do nich tak, jak ją uczyli w dzieciństwie, ale już na serio.
Współcześni psychologowie nie zalecają już odsyłania dzieci „na górę”, „do pokoju” czy „na podwórko”, kiedy w domu zbiera się chmura burzowa i rodzice chcą sobie coś wyraźnie powiedzieć (albo jedno z nich drugiemu). Rodzina to nie tylko wspólnota ekonomiczna czy wychowawcza, to także wspólna przestrzeń emocjonalna – mówią psychologowie – i powinna być ona dostępna dla wszystkich, na miarę ich możliwości i oczekiwań. Właśnie ta miara wymaga szczególnej ostrożności i umiejętności. Rodzice powinni umieć komunikować dzieciom swoje emocje i relacjonować stanowiska odpowiednim językiem, operując pojęciami na miarę umysłową dziecka. To umiejętność i wiedza równie trudna do opanowania, jak sztuka prowadzenia sporów między małżonkami – tak, by nie naruszać wzajemnie ludzkiej godności, nie kąsać do żywego, byle dopiec i „wyjść na swoje”, ale znaleźć w miarę dobre wyjście. Jeśli dzieci nauczą się tego od swoich rodziców, przez proste, często nieuświadomione naśladowanie, im samym i ich współmałżonkom będzie w życiu o wiele łatwiej.