|
|
| fot. Shutterstok |
Do mojej poradni przyszli kiedyś młodzi ludzie. Inteligentni, oboje z wyższym wykształceniem. Zostali przysłani do mnie przez spowiednika.
On był inżynierem. Ona, z zawodu pedagog, obecnie niepracująca, była na urlopie wychowawczym z ich pierwszym, trzyletnim obecnie dzieckiem. Synek tym razem został u babci, ponieważ gdy przyszli z nim na nasze pierwsze spotkanie, nie mogłam się od żadnego z nich dowiedzieć, o co właściwe chodzi. Zażądałam wtedy, żeby przyszli ponownie razem, ale bez dziecka.
„To właściwie o co się państwo kłócicie?” – zapytałam ich. Odpowiedziało mi jedynie głuche milczenie.
W takiej sytuacji znowu zadałam im pytanie: „O co chodzi? Skąd wasz konflikt? Macie państwo przecież wszystko, żeby być najszczęśliwszą parą na świecie! Jesteście młodzi, zdrowi, wykształceni. Macie mieszkanie, zdrowe i śliczne dziecko”.
Powiedziałam tak zgodnie z prawdą, bo widziałam ich synka, gdy przyszli do mnie z nim po raz pierwszy.
Nadal milczeli.
A ja uporczywie prosiłam o konkretny powód napięć. Wreszcie, po dłuższej chwili, on odpowiedział: „To nawet trudno określić. Niby nic takiego, ale po prostu jesteśmy niedopasowani. To jest ta słynna różnica charakterów”.
„Niech pan nie powtarza sloganów – przerwałam mu. – Nie ma ludzi o tym samym charakterze. Zawsze jest, będzie i musi być różnica! Jest zresztą dogmat wiary katolickiej o niepowtarzalności duszy ludzkiej. Każdy człowiek jest jedyny, niepowtarzalny i drugiego takiego jak on nie ma, nie było i nie będzie. Właśnie różnica jest największą siłą atrakcji! O co więc u państwa chodzi?”.
Popatrzyli na siebie zmieszani.
„Zatem – zapytałam bardziej konkretnie – czy dziś państwo się pokłóciliście?”.
Znowu wymienili spojrzenia, a po chwili ona odpowiedziała: „No, i jeszcze jak!”. „Właśnie – drążyłam. – To o co dziś poszło?”.
„O to samo, co codziennie – odpowiedział on. – O naszego synka, bo ona ciągle bierze go do łóżka i z nim śpi. Chłopak ma trzy lata, jest już duży i powinien wreszcie zacząć spać sam. Nie mogę jej tego wybić z głowy!”.
Mówił to podniesionym tonem, a ja uśmiechałam się lekko, bo przecież wiedziałam, dlaczego mu to tak bardzo przeszkadzało. Ten ton go zdradzał…
W tym momencie ona podniosła na mnie smutne oczy, przedtem skierowane na niego. „On nic nie rozumie – powiedziała. – Mały nie umie sam zasnąć. Gdy jest w nocy sam, to ciągle się budzi, a przy mnie śpi spokojnie. Przecież to małe dziecko, które potrzebuje ciepła i poczucia bezpieczeństwa!”.
„Jakie małe dziecko?! – przerwał jej podenerwowany mąż. – Chłopak ma trzy lata, jest dobrze rozwinięty, a ona chce go chować na lalusia! Chcę z niego zrobić normalnego mężczyznę!”. „I bardzo dobrze – przytaknęłam mu. – Ma pan rację. Z chłopaka ma wyrosnąć normalny, prawdziwy mężczyzna”.
Kobieta popatrzyła na mnie z wyrzutem i zaczęła: „Ależ…” – lecz przerwałam jej i powiedziałam: „Niech pani się nie boi tego, co zaraz powiem, bo pani też ma rację!”.
„Jak to?” – zapytała.
„Oczywiście – odparłam, patrząc na ich zdziwione miny. – Oboje państwo macie rację i dlatego trzeba znaleźć rozsądne wyjście, zamiast nawzajem się oskarżać. Nie wiem, o co jeszcze potraficie się kłócić, ale ta sytuacja, którą mi przedstawiliście, nie powinna stanowić żadnego problemu. Po prostu wieczorem mama niech uśpi dziecko, które w jej ramionach czuje się całkowicie bezpieczne i spokojnie zasypia, a potem tata niech delikatnie przeniesie synka do jego łóżeczka. I umówicie się z tym, jak pan mówi, dużym chłopcem, że jak tylko się obudzi, przyjdzie rano do was, do łóżka rodziców w odwiedziny, aby powiedzieć: «Dzień dobry» i ucałować was, i przytulić się do mamy i do taty. Bo jak się kogoś kocha, to chce się go odwiedzać. Dziecko ma, tak jak zresztą każdy człowiek, potrzebę dowodów, że jest naprawdę kochane. Albo jeszcze lepiej: niech tata przyniesie małego chłopczyka do mamy”.
„Ależ on świetnie chodzi!” – odparł ojciec.
„Oczywiście, nie dlatego pan go przyniesie mamie, że nie umie chodzić – odpowiedziałam spokojnie – ale żeby poczuł, że tata go kocha! Żeby poczuł na sobie męskie, mocne, ojcowskie, bezpieczne ręce”.
Poszli, ale potem wracali jeszcze wiele razy i sporo czasu upłynęło, zanim nauczyli się kochać naprawdę. Taka jest prawda, bo aby unikać wzajemnych oskarżeń i związanych z nimi kłótni, trzeba się wciąż na nowo uczyć: uczyć się, jak można kochać co dzień coraz więcej.
Autorka jest członkiem Papieskiej Rady do Spraw Rodziny oraz Papieskiej Akademii „Pro Vita”. Żona, matka czterech córek.