![]() |
| fot. CORBIS |
◗ Nie możemy podać Pani imienia, nazwiska ani opublikować zdjęcia?
Nie. Takie są zasady we wspólnocie Al-Anon: anonimowość. To bardzo ważne. Ludzie wstydzą się, gdy mają w rodzinie problem alkoholowy. Pamiętam, jak szłam pierwszy raz na spotkanie wspólnoty – trzy kroki do przodu, dwa do tyłu. Było mi ciężko. Pojechałam daleko od domu, żeby nie spotkać kogoś znajomego. To ważne, by kobiety wiedziały, że nie muszą mówić, jak się nazywają, kim są z zawodu ani gdzie mieszkają.
◗ Nawet teraz, gdy jest Pani we wspólnocie od 15 lat i przez 6 lat była w Służbie Krajowej ruchu, zachowuje Pani anonimowość?
Tak, jest to jedna z zasad, które nas obowiązują. Jak również zachowanie anonimowości osób, które w naszych rodzinach nadużywają alkoholu. Nikt z nas nie może też występować i twierdzić czegoś w imieniu całej wspólnoty, bo wszyscy jesteśmy równi. Ja mogę mówić tylko o sobie. Mamy być anonimowi, ale nie niewidzialni. Nie reklamujemy się, ale przyciągamy sposobem bycia. Sąsiadka zapytała mnie kiedyś: „Co pani robi, że pani zawsze jest taka zadowolona?”. Powiedziałam: „Pani też może taka być mimo problemów z synem”. I w takich sytuacjach mówię o Al-Anon.
◗ Nie zawsze jednak była Pani zadowolona?
Kiedyś byłam zmęczona, zdenerwowana. Krzyczałam na męża, że jest jak trzecie dziecko, przejmowałam wszystkie obowiązki domowe. Mąż pił nałogowo około 10 lat. W pewnym momencie już nie chciał pić, ale nie umiał przestać. Któregoś dnia przyszedł trzeźwy, usiadł w przedpokoju na pufie i nie miał siły wstać. Powiedział, że ma dosyć i poprosił mnie o pomoc. A ja nie wiedziałam, co zrobić. Nie słyszeliśmy wtedy nawet o AA, czyli ruchu Anonimowych Alkoholików. W gazecie znalazłam jakiś numer telefonu. Zadzwoniłam, powiedziano mi o mityngach. Spisałam adresy w pobliżu miejsca pracy męża i naszego mieszkania. Dałam mu je i powiedziałam: „Proszę, to jest moja pomoc dla ciebie”. Poszedł. Gdy wrócił, spytałam ciekawa, jak było, a on na to: „Gadają, gadają, ja ich chyba w brydża nauczę grać albo w szachy”. Ale po jakimś czasie stwierdził: „Mnie się ręce trzęsą, pić mi się chce, a tu jeden mówi, że nie pije pięć lat, drugi piętnaście, trzeci trzy miesiące, więc widocznie to gadanie działa. Ja też będę słuchać”. Został i tak to się zaczęło.
◗ Była Pani w końcu szczęśliwa?
Zawsze myślałam, że to będzie koniec kłopotów, że teraz będzie sielanka. Pewnego dnia mąż coś spokojnie robił, ale gdy się odezwał, ja wściekła walnęłam talerzem. Podszedł do mnie i powiedział: „Uspokój się, będzie dobrze”. Pomyślałam: on spokojny, w domu spokój, ja chyba wariuję. On już dwa lata pracował nad sobą w AA, a ja nadal widziałam w nim jedną wielką wadę. Było mi bardzo źle.
◗ Dlaczego?
Przyzwyczaiłam się o wszystkim decydować. Każdy problem, który dotyczył mnie, zwalałam na to, że on pije. A tu raptem przestał pić, też chciał podejmować decyzje, a mnie aż trzęsło. Poza tym niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o udział w życiu domowym, bo mąż bardzo zaangażował się w AA i biegał na mityngi. Wtedy powiedział mi o Al-Anon. Nie chciałam pójść. „Nie pójdę do jakichś głupich bab, to mnie nie dotyczy – mówiłam. – To ty jesteś chory i ty się lecz, ja jestem w porządku”. W końcu mąż przyprowadził kolegę z AA i jego żonę. Im też nie chciałam uwierzyć, gdy opowiadali o Al-Anon. Zgodziłam się natomiast na terapię.
No, w psychologa to ja uwierzyłam. Szłam do poradni odwykowej i czułam się tragiczne, bo przecież ja nie piję. Ale tam zdobyłam wiedzę o tym, co to za choroba i że ja mam prawa. O tym akurat wiedziałam wcześniej, a jednocześnie uważałam, że gdyby mąż mnie kochał, to by nie pił. Dowiadywałam się szczegółów o mechanizmach działań, ale w moim życiu nadal nic się nie zmieniło. Kobiecie, która ma niskie poczucia własnej wartości, która boi się męża alkoholika, terapia może pomóc stanąć na nogi. Natomiast w moim przypadku utwierdzała tylko w zarozumialstwie. Żądałam natychmiast pomocy w sprawach domowych (bo mi się należy) i krytykowałam, jeśli coś nie odpowiadało moim oczekiwaniom. Wiedza o chorobie alkoholowej to za mało. Całe szczęście, że terapeutka wymogła na mnie uczestnictwo w mityngach Al-Anon. To było moje miejsce. Tu nauczyłam się prosić, dziękować, krytykować czyn, a nie osobę. Nauczyłam się tolerancji, akceptacji. W Al-Anon znalazłam program duchowy, dzięki któremu mogłam zobaczyć prawdę o sobie, a także zmieniać nastawienie do innych ludzi. Mój mąż zostawił butelkę, a ja zostawiłam go w spokoju.
◗ Jakie były początki?
Trudne. Niełatwo było mi przyznać, że moja wiedza i postępowanie nie były właściwe, że wszyscy w rodzinie czuliśmy się źle. Gdy w Al-Anon zobaczyłam uśmiechnięte, zadowolone kobiety, uwierzyłam, że można żyć inaczej. Zaczęłam słuchać ich doświadczeń i uczyć się również z ich błędów. Wielką pomocą okazało się oparcie na Panu Bogu.
◗ A jeśli ktoś nie wierzy w Boga?
Przyznajemy tylko, że nie wszystko sami możemy, że musimy pewne rzeczy oddać Sile Wyższej. Nie łączymy tego z religią, do naszej wspólnoty może przyłączyć się każdy. Powstała ona w Stanach Zjednoczonych, od połowy XX wieku rozprzestrzeniła się na cały świat, wszyscy pracujemy według tego samego programu.
◗ W Al-Anon nie udziela się żadnych rad?
Nie, opowiadamy tylko o doświadczeniach, a ten, kto słucha, wybiera to, co dla niego najlepsze. Wiele kobiet przychodzi po receptę, jak sprawić, by mąż nie pił. Wyprowadzamy je z błędu – one mają zająć się sobą, a męża zostawić w spokoju. Nie użalamy się nad sobą, nie zwalamy na rodziców czy kogokolwiek. Przychodzimy, żeby pracować i zmienić siebie. Kiedyś przyszła do nas kobieta, która nie chciała uwierzyć, że również ona jest odpowiedzialna za to, co dzieje się w jej domu. Nie chciała zacząć zmian od siebie. Cały czas obwiniała męża. Tylko jemu robiła rachunek sumienia. Odeszła z Al-Anon. Dalej walczyła z mężem. W czasie bijatyki spadła ze schodów. Dziś nie żyje.
W Al-Anon uczę się, jak zadbać o siebie bez walki i jak szanować wybory drugiego człowieka. Dysponujemy tzw. Listem alkoholika. Alkoholik zwraca się w nim do swojej żony czy matki, mówiąc m.in.: nie płać za mnie rachunków. Zaleca życzliwy dystans. Gdy mąż jednej z moich koleżanek wracał pijany, zdarzało mu się, że leżał na schodach ich 10-piętrowego bloku. Ona ze wstydu z sąsiadem wciągała go do domu, kładła do łóżka. Gdy przyszła do Al-Anon, dowiedziała się, że alkoholik musi obudzić się tam, gdzie się położył, żeby zobaczył, że coś jest nie tak. To choroba zaprzeczeń, on nie wierzy, że nadużywa alkoholu. Gdy następnym razem sąsiad przyszedł z propozycją pomocy, ona odparła, że bardzo dziękuje, ale skoro mąż położył się na schodach, to widocznie taka była jego wola i trzeba to uszanować.
◗ Pojawiają się czasem pytania: rozwieść się czy nie?
Na pewno każdą rodzinę warto ratować. Jeżeli się da, ale nie za wszelką cenę. Bywa i tak, że mężowie są agresywni, że trzeba wezwać policję, bo naszym obowiązkiem jest bronić siebie i dzieci. O tym też w Al-Anon mówimy. Wiele kobiet, które się rozwiodły, nadal przychodzi na spotkania, chcą się zmieniać. Są też takie, które szybko wchodzą w nowe związki i są zaskoczone, że następny mąż jest taki sam albo jeszcze gorszy, bo one, nie zrobiwszy nic ze sobą, już takich przyciągają. Natomiast my teraz jesteśmy lepszym małżeństwem niż kiedykolwiek przedtem. Prowadziła do tego długa droga. Z domu rodzinnego wyniosłam taki wzór, że męża trzeba sobie wychować, że trzeba nim kierować. I tak nim kierowałam, że on znalazł się w AA, a ja w Al-Anon. W większości sytuacji, gdy my się zmieniamy, zmienia się reakcja otoczenia. Jedna z koleżanek żaliła się: „Co ja mam zrobić? Mieszkamy w kawalerce. Kiedy on wraca po trzech dniach picia, rzuca na środek brudne skarpetki, a gdy ja mu mówię: «Umyj nogi i wynieś te skarpetki»”, to jest awantura”. Poradziłam jej, by poszukała innej metody. Na tym to polega: jeśli to, co robiłaś do tej pory, nie skutkuje, zrób coś innego. Mówię: „Weź miskę z ciepłą woda, przynieś do pokoju i poproś, by umył nogi”. Ona się obruszyła. Ale po paru tygodniach powiedziała, że gdy go ładnie poprosiła, to był tak zaskoczony, że umył nogi i teraz za każdym razem idzie prosto do łazienki.
◗ Wobec kobiet – matek, żon alkoholików – używa się terminu „zdrowienie”. Czy są chore?
Można to określić mianem choroby. Wiele z nas jest znerwicowanych, przeciążonych pracą i obowiązkami wykonywanymi ponad siły fizyczne i psychiczne. Niezbędną pomoc otrzymujemy w Al-Anon i dlatego ważną sprawą jest to, by wiedzieli o nas profesjonaliści: lekarze, psycholodzy, prawnicy, policjanci, duchowni. Oni mogą skierować do nas osoby potrzebujące pomocy. Dlatego naszym obowiązkiem jest informowanie o naszym istnieniu. Zaczęliśmy już to robić poprzez organizowanie otwartych spotkań informacyjnych, na które może przyjść każdy zainteresowany problemami alkoholowymi.
◗ Mówicie też o Alateen – wspólnocie dla dzieci i młodzieży.
Tak, informujemy o tym, że chore drzewo nie wyda zdrowych owoców. Nasze dzieci również potrzebują pomocy. Mogą ją otrzymać właśnie we wspólnocie Alateen. Taka grupa funkcjonuje w Warszawie, przy ulicy Karolkowej 49, w niedziele, o godzinie 16. Założyła ją 16 lat temu moja córka, dziś pani psycholog, bo nasze dzieci często wybierają takie kierunki studiów, myśląc, że w ten sposób rozwiążą swoje problemy. A problemów mają dużo.
◗ Gdy patrzy Pani wstecz na swoje życie…
…dziękuję Panu Bogu, że stanął na mojej drodze taki człowiek, jak mój mąż alkoholik, dlatego że dzięki temu trafiłam do Al-Anon i staję się coraz lepszym człowiekiem. Chcę być lepsza DLA mojego męża, dla moich dzieci, przyjaciół, znajomych, a nie lepsza OD nich. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz kłóciłam się z mężem, z dziećmi, z kimkolwiek. Mnie jest teraz wszędzie dobrze.

