![]() |
| fot. ANNA OLEJ, KRZYSZTOF KOBUS – TRAVELPHOTO |
Kiedy patrzymy na mapę, ta wyspa na Oceanie Indyjskim wydaje się ogromna. Nie bez powodu zresztą nazywana jest małym kontynentem. Lecz gdy spojrzeć na mapę dokładniejszą, widać otaczające ją wysepki, z których każda tworzy fascynujący barwny świat.
Wyspa Małp
Jedna z wysepek to Nosy Komba – Wyspa Małp. Wbrew nazwie jej największą atrakcją są… lemury. Sympatyczne zwierzątka, ale bardzo łakome, bo od wieków dokarmiane. Od kiedy miejsce to odkryli turyści, lemury przestały w ogóle troszczyć się o pożywienie. Doszło do tego, że gdy przybędzie się tu po południu, żaden nie będzie miał ochoty zejść z drzewa, na którym trawi obfity posiłek. Ale gdy trafi się tutaj rano, lemury potrafią dosłownie wejść na głowę, by dostać upragnionego banana.
Ojczyzna żółwi
Tuż obok Madagaskaru jest także Nosy Iranja – Wyspa Żółwi. Z lotu ptaka faktycznie przypomina żółwia, choć w rzeczywistości są to dwie wysepki połączone dwumetrowym pasem piaszczystej plaży. W czasie odpływu można po niej przejść z jednej wyspy na drugą, lecz w czasie przypływu piaszczysta ścieżka na kilka godzin znika pod naporem szmaragdowych wód. W tej rajskiej scenerii co roku odbywa się wielka wędrówka samic żółwi, które wychodzą na brzeg, by złożyć tutaj jaja. Po 40 dniach wyklują się małe. Niestety, nieporadne maluchy są łatwą zdobyczą dla ptaków i krabów. Tylko nieliczne docierają do wody, dlatego zaledwie jeden na kilkaset żółwi pochodzących z Nosy Iranja przeżyje, by wrócić tu po latach i dać życie kolejnym pokoleniom.
Wśród rybek i kameleonów
Maleńki punkt na północnym krańcu mapy to Nosy Vorona – czyli skalista wysepka, na której mieszka latarnik z rodziną. Wszelkie skojarzenia z Sienkiewiczowskim latarnikiem są uzasadnione, lecz w przeciwieństwie do literackiego bohatera ten na samotność nie narzeka. Codziennie kilka motorówek przywozi tu turystów spragnionych ciszy oraz podwodnych wrażeń. Tutejsze wspaniałe rafy koralowe otaczające wyspy to prawdziwy raj dla płetwonurków. Aby podwodny świat był jeszcze ciekawszy, zatopiono tu także… samochód. Nurkowanie we wraku, po którym buszują stada rybek, a między siedzeniami przemykają mureny, dostarcza niezapomnianych wrażeń.
Największą atrakcją tej czwartej co do wielkości wyspy jest jej przyrodnicza odrębność. Poza lemurami żyje tu aż 60 gatunków kameleonów! Mimo groźnego wyglądu miniaturowego smoka, są one zupełnie bezbronne. Doskonały kamuflaż to jedyna metoda na przetrwanie. Kameleon porusza się powoli i chwiejnie – niczym liść na wietrze – we wspinaczce po gałęziach pomagając sobie ogonem niczym piątą łapą. Teleskopowymi oczami patrzy w dwóch różnych kierunkach równocześnie, bez obracania głowy, obserwując, co dzieje się w promieniu 180 stopni. Natomiast mitem jest przypisywana tym zwierzętom umiejętność zmiany barwy skóry w zależności od otoczenia. Zielony kameleon doskonale maskuje się między liśćmi drzewa, lecz postawiony na brązowym piasku pozostaje wciąż zielony! Zmiana intensywności koloru zarezerwowana jest jedynie dla wyrażania emocji: złości, strachu lub… zakochania.
![]() |
| Wydrążenie takiej prostej łódki-pirogi w pniu drzewa zajmuje 3 tygodnie. fot. ANNA OLEJ, KRZYSZTOF KOBUS – TRAVELPHOTO |
Małpie drzewa chlebowe
Skoro o miłości mowa, to chyba tylko na Madagaskarze można zobaczyć zakochane baobaby. Splecione w uścisku tysiącletnie drzewa naprawdę przypominają przytulonych małżonków! By je zobaczyć, trzeba udać się w okolice alei Baobabów koło Morondawy. To przedziwne miejsce. Do dziś nie wiadomo, jak powstało, bo jedyną zasługą człowieka jest poprowadzenie drogi między gigantycznymi drzewami. Gdy trafi się tutaj na wschód słońca, można odnieść wrażenie, iż ogląda się spektakl stworzenia świata i że zaraz zza drzewa wyłoni się dinozaur. Na tle czerwonego nieba coraz wyraźniej rysują się kontury drzew, o których Malgasze mówią, iż rosną „korzeniami do nieba”. Baobaby rzeczywiście wyglądają tak, jakby je posadzono do góry nogami. Co ciekawe, swoją długowieczność (niektóre pamiętają czasy narodzin Chrystusa!) zawdzięczają… swej bezużyteczności – w środku są gąbczaste i dlatego nie nadają się ani na opał, ani do budowy domów, ani do drążenia w nich łodzi. Natomiast zarówno liście, jak i nasiona są jadalne (dlatego baobab nazywany jest małpim drzewem chlebowym).
Święta woda nomadów
Kontakty między wyspami zapewniają pirogi i stateczki sterowane przez morskich nomadów Vezo. To plemię, które czuje się prawdziwie wolne, mieszkając jak najbliżej morza. To świat, od którego zależą, dlatego z szacunkiem wymawiają jego nazwę: rano Masina, czyli święta woda. To woda, która żywi, dając ryby, kraby, zwierzęta pozostałe po odpływie. To woda, która nie dzieli, a łączy ze światem. Nomadzi bez kompasu i map od wieków odnajdują właściwe drogi. Osiedlają się na wysepkach niekiedy niewiele większych od boiska piłkarskiego. Nie ma tam ani pitnej wody, ani dających cień drzew, a mimo to przez kilka miesięcy w domkach skleconych z patyków i płótna mieszkają ludzie.
Teren domu wyznacza murek ułożony z wyrzuconych przez morze, zbielałych w słońcu koralowców. Kilkanaście takich chat tworzy całą osadę, której największym bogactwem są… pojemniki na wodę. Plastikowe kanistry i metalowe beczki co kilka dni są wożone łodziami na ląd, przy okazji kobiety sprzedają na targu to, co udało się złowić ich mężom. Wracają z zakupami – kukurydzą, mąką, czasem kolorowym materiałem na ubranie. Wieczorem, pod osłoną purpurowego nieba najstarsi opowiadają dzieciom angano – przypowieści, które uczą, jak żyć, zawierają kodeks moralny, są busolą postępowania. Nomadzi Vezo wciąż żyją z dala od cywilizacji, lecz czy długo jeszcze uda im się pozostać wiernym swojej tradycji?



