![]() |
| Żuki, pierwsza polska grupa trybutowa. fot. Agencja Gazeta |
Pierwsze grupy trybutowe pojawiły się w latach osiemdziesiątych. Najwięcej było imitatorów nieistniejących już Beatlesów – wszak po tragicznej śmierci Johna Lennona szansa na obejrzenie ich razem na scenie minęła bezpowrotnie. Moda na naśladowanie oryginalnych wykonawców przybrała na sile w latach dziewięćdziesiątych. Wiele gwiazd popu i rocka zakończyło działalność, pozostawiając lukę, którą postanowili zapełnić ich młodsi koledzy, wcielając się w swoich idoli – nie tylko pod względem muzycznym, ale i wyglądu i zachowania na scenie.
Ze słuchu
W Polsce prekursorem tego zjawiska był zespół Żuki z Bydgoszczy. „Spotkaliśmy się w 1981 roku w miejscowym Technikum Elektrycznym – wspomina wokalista formacji Piotr Andrzejewski. – Wszyscy kochaliśmy The Beatles. Mimo że nie mieliśmy dostępu do ich płyt, poznaliśmy całą dyskografię z audycji Polskiego Radia”. Na początku Żukom nie było łatwo – uczyli się grać piosenki liverpoolskiej czwórki ze słuchu, zaczynając od najprostszych nagrań z wczesnego okresu jej działalności. Dopiero po dwóch latach prób odważyli się wystąpić przed większym audytorium. Działając prawie trzy dekady, Żuki przetarły szlak dla kolejnych rodzimych tribute bandów, które dziś mnożą się jak przysłowiowe grzyby po deszczu.
Z miłości
Założycielami wielu grup trybutowych są zagorzali fani znanych zespołów, nie zważający na komercyjny aspekt działalności. To wyłącznie fascynacja swymi idolami decyduje, że wcielają się w ich role.
„Kiedy obejrzałem na DVD koncert amerykańskiej grupy Toto, zakochałem się w ich muzyce – wyjaśnia rozentuzjazmowany Karol Skórski, gitarzysta formacji Rockmaker. – To idealny zespół: mają świetne kompozycje, bogate aranże, prezentują ogromną energię na scenie”. Skórski założył Rockmaker wraz z kolegami z katowickiej Akademii Muzycznej – tylko tam mógł znaleźć instrumentalistów potrafiących poradzić sobie z wyrafinowanymi kompozycjami Toto.
Z zapotrzebowania rynku
Czasem jednak o założeniu grupy trybutowej decyduje po prostu zapotrzebowanie rynku – i taka decyzja ma typowo komercyjny charakter. Tak było z tribute bandem Queen, o czym mówi wprost Bernard Burda, menedżer zespołu Lord – Sound Of Queen ze Szczecina: „Zorganizowałem casting. Zgłosiło się wiele osób, ale niełatwo było znaleźć kogoś, kto miałby odpowiednie umiejętności”. W końcu trafił na Piotra Andrzejczaka, wielkiego fana grupy Queen.
Beatlesi jak żywi
Koncerty tribute bandów są zazwyczaj bardzo widowiskowe. Członkowie zespołów starają się upodobnić do swoich idoli dosłownie pod każdym względem: wyglądu, strojów, zachowania. „Mamy beatlesowskie mundurki szyte na miarę – podkreśla Andrzej Górecki, czyli John Lennon z zespołu The Liverpool. – Do tego fantazyjne buty i peruki imitujące charakterystyczne fryzury z lat sześćdziesiątych. To stanowi duży magnes dla publiczności. Kiedy wchodzimy na estradę, wybucha śmiech, ale kiedy kończymy grać, nie chcą nas puścić ze sceny”.
Niekiedy tribute bandy decydują się na własną twórczość – tak było w przypadku warszawskiego zespołu Dumbs, który specjalizuje się w odgrywaniu piosenek amerykańskiej punkrockowej formacji Ramones. Debiutancka płyta Dumbs, zatytułowana Worst Nightmares, choć zawierała autorski materiał, była jednak i tak bliska brzmieniu muzyki ich idoli – zresztą zespół zrobił to najzupełniej świadomie.
W Polsce moda na tribute bandy zaczęła się na dobre na początku tego stulecia. W ostatnim czasie odwiedziły nasz kraj dwa zespoły specjalizujące się w odgrywaniu materiału z klasycznych płyt największych gwiazd rocka – Pink Floyd i Genesis. Oba występy, zorganizowane w katowickim „Spodku”, przyciągnęły tłumy fanów. W styczniu 2009 roku do Katowic zawita słynny tribute band grupy ABBA.

