◗ Co to są uczucia i do czego są nam potrzebne?
Są to pewne stany psychiczne, nasze wewnętrzne informatory. Bardzo naturalne, często związane z odruchowymi reakcjami fizycznymi. Są też związane z naszymi potrzebami. To takie bity informacji, mówiące o tym, co aktualnie się w nas dzieje, i o tym, jakie są zagrożenia. Na przykład strach potrafi być bardzo mocnym informatorem o zagrożeniu, a zdrowy wstyd – o przekroczeniu granicy moralnej dobra i zła. Odróżniamy emocje, które są bardziej pierwotne, czyli właśnie strach, fascynację, gniew, od tych, które zawierają dużą dozę myślenia, wyobraźni. Niezwykle ważne jest widzenie ich najpierw w sobie, a następnie wyrażanie drugiemu człowiekowi tego fragmentu prawdy o sobie oraz o sytuacji między nami. W małżeństwie, w rodzinie jest to podstawą szczerego dialogu.
◗ Czyli uczucia wiele mówią o nas samych?
Emocje i uczucia są moją własnością. One mówią dużo więcej o mnie niż o osobie, z powodu której je przeżywam. Jeśli odczuwam wobec kogoś fascynację, podziw czy złość, mówi to coś o mnie, nie o tej osobie, bo ja jestem właścicielem moich uczuć. Muszę brać odpowiedzialność za to, co się ze mną dzieje i pracować nad opanowaniem. Jeśli chcę, by drugi człowiek naprawdę mnie poznał i zaczął uczciwie wchodzić w relację ze mną, to mówiąc o swoich stanach emocjonalnych, przyznaję się do tego, co jest we mnie w danym momencie.
◗ Nawet jeśli to uczucie negatywne?
Nie dzielimy uczuć na pozytywne i negatywne, bo nie podlegają one ocenie moralnej. Przychodzą bez naszej woli. Odpowiadamy tylko za to, co zrobimy z tymi uczuciami. Dlatego można powiedzieć, że są uczucia miłe i niemiłe w przeżywaniu oraz służące dobru lub nie. Takie, które zbliżają ludzi bądź oddalają, na przykład w małżeństwie. Każde emocje uczciwie nazywane dają szansę, że będą zbliżać, jeśli dwoje ludzi ma dobrą wolę oraz przyjmuje, że druga osoba posiada swój wewnętrzny świat. Ważna jest zgoda na tę nie-identyczność dwóch osób. Wyraża się ona w dużej mierze właśnie poprzez uczuciowość. Na przykład jedno dziecko w rodzinie jest bardziej ekspresyjne emocjonalnie, a drugie skryte, jedno lękliwe, inne bardzo wrażliwe. Różnice między ludźmi to są również różnice związane z przeżywaniem.
◗ Często właśnie dziwimy się, że dzieci tych samych rodziców tak bardzo się różnią.
Błędem jest, gdy na przykład do przestraszonego dziecka mówimy: „No, czego tu się bać!” – zaprzeczając temu, co czuje. I dodajemy: „Zobacz, Jasio się nie boi, Zosia się nie boi, a ty się boisz”. Często, niestety, podchodzimy do innych z przekonaniem, że wszyscy mamy tak samo widzieć, czuć, oceniać sytuację. Bardzo ważny jest szacunek do tych różnic, związanych z temperamentem, przeżywaniem i wyrażaniem uczuć. Każdy z nas ma zupełnie inne formy wyrażania, ale bogactwo przeżywania mamy wszyscy tak samo duże.
◗ Jak zatem postępować z dziećmi?
Różnice możemy szanować, gdy jesteśmy ich świadomi. Dziecko uczy się siebie, kiedy ma pozwolenie, żeby mówić na przykład: „Jestem zły”, „Boję się” lub „Wstydzę się” albo „Jest mi smutno”, kiedy uczy się, że w ogóle można o tym mówić, bo słyszy, że rodzice też tak mówią. Dzieci uczą się szacunku dla drugiego człowieka nie z powinności, tylko wtedy, gdy rzeczywiście widzą, że drugi człowiek nie jest krytykowany za to, że coś przeżywa. Granicą jest szacunek dla siebie i drugiej osoby. Dotyczy to głównie złości. Nie można odreagowywać w sposób, który jest przerzucaniem winy na drugiego człowieka, a nie nazywaniem złości.
◗ Jak to właściwie wyważyć?
Z uczuciami można robić trzy rzeczy. Najpierw nauczyć się przyjmowania odpowiedzialności za własne rozedrgania, że są moje, że taki jestem. Kiedy już je w sobie poznamy, zaczniemy je nazywać. Potem akceptujemy, że odczuwamy wszystkie uczucia, że nie jest tak, że „Ja się nigdy nie złoszczę” czy „Nigdy nie czuję się bezradny”. Wtedy można postępować na trzy sposoby. Można te uczucia tłumić i udawać osobę zawsze grzeczną, miłą i pokorną. Druga skrajność – można nad tymi uczuciami w ogóle nie panować, a gdy przychodzą, to je wyładowywać. Czyli tak jak dwulatek. Trzecia droga, optymalna, jest taka, że te uczucia przeżywam w środku, natomiast filtruję je: jak, kiedy i do kogo je wyrazić. Trzeba uczyć się nazywania i rozmawiania o uczuciach, gdy jest na to miejsce i czas. Gdy dotyczy to małżeństwa, to rzeczywiście siadamy i rozmawiamy. To, co ważnego ukryjemy, będzie się kumulowało, przechodziło w powstawanie ocen, osądów. Na przykład będzie się kumulowała złość i w końcu wybuchnie albo będzie się rodziła i narastała niechęć. Dlatego ważne jest, by umieć o tym mówić, na przykład: „Czuję się lekceważona i jest to dla mnie ważne, byś się nie spóźniał”.
◗ Czyli raczej nie pozwalać sobie na szczere okazanie zdenerwowania czy zniecierpliwienia, tylko wyrazić ten stan słowami?
I tak, i nie. Ważna jest spójność. Jeśli rozpiera mnie duża złość, bo ktoś się tak spóźnił, że uciekł nam pociąg, i jestem tak wściekła, że bym go rozszarpała, to biorę odpowiedzialność za swój stan. W tej sytuacji, aby nie wyżyć się na drugiej osobie, mogę powiedzieć,: „Idę na dziesięciominutowy spacer, muszę się uspokoić”. Element emocji ma być zawarty w słowach, na pewno nie może to być wybuch.
◗ Dlaczego wybuch emocji nie jest w tym wypadku dobry?
Dlatego, że rani. Padają słowa, które trudno wymazać. Czasem są też gesty, rzucanie czymś czy trzaśnięcie drzwiami. Wtedy często nie pamięta się o dobru, którego się doświadczyło, o więzi, która nas łączy. Poza tym, jeśli to są moje emocje, to dlaczego mam nimi obarczać drugą osobę? Przecież drugi człowiek nie odpowiada za moje czułe punkty. Może nawet ich nie znać. Inna sprawa, jeśli je zna. Dlatego dialog małżeński jest tak ważny, żeby mówić, gdzie się ma te swoje czułe punkty.
◗ Jesteśmy otwarci, odsłaniamy się i tak się jakoś składa, że często w rodzinach najbardziej się ranimy…
I to jest cała tajemnica miłości, że bliskość zawsze będzie wiązać się z ryzykiem bólu. Otwieram się przed kimś, po raz kolejny mu ufam, a wychodzą nasze ludzkie słabości. Jeśli obie strony nie wyjaśnią sobie własnych intencji, pragnień, potrzeb, jeśli nie uwierzą, że drugi człowiek ma dobrą wolę, to są w stanie bardzo się pokaleczyć. Inaczej jest, kiedy się powie o uczuciach: „Wiesz, smutno mi, że nie możesz być teraz ze mną”. Efektem takiego dialogu jest kompletnie inna sytuacja emocjonalna. Jeśli się rzuca argumentami, to zaczyna się walka o racje, zaczynają się pretensje. Natomiast jeśli biorę na siebie swoje uczucia i mówię o nich, to druga osoba nie musi mi ich zaspokoić, ona tylko powie też o sobie. Uczucie za uczucie. Oczywiście do tego potrzeba dwóch dojrzałych osobowości.
◗ To sztuka tak się dobrać…
Nie zawsze. Myślę, że trzeba nad tym pracować. Sam ślub jest początkiem drogi, a nie końcem pracy nad sobą. Ważne jest, czy dwie osoby są gotowe ze sobą rozmawiać i trochę się zmieniać.
◗ Czy sposobem okazywania sobie uczuć powinna być rozmowa?
Również gesty. Okazujemy miłość, przyjaźń, przywiązanie słowem, ale i przytuleniem czy prezentami. To nie jest kwestia nazywania i wyrażania uczuć. Chciałabym odróżnić te dwie sprawy. Jeśli chodzi o okazywanie uczuć, to jest oczywiste, że ono MUSI być. I rodziców wobec dzieci, i dorosłych wobec dorosłych, i dzieci wobec rodziców.
◗ Jednak dopytam, dlaczego to takie ważne?
Dlatego, że każdy człowiek potrzebuje dowodów, że jest dla kogoś ważny. Czy jesteśmy mali, czy duzi, gesty i słowa związane z miłością są po prostu konieczne.
◗ A co dzieje się, gdy ich zabraknie?
Człowiek karłowacieje. To jest tak, jakby fragment rośliny był cały czas w cieniu. Człowiek przestaje ufać swoim uczuciom, wyrażaniu uczuć i w ogóle miłości. Pojawiają się trudności z emocjonalnością, z poczuciem własnej wartości. Nie można żyć samym intelektem i wolą.
◗ By dzieci otwierały się emocjonalnie, a rodzice nie karłowacieli, mimo licznych zranień, muszą wciąż próbować okazywać sobie, że się kochają?
Tak, uczyć się nazywania i wyrażania uczuć po to, żeby budować relacje.
◗ Czyli starać się okazywać miłe uczucia, nawet gdy odczuwamy przykre emocje ze strony innych?
Potrzebna jest prawdziwość. Okazywanie miłych uczuć, gdy ktoś nas rani, byłoby budowaniem nieprawdy. Utwierdzałoby to osoby, które ranią, w przekonaniu, że robią dobrze. Jest to błędne rozumienie przykazania miłości. Mamy kochać, ale nie zawsze musimy lubić. Mamy pracować nad tym, by szanować ludzi, by nie pielęgnować w sobie nienawiści, by dbać też o siebie, chronić siebie i zachować pewne minimum życzliwości tam, gdzie jest już naprawdę ciężko. Mamy uczyć się wybaczać, ale to nie znaczy, że nie stawiać sprawy jasno. Jeśli czuję się poniżona czy lekceważona, ważne, żeby nie nazywać tego swoim krzyżem, nie dodawać ideologii powinnościowych. Bo to jest zafałszowanie miłości. Miłość musi budować się na całej prawdzie o człowieku, więc również o jego emocjonalności.