Znajduje czas na rozmowę dopiero późnym wieczorem, po pracy. W ciągu dnia jest zawsze zabiegana, jedynie chwilę zdrzemnie się po obiedzie na wyraźną prośbę najmłodszej córki. Potem trzeba biec do gości, podlać kwiaty w ogrodzie i posprzątać przed następnym dniem.
![]() |
| Pani Katarzyna fot. I. Górnicka-Zdziech |
Mleko na czesne
Jestem rdzenną rabczanką. Urodziłam się w 1943 roku. Moi rodzice byli rolnikami. Żyli pod znakiem ciężkiej, uczciwej pracy. Mieliśmy gospodarstwo, w którym hodowaliśmy bydło. Dochody przynosiła nam sprzedaż mleka. Życie było twarde. Wychowywałam się jako jedynaczka, co wcale nie znaczy, że miałam lżej. Spoczywało na mnie wiele obowiązków, ale zawsze lubiłam pracę na roli. Zasadniczą szkołę średnią o profilu gastronomicznym ukończyłam w roku 1960 w Nowym Sączu, u sióstr niepokalanek. Utrzymuję z nimi do dzisiaj bardzo dobre stosunki.
To niezwykła szkoła, jak na tamte czasy elitarna, która utrzymała się mimo likwidacji innych szkół zakonnych dzięki temu, że w czasie okupacji siostry dawały schronienie dzieciom żydowskim. Była droga, więc moi rodzice pili tylko czarną kawę, a całe mleko sprzedawali, by mieć czym zapłacić czesne. Szkoła bardzo wiele mi dała. Nie tylko przygotowała do zawodu, ale też nauczyła kultury bycia.
Chciałam uczyć się dalej, złożyłam papiery do technikum w Katowicach, aby mieć przynajmniej maturę, ale rodzice zdecydowali, że wrócę do domu. Tata uważał, że jeżeli się wyszkolę, na gospodarce robić nie będę. Podcięło mi to skrzydła. Byłam żądna wiedzy, ale posłuchałam rodziców i zrezygnowałam z nauki. Od tej pory dużo czytałam. Mam bogatą bibliotekę. Po powrocie znowu pomagałam rodzicom. Ojciec był bardzo rygorystyczny. Nie musiałam pracować tylko w oborze, ale w polu robiłam wszystko.
Z ogrodnictwa do turystyki
Za mąż wyszłam młodo. Na początku byliśmy z mężem nastawieni na ogrodnictwo. Męczyłam się, bo nie lubiłam ani nie rozumiałam tej pracy. Posadziliśmy śliwy i 1800 krzewów czarnej porzeczki, które w jednym roku obrodziły ponad 3 tonami owoców! Zatrudniliśmy 30 osób, które musiałam wyżywić. Sami też zbieraliśmy i obieraliśmy porzeczki. Z czasem zdecydowaliśmy postawić dom i się usamodzielnić. W latach siedemdziesiątych mąż wyjechał na kilka lat do Stanów, żeby zarobić. Dzięki temu stanęliśmy na nogi.
Budową domu zajęłam się sama, nadzorując robotników, gotując im i opiekując się czworgiem dziećmi. Było mi ciężko, ale dałam radę, bo miałam cel. Budowaliśmy dom na parceli rolnej, więc najpierw powstała cieplarnia. W nowym domu zamieszkaliśmy w 1983 roku. Miałam wtedy 40 lat, a rok później zajęłam się na poważnie turystyką. Gdy byłam jeszcze panienką, wynajmowaliśmy w domu moich rodziców pokoje dla dwóch rodzin, przeważnie warszawskich. Gotowałam wtedy obiady. Przychodzili na nie też ludzie z okolicy. Tak wyglądał początek mojej agroturystyki. Interesowała mnie ona, odkąd pamiętam, a to, co się lubi, robi się dobrze. Zajmuję się tym już nieprzerwanie przez 24 lata. Nie jest mi ciężko. Gotuję sercem, a zadowolenie na twarzach gości dodaje mi chęci.
Upór i praca
Mąż zmarł, kiedy miałam 50 lat. Pewnego dnia dostał wylewu. Nie byłam na to przygotowana. Po jego śmierci myślałam, że wpadnę w otchłań, ale zawzięłam się. Nie poddałam się rozpaczy. Miałam dwoje dzieci ożenionych, a dwoje jeszcze w domu i dużo pracy. Przestałam rozpaczać i wzięłam się z życiem za bary. Pogodziłam się z Wolą Bożą, poprosiłam tylko o pomoc. I Pan Bóg mnie nie opuścił. Po porannym Różańcu wciąż czuję, jakby mnie kto za rękę prowadził. Nie wolno się poddawać losowi. Przetrwać można tylko uporem i pracą, przyjmując życie takie jakie jest. Wzięłam na siebie podwójne obowiązki, choć z pomocą dzieci, które na wszystkim się znały, co procentowało. Na co dzień pracowałam z synem. Z czasem na tyle wciągnął się w turystykę, że postanowiłam zostawić mu dom z 35 miejscami dla gości, a sama po 19 latach przeniosłam się z powrotem do gospodarstwa rodziców.
Nigdy tej decyzji nie żałowałam. Syn dalej prowadzi tam razem z synową pensjonat „Hanusia”, 400-metrową cieplarnię przerobił na kryty plac zabaw, jedyny taki w Małopolsce. Ja postanowiłam zacząć własną działalność. Jestem zdrowa, silna, pełna energii i chęci do pracy. Znam temat, lubię i umiem to robić. Nie pracuję za karę. Mając lat 57, na własne życzenie zaczynałam od nowego, swojego miejsca.
![]() |
| Na ogrodowym grillu najlepsze kiełbaski serwuje sama gospodyni. fot. I. Górnicka-Zdziech |
Cichy zakątek
W 2000 roku z pomocą syna i zięcia rozpoczęłam adaptację istniejących budynków gospodarczych na gospodarstwo agroturystyczne, które otworzyłam rok później. Koszt był wysoki, syn wziął kredyt, pożyczyliśmy pieniądze od przyjaciół. Nastąpiło ciężkie 6 lat spłat, podczas których prowadziłam już działalność. Powstało pięć pokoi dla 17 osób. Domek jest usytuowany bezpiecznie, na uboczu, obok lasku brzozowego. Prawdziwy „Cichy Zakątek”! Dbam o to, by wszędzie wokół rosły kwiaty. Sama przygotowałam wystrój domu, szyłam firanki, meblowałam. Prowadzę działalność sezonową, latem od maja do końca sierpnia i dwa miesiące zimą.
Napracowałam się już w życiu, teraz potrzebuję tylko zarobić na ten dom i przeżyć miesiące, kiedy nie pracuję. W sezonie jest u mnie pełno. Jeśli ktoś raz przyjedzie, to wraca. Staram się, by goście byli zadowoleni. Sprawia mi to ogromną satysfakcję. Odpowiadam za to, jak mieszkają i co jedzą, a na pogodę wpływu nie mam. W tej sprawie pretensje mogą mieć do Pana Boga.
W moim gospodarstwie czuję się jak ryba w wodzie. Energię do pracy czerpię z góry. Czuję niesamowitą więź z Panem Bogiem, jego obecność w ciągu dnia. Za wszystko Mu dziękuję. Czuję dużą pomoc od moich zmarłych rodziców, którzy bardzo mnie kochali. Nigdy się na mnie nie zawiedli, ja na nich też nie. Z problemami zwracam się do męża. Mówię mu przy pacierzu: „Staszek, zostawiłeś mnie samą, to teraz pomóż”. Rano wstaję i już wiem, jak sobie poradzić. Życie upływa mi pod znakiem pracy, ale umiem się wyłączyć. W czasie wolnym jeżdżę na pielgrzymki i wycieczki do sanktuariów. Co roku korzystam z sanatorium. Tam regeneruję siły. Dbam o zdrowie.
Póki sił wystarczy
W dzieciach mam serce i oparcie. Martwią się o mnie. Podczas budowy domu dwoje starszych pomagało mi w pracach przy porządkowaniu terenu, układaniu cegieł. Od wczesnego dzieciństwa wciągałam całą czwórkę do pracy na miarę ich sił. Suszyli, grabili siano, zwozili je na furze. Zajmowali się zwierzętami. Brali udział we wszystkim. Dzięki temu mam dziś dzieci odpowiedzialne i rzetelne. Mogę na nie liczyć, a one na mnie. Wspieramy się nawzajem. Z próżniaka nic nie będzie. Zawsze uważałam, że najlepiej wychować dziecko przez pracę, ale kiedy pracować, to pracować, a kiedy się bawić, to się bawić.
Czasem nawet goście pomagali nam przy żniwach, żeby potem balować. Wynosiło się stoły z jadalni i tańczyło. Dzieci też utknęły w turystyce, pomagając mi w niej od maleńkości. Oprócz syna pensjonat ma też najstarsza córka. Zajęła majątek rodowy w centrum Rabki. Dom pięknie odrestaurowała. Często, kiedy goście dzwonią do mnie jesienią lub na wiosnę, posyłam ich do syna lub córki. Oni mają po kilkoro dzieci i większe potrzeby niż ja. Średnia córka przeniosła się do Poznania. Ma stadninę koni pod miastem. Z czasem obejmie po mnie gospodarstwo, świetna z niej gospocha, jedynie gotować nie lubi. Najmłodsza, która swoją pierwszą pracę dostała na uniwersytecie w Cambridge, teraz zajmuje się dzieckiem i mieszka z rodziną w Anglii. Cała czwórka mnie odwiedza i pomaga mi.
Nie wyobrażam sobie, abym spoczęła na laurach. Na jesieni już myślę o tym, żeby pościel przeprać, odkurzyć pokoje, dokładnie przejrzeć materace. Co roku wprowadzam zmiany. Niedawno kupiłam zjeżdżalnię i basenik do ogrodu, wystawiłam stół ping-pongowy niedaleko domu. Nie można w miejscu stać. Trzeba stale iść do przodu, rozwijać się, inwestować. Pracować będę, póki sił wystarczy.


