![]() |
|
Adam i
Maria Rusinowie |
Marysia urodziła się rok temu, tuż przed 26 maja. Pani Maria miała wtedy 49, a pan Adam 50 lat. Nieznajomi mówią, że to ich wnuczka. Rzeczywiście, mają ochotę rozpieszczać ją niczym niefrasobliwi dziadkowie, a ich podejście do wychowania jest teraz bardziej świadome.
Sukces życia
Czy planowali tę ciążę? Zaprzeczają. Owszem, kilka lat temu rozmawiali nawet o tym, że kolejne dziecko zapełniłoby pustkę po tych wychodzących już z domu. Ale żeby z pełną świadomością decydować się na poczęcie w tym wieku? Nie mieli odwagi.
Gdy test ciążowy wyszedł pozytywnie, byli zaskoczeni, ale cieszyli się. Podobnie wiadomość o kolejnym dziecku przyjęli najbliżsi. Na szczęście nikt nie miał pretensji, nie robił wyrzutów.
„Każde poczęte dziecko przyjmowaliśmy jako cud od Pana Boga – mówi pani Maria. – Zabicie poczętego «nie w porę» dziecka nigdy nie wchodziło w grę. A z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że to dzieci są naszym największym sukcesem i radością. Nie pieniądze, powodzenie, ale to, jak one dorastają, uczą się, zaliczają kolejne egzaminy, rozwijają swoje pasje”.
Medyczna paranoja
Państwo Rusinowie bali się jednego: czy dziecko będzie zdrowe. Zwłaszcza że lekarze często wspominali o zagrożeniu chorobami, występującymi częściej u potomstwa starszych rodziców, i nie chcieli prowadzić ciąży bez badań prenatalnych.
„Dopiero kolejny z lekarzy uświadomił mi, że największym zagrożeniem dla płodu jest amniopunkcja (służy do potwierdzenia prawidłowej liczby chromosomów, diagnozowania chorób genetycznych), którą tak wszyscy zalecali. Medycy wręcz rozpaczali, że istnieje 0,24% ryzyka, że nasze dziecko będzie miało zespół Downa, ale nikt nie przejmował się, że aż 2-4% ciąż obumiera przez amniopunkcję – którą chciano mi wykonać jedynie po to, by zaspokoić ciekawość!”.
Pani Maria zgodziła się na badania najbezpieczniejsze, czyli nieinwazyjne, dzięki którym można by zacząć leczenie płodu już w jej łonie lub tuż po porodzie.
„Tę ciążę przechodziłam najspokojniej ze wszystkich – wspomina. – Wierzyłam, że nawet jeśli dziecko będzie chore, damy sobie radę. W pamięci miałam czas, kiedy chodziłam w ciąży z Szymonem. Przebyta różyczka i wybuch w Czarnobylu sprawiły, że lekarze kwalifikowali ją do usunięcia. Niepotrzebnie wtedy płakałam. Dziś Szymon jest zdrowym studentem IV roku medycyny weterynaryjnej, rajdowcem, zdobywcą m.in. 3. miejsca w Akademickich Mistrzostwach Drużynowych Polski we Wspinaczce Sportowej”.
Ożywiony dom
Marysia po urodzeniu otrzymała 10 punktów w skali Apgar. Jest zupełnie zdrowym, dobrze rozwijającym się dzieckiem. A tato wręcz oszalał z radości na jej punkcie. „Już wiemy, że gdy będzie miała trzy lata, Szymon będzie ją uczył wspinać się po skałkach, a Kuba posadzi za kierownicą samochodu – żartują rodzice. – Owszem, mała daje w kość. Jak każde małe dziecko, przemeblowała nam życie”. Na przykład przez kilka miesięcy pani Maria musiała wstawać do niej w nocy po kilkanaście razy. Mimo to czuje teraz komfort bycia matką: może zaplanować sobie pracę, jest bardziej cierpliwa i ma dużo większą jasność niż przy poprzednich dzieciach, na co może dziewczynce pozwolić, a przed czym ją strzec. Starsze dzieci też są szczęśliwe, bo mama ma dla nich mniej czasu, a co za tym idzie, nie kontroluje i nie wymyśla im zajęć. „Bardzo cieszy nas to, że chłopcy codziennie rano i zaraz po powrocie do domu ze szkół zaglądają do naszego pokoju, żeby sprawdzić, co się dzieje z Marysią” – mówi.
A jeden z synów, Piotrek, zauważa: „Dzięki Marysi znów, tak jak kilka lat temu, dom tętni życiem, a my więcej czasu spędzamy razem. Bawimy się z nią, opiekujemy się. A gdy za bardzo rozrabia, zawsze możemy ją oddać rodzicom”.
Kwestia Pana Boga
„Na pewno ludzie coraz częściej będą nas nazywać dziadkami Marysi – mówią państwo Rusinowie. – Nie boli nas to ani się nie wstydzimy. Do niedawna martwiliśmy się natomiast, że mała może zostać sierotą w młodym wieku. Ale przyjęliśmy Marysię od Pana Boga, żeby ją wychować – dodają. – I to kwestia Boga, czy będziemy ją wychowywali do setki, czy też zajmą się nią nasze starsze dzieci”.



