|
|
| Motława - kanał łączący Starówkę ze stocznią i morzem. fot. Sławomir Dynek/CogitoMedia |
Okna naszego pokoju hotelowego wychodzą wprost na Motławę, kanał łączący Starówkę ze stocznią i morzem. Widok urzekający. W ciągu dnia na Motławie nie ustaje ruch. Statki wycieczkowe, motorówki, kajaki, skutery – to miejsce po prostu żyje. Naprzeciwko, po drugiej stronie kanału, znajduje się marina, a w niej żaglówki i jachty. Na lewo od nas na stałe zakotwiczony statek-muzeum „Sołdek”. Taka panorama zachęca, by wyjść i spróbować tego tortu, jakim jest Gdańsk.
Blaszany wycieczkowiec
Przystań Gdańskiej Żeglugi Śródlądowej znajduje się tuż przy Zielonej Bramie, na końcu Długiego Targu. To doskonałe miejsce, by rozpocząć zwiedzanie Gdańska. Można pójść piechotą Długim Targiem lub popłynąć wycieczkowcem. Każdy wybór będzie dobry. My zaczynamy od rejsu. Rejs – nazwa huczna jak na dwie godziny przygody z wodą. Ale popatrzeć na słynny Żuraw z pokładu statku naprawdę warto. Bilety to koszt od 20 do 60 zł, w zależności od trasy. Dla, załóżmy, czteroosobowej rodziny, to spory wydatek. Na szczęście są różne zniżki, np. dzieci do lat 4 płyną za darmo.
Wsiadamy na nasz blaszany wycieczkowiec. Luksusów tu nie ma. Ławki do wygodnych nie należą, pod pokład nie zaglądamy – szkoda czasu, lepiej oglądać Gdańsk z pokładu. A poza tym warto pilnować upatrzonych miejsc. Co prawda wszystko wskazuje na to, że jesteśmy jednymi z niewielu pasażerów, ale dmuchanie na zimne się opłaca. Po chwili do trapu podbiega zdyszana pani opiekunka, a za nią sznur rozkrzyczanych dzieci. Cicho i romantycznie raczej nie będzie – ale wesoło na pewno. Dobrze, że zajęliśmy miejsca. Tuż przy relingu i kole ratunkowym. Mamy dobry widok i czujemy się bezpiecznie. Już niedługo, jeszcze podczas naszego pobytu w Gdańsku, przekonamy się, że koła ratunkowe powinny być nie tylko na statkach wycieczkowych…
Kanałem do stoczni
|
|
| Potężne dźwigi Stoczni Gdańskiej fot. Sławomir Dynek/CogitoMedia |
Dwóch marynarzy wciąga chybotliwy trap. Odpływamy. Kierunek – stocznia i Westerplatte. Przepływamy między Żurawiem a „Sołdkiem”. To dwa pierwsze symbole Gdańska, które dzisiaj oglądamy, z czego Żuraw jest najsłynniejszy. Ten stary dźwig portowy został zbudowany w latach 1442-1444. W czasie II wojny światowej spłonął w osiemdziesięciu procentach, na szczęście został odbudowany i możemy cieszyć oczy jego widokiem. Obecnie mieści się w nim muzeum. Na większości pocztówek z Gdańska widnieje właśnie ten zabytek i oczywiście fontanna z Neptunem na tle Dworu Artusa. Ale o tym ostatnim potem, jak przejdziemy się spacerem po Długim Targu. Niemalże naprzeciwko Żurawia, po drugiej stronie Motławy, cumuje, już na stałe, pierwszy statek zbudowany po wojnie w Polsce – „Sołdek”. Powstał w Stoczni Gdańskiej, do której właśnie płyniemy.
Dość szybko mijamy piękne, nadmotławskie nabrzeże z charakterystycznymi dla całego Starego Miasta kolorowymi kamienicami. Wpływamy w okolice stoczni. Brzegi porośnięte są chaszczami, a dobrze utrzymane domy przeplatają się z urokliwymi ruinami nadbrzeżnych budynków. Wycieczka dzieci na razie spokojna. Opiekunki nie mają większych problemów. Nic się nie dzieje, po prostu nie dzieje się NIC. Słodka nuda i relaks. Tylko mewy krzyczą. Przez głośniki zardzewiały, głos opisuje, co właśnie mijamy. Ciężko coś zrozumieć. Ale nie szkodzi, lepiej patrzeć, bo zaczynają się atrakcje. Mimo pięknej pogody, powietrze nad stocznią jakieś takie zakurzone, nieprzejrzyste. Pojawiają się wielkie stalowe potwory, wystarczy pozwolić pracować wyobraźni i znajdujemy się w filmie science fiction. To stoczniowe dźwigi, potężne i groźnie wyglądające. Jedne pochylają się nad kadłubami statków, inne pracują w zadziwiającej scenerii hałd złomu.
Łupina orzecha
Teraz rozpościera się przed nami widok, który porusza całą dziecięcą wycieczkę! Do tej pory dzieci myślały, że płyną dużym statkiem. Ale przepływamy właśnie obok kolosa, którego kadłub wspina się na wysokość kilku pięter. Statek pozbawiony ładunku jest tylko lekko zanurzony. Część kadłuba, która zwykle skrywa się pod wodą, tym razem podniosła całość o kilka, kilkanaście metrów. Pod rufą błyszczą potężne łopaty śruby napędowej. Ten widok przytłacza. Tymczasem dzieciaki wypatrzyły gdzieś wysoko w górze, na burcie kolosa, robotników stoczniowych. Krzyczą i machają do ludzi małych jak mrówki. A mrówki nie pozostają dłużne. Nasz wycieczkowiec, który w porcie na Motławie tak pięknie się prezentował i wydawał się całkiem spory, teraz wygląda jak łupina orzecha.
|
|
| Motława tętni życiem, pływają na niej nie tylko wycieczkowce. fot. Sławomir Dynek/CogitoMedia |
Przepływamy obok suchych doków: tu remontowane statki piętrzą się w całości ponad powierzchnią wody. Kadłuby obstawione rusztowaniami, na nich robotnicy, słychać rytmiczne uderzenia potężnych młotów. Powietrze powoli znów staje się przejrzyste. Zostawiamy stocznię za sobą. W oddali już majaczy znajoma sylwetka pomnika – zbliżamy sie do Westerplatte. Obelisk góruje nad wodą, widać go wśród drzew. Cumujemy przy malutkiej przystani. Tutaj każdy może wysiąść i pójść na spacer pod pomnik. Wycieczkowiec wprawdzie nie będzie czekał, ale jeśli ktoś kupił bilet w obie strony, może zabrać się w drogę powrotną następnym statkiem. Lepiej jednak upewnić się i dowiedzieć o szczegóły jeszcze przed wycieczką, kupując bilet na przystani Żeglugi Gdańskiej.
Kolorem malowane
Stary Gdańsk jest bajecznie kolorowy. Wąskie, kilkupiętrowe kamieniczki malowane są na przeróżne kolory wszystkie żywe i wesołe. Jeśli dodamy do tego urok małych uliczek z nastrojowymi kafejkami i stoiskami sprzedawców bursztynów – to mamy właśnie cały, choć w miniaturze, opis romantycznej Starówki.
Jednak reprezentacyjnym miejscem, salonem starego Gdańska, jest ulica Długi Targ – od Zielonej Bramy do słynnej fontanny Neptuna i Dworu Artusa. Postać boga mórz została odlana z brązu w 1615 roku, fontannę uruchomiono 18 lat później. O ile Neptuna nietrudno rozpoznać, o tyle trzeba pamiętać, by Zielonej Bramy nie szukać po kolorze – w rzeczywistości ten piękny budynek ma barwę ceglastą. Najłatwiej poznać go po czterech przelotowych bramach łączących nabrzeże Motławy z Długim Targiem. To właśnie między bramą a fontanną koncentruje się życie turystyczne. Długi, szeroki deptak otoczony kamienicami, z jednej strony zamknięty bramą, z drugiej zwieńczony budowlą zabytkowego ratusza miejskiego, to miejsce wypełnione kawiarniami i restauracjami.
Jeśli chcecie dokładnie obejrzeć Długi Targ, bez tłumów turystów, to warto wstać wcześnie rano, o wschodzie słońca. Wtedy na prestiżowym deptaku jest pusto i cicho. Przemykają tylko gdańszczanie spieszący do pracy, pojawiają się ekipy sprzątające ulicę. Potem, od przedpołudnia aż do późnego wieczora, Długi Targ tętni życiem. Każda wycieczka obowiązkowo fotografuje się pod Neptunem, turyści spacerują od jednej kamienicy do drugiej, od kawiarni do restauracji. I tak do nocy.
![]() |
| Urokliwa jak bombonierka ulica Długi Targ, ulubione miejsce spotkań turystów. fot. Anna Olej/Krzyztof Kobus – TRAVELPHOTO |
Cisza wielkiego miasta
A wystarczy tak niewiele, by nawet w środku dnia poczuć atmosferę cichego, spokojnego, nieśpiesznego Gdańska. Warto skręcić w którąś z poprzecznych uliczek, by znaleźć się w innym świecie. Wąskie, urokliwe uliczki pełne są galerii, sklepów ze starociami i oczywiście pamiątkami z bursztynu. Tylko ceny „turystyczne”. Niektórzy mówią, że jeśli ktoś lubi wydawać pieniądze na najdroższe bursztyny, to kupi je na gdańskiej Starówce. Czy to prawda, trudno ocenić. Ale jakiś niedrogi drobiazg, na pamiątkę, zawsze można wypatrzyć. Urocza jest też tutejsza drobna architektura. Zadbane fasady domów i płaskorzeźby zdobiące schody wejściowe do kamieniczek sprawiają, że można się tu poczuć jak w scenerii filmowej. No i jest coś, co ma nazwę nieadekwatną do swojej urody – rzygacze. To piękne rzeźby, najczęściej w kształcie głów zwierząt, smoków i maszkaronów, czyli zakończenia rynien służące do odprowadzania deszczówki jak najdalej od fasady domu. W przeszłości dobrze chroniły budynki przed zawilgoceniem. Warto przejść na przykład ulicą Długą, nawet tylko po to, by przypatrzyć się tym charakterystycznym rzeźbom.
Łyżka dziegciu…
…a właściwie ku przestrodze. Nabrzeże Motławy pozbawione jest prostych zabezpieczeń ratunkowych. Nikt nie zwraca na to uwagi, dopóki nie musi z nich skorzystać. Podczas naszego pobytu w Gdańsku pewnej nocy uczestniczyliśmy w akcji ratunkowej. W kanale topiła się kobieta. Razem z patrolem policyjnym ratowaliśmy ją, używając… przedłużacza elektrycznego i zasłon okiennych z naszego pokoju hotelowego! Tym razem się udało. Ale gdy liczyły się sekundy, a my nie mieliśmy kół ratunkowych – bezradność była straszna… Oby ten wypadek sprawił (gdańskie gazety o nim pisały, więc decydenci o problemie wiedzą), że władze odpowiedzialne za bezpieczeństwo mieszkańców i turystów zapewnią koła ratunkowe i linki. Stojaki z takim sprzętem ratowniczym powinny stanąć co kilkadziesiąt metrów, tak jak to jest w wielu innych miastach portowych w Europie. Gdańsk jest piękny, turyści są tu mile widziani (co wiemy z własnego doświadczenia), dobrze by było, gdyby władze miasta zadbały o tę jedną rzecz – koła ratunkowe nad Motławą.




