POLECAMY
|
|
| Fot. Medium |
Kiedyś
reguły pisania listów spisywano w listownikach-podręcznikach,
modelowych zbiorach listów na każdą okazję. Starożytna sztuka pisania
listów (ars epistolandi) wchodziła w skład retoryki. Normowała nie
tylko styl, ale i konstrukcję listu dostosowaną do jego gatunku, a co
za tym idzie – cel, w jakim był pisany. Adresata należało przekonać lub
pokonać, zachęcić, pochwalić.
Czego i Tobie życzę
W dziewiętnastym wieku popularne były listowniki dla kupców, rolników i
przemysłowców. Powodzeniem cieszył się „Sekretarz dla zakochanych”,
czyli podręcznik pisania listów we wszystkich przypadkach miłosnych, a
także 267 wzorów na listy wszelkiego rodzaju i w każdej potrzebie
życia. W sytuacji, kiedy list tracił swoją oficjalność i zmieniał się w
swobodną rozmowę czy też środek wyrażania uczuć, listowniki coraz
częściej stawały się antologiami, w których nie zabrakło miejsca dla
klasyków polskiej epistolografii. Znalazły się w nich m.in. listy Jana
III Sobieskiego do Marysieńki, Juliusza Słowackiego do matki, Zygmunta
Krasińskiego do Delfiny Potockiej. Na co dzień jednak posługiwano się
utartymi frazesami, głównie dla wygody, bo były pod ręką, bo wyrażały
coś, czego nie potrafiono ująć w słowa.
Ciągle jeszcze
pobrzmiewa echo zaleceń retoryki, aby życzyć adresatowi listu tego
dobrego, co nas spotkało, gdy już podzielimy się z nim swoją radością.
Rutynowo stosuje się formułkę: „Czego i tobie życzę”. Dlaczego jednak
nie życzyć czegoś więcej? Dziś w praktyce pisania prywatnego listu z
zasad tych pozostało niewiele: nagłówek dostosowany do osoby adresata,
jakieś stosowne pozdrowienie.
Pożółkłe listy miłosne
Choć słowo pisane może nie przetrwać próby czasu, to zdarza się, że
jest wieczne. Listy, przechowane w głębokiej szufladzie lub w kufrze na
strychu, potrafią odsłonić nowy wymiar relacji pomiędzy bliskimi
ludźmi. Opublikowane po latach, listy potrafią mocno ekscytować i
wciągać czytelników – autentyzmem uczuć, emocjami, żywym językiem.
Przelewając na papier i ofiarując sobie nawzajem słowa, choć nie
jesteśmy tego do końca świadomi, zrzekamy się prawa do ich własności.
Szczególnego wymiaru nabiera to w przypadku korespondencji sławnych
ludzi. Witkacy, choć trudno mu było o dobre relacje z żoną, to jednak
wciąż zapewniał ją o swojej miłości. Cała jego korespondencja
fascynuje.
„To, co piszesz o zdrowiu i niechęci do życia,
jest okropne. Jest to dla mnie nóż w brzuch dosłownie. I temu jestem
winien. Bo to jest jasne, że gdybym mógł być dla Ciebie normalnym
mężem, to byłoby lepiej” – pisał Witkacy.
„Jestem jednym z
tych mężczyzn, dla których miłość – wbrew temu, co twierdzi ten film z
Ali McGraw/Ryanem O’Neilem – zawsze oznacza konieczność przeprosin” –
zauważa w liście Geoff Dyer, jeden z autorów zbioru 42 Listy Miłosne.
Więcej
zawsze można powiedzieć matce. „Niech Mama pamięta, że niczyja tkliwość
nie jest dla mnie tak cenna jak Mamy i że w ciężkich chwilach powracam
w Mamy ramiona. I często potrzebuje Mamy jak małe dziecko. Mama jest
olbrzymim zbiornikiem spokoju, a jej obraz dodaje otuchy...” – tak
pisał osamotniony i strudzony lotnik Antoine de Saint-Exupéry.
W Cyberprzestrzeni
Listów
urzędowych prawie już nie piszemy. Wypełniamy formularze, korzystamy z
gotowego tekstu umowy, wzoru listu urzędowego... Prywatnie i służbowo
komunikujemy się telefoniczne, poprzez e-maile, SMS-y, korzystamy z
komunikatorów internetowych, wchodzimy na czaty. Kryzys zaufania
sprawia, że często chcemy być anonimowy i tacy się stajemy. Używamy
nicków (pseudonimów), a chcąc wyrazić emocje, posługujemy się
emotikonami (nazywanymi „śmieszkami” lub „buźkami”).
Kilka
lat temu filipiński haker wprowadził do sieci wirus w formie listu
miłosnego „Love Bug”. Najpierw pojawił się w Hongkongu, a potem w
piorunującym tempie infekował serwery Europy i Stanów Zjednoczonych.
Filipiński haker wyszedł naprzeciw zbiorowej tęsknocie za wyrażeniem
czegoś zupełnie eterycznego, co jest człowiekowi bliskie bez względu na
epokę, w jakiej przyszło mu żyć. Dlatego tak wielu otworzyło e-mail
„Love Bug”.
Nowe technologie miały nam pozwolić oszczędzić
czas. Moglibyśmy mieć go więcej także na pisanie listów. Tak się
jednakże nie stało. W erze informacyjnej coraz bardziej brakuje nam
czasu „płynącego powoli”, stajemy się poddanymi „tyranii chwili” (to
słowa Thomasa Hyllanda Eriksena, norweskiego antropologa społecznego).
Pracą, rodzinnym życiem i rozrywką rządzi logika szybkości i
elastyczności. Jedynie marzenia i ludzkie tęsknoty pozostają ciągle te
same. I kto wie, czy lepiej nie wyraża ich ciągle jeszcze tradycyjny
list...
POLECAMY
Listy do żony 1928-1931, Stanisław Ignacy Witkiewicz, PIW.
Całość, obejmująca 1258 listów z lat 1923-39, ukaże się w czterech tomach. Zbiór nie ma odpowiednika w polskiej literaturze. Witkacy w listach pisanych do żony jest szczery do granic i traktuje ją niemal jak spowiednika, któremu można wyznać najskrytsze myśli. Czyta się jak fascynującą biografię.
42 Listy Miłosne, antologia, Prószyński i S-ka.
Pisarze z różnych epok i stron świata przypominają, jak uwodzicielskie potrafią być słowa, i próbują wskrzesić zanikający zwyczaj pisania listów. Dla części z nich miłość jawi się jako uczucie, które rozwija się poprzez nieobecność, odrzucenie. Po raz kolejny dowodzą, jak wiele imion może mieć miłość.
Listy do matki, Antoine de Saint-Exupéry, Muza.
Autora Małego Księcia łączyło z rodziną niezwykła bliskość. Matka była dla syna kimś wyjątkowym. W listach odnajdziemy czułość, wdzięczność za szczęśliwe dzieciństwo i wsparcie psychiczne, które nieustannie otrzymywał. Możemy prześledzić jego lata szkolne, duchowe rozterki i doświadczenia lotnicze.
Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Liliana Śnieg-Czaplewska, PIW.
„Istnienie sprawia mi największą frajdę” – pisał Beksiński w jednym z maili do dziennikarki Liliany Śnieg-Czaplewskiej. Ostatni list od artysty otrzymała ona 21 lutego 2005 roku. W dniu jego śmierci. Śmierci porażająco bezsensownej. Wśród 616 listów są m.in. listy filozoficzne, refleksje o artystach XX wieku, pełne ironii komentarze do codziennych zdarzeń.