![]() |
| Dorota Chotecka-Pazura i Radosław Pazura |
Pięć lat temu Radosław uległ wypadkowi. Wyszedł z niego cudem. Był to pierwszy z całego łańcuszka cudów, który czekał ich rodzinę. Po wypadku oboje przewartościowali swoje życie. Radosław zaangażował się w akcję honorowego krwiodawstwa – „Krewniacy”, Dorota po latach wróciła do Kościoła. Wzięli ślub, a trzy lata później poczęła się ich córka. Dziś już we troje z Klarą mieszkają pod Warszawą, obok klasztoru sióstr Klarysek. Są szczęśliwi, co widać w ich oczach i słychać w głosach.
◗ Możemy zacząć od najwyższego pułapu? Czy Państwa doświadczenie daje jakieś argumenty na to, że nie człowiek jest dawcą i panem życia?
Radosław Pazura: Człowiek na pewno nie jest dawcą ani panem życia, bo jest nim Pan Bóg – po prostu. I tak naprawdę od Niego wszystko jest uzależnione… My natomiast możemy mieć wpływ na życie, bazując na swojej wolnej woli. Tylko często nie wiemy, że ta nasza wolna wola w większości przypadków nie zgadza się z wolą Pana Boga. I cała sztuka polega na tym, żeby umieć odczytywać Jego wolę. Ale to wiem teraz, po wypadku, któremu uległem pięć lat temu. Wcześniej to była dla mnie abstrakcja i tak naprawdę się nad tym nie zastanawiałem. Myślałem, że trzeba być przebojowym, i tyle.
Dorota Chotecka-Pazura: Dopiero po wypadku Radka zobaczyłam, jacy jesteśmy mali. Jesteśmy pyłkami. I w każdym momencie powinniśmy dziękować, że w ogóle jesteśmy. W jednej chwili może nas nie być – nie mamy na to absolutnie żadnego wpływu. Nie nam decydować, kiedy, gdzie, co i jak. Możemy się starać, ale nie my będziemy decydować…
◗ Jak nie zwariować z taką świadomością, że nie mamy żadnej polisy nawet na jutrzejszy dzień?
D.Ch-P.: Kiedyś myślałam, że trzeba mieć wszystko zaplanowane, uporządkowane. Bardzo trudno było mi zrozumieć, że nie ja decyduję, że nie mam władzy, na przykład nad urodzeniem dziecka. Owszem, ja je noszę, ale nie wiem, czy będzie zdrowe. Myślałam, że medycyna wszystko mi powie. Wszystko, czyli: „Tak, pani Doroto, pani urodzi zdrowe, piękne dziecko, które będzie szczęśliwe i niesamowite”. Mam taką naturę, że chciałabym wiedzieć najpierw, zanim się na coś zdecyduję. A tu nie wiedziałam nic. Po wypadku Radka, tak samo jak przy urodzeniu dziecka, musiałam się powierzyć, oddać. To była dla mnie wyższa szkoła jazdy, rzucenie się na głęboką wodę.
◗ Ale świat krzyczy, że śmierci nie ma, a cierpienie da się ukryć…
R.P.: Świat chce nam wmówić, że to człowiek jest panem sytuacji. Dlatego większość z nas jest pogubiona. Bez takiego palnięcia z góry w głowę jesteśmy bez szans na przebudzenie. Uważam, że mój wypadek, pomimo cierpienia, którego doświadczyliśmy, był błogosławieństwem, bo dzięki niemu nastąpiło przebudzenie. Zaczęła się praca nad sobą, wiara i dojrzewanie. Obserwuję swoich kolegów, którzy są tacy zacietrzewieni w ateizmie. Uważają, że duchowość to bajki, bzdury, że tak naprawdę to umysł, intelekt decyduje o wszystkim. Ja, ja, ja – ciągle jest to „ja”. I dochodzi do tego, że nie dopuszczają myśli, że istnieje coś takiego jak śmierć, że życie tutaj się kiedyś kończy.
D.Ch-P.: Wszystkim takim osobom poradziłabym, żeby odwiedzili OIOM albo pojechali do hospicjum. Zobaczą wtedy, czy śmierci nie ma, czy też istnieje, i jaka jest.
R.P: To piękne, że mamy wolną wolę, że dostaliśmy czas, aby dojrzeć do wiary. Życie przecież trochę trwa i Bóg daje mnóstwo szans, byśmy sami mogli do tego dojść.

◗ Porozmawiajmy teraz o szansach. Pan Bóg z całą pewnością jest cierpliwy, ale gdy widzi, że źle się dzieje – interweniuje. Z tego, co wiem, nie był to pierwszy wypadek w Państwa życiu. Pan Bóg pukał wcześniej?
D.Ch-P.: Pukał. I to nawet mocno. Mieliśmy wypadek jako młodzi ludzie. Jechaliśmy maluchem, zresztą po nocnej imprezie. Radek usnął za kierownicą. Samochód był kompletnie rozwalony, ale nikomu z nas się nic nie stało. Niewiele nam to dało do myślenia. Potraktowaliśmy wypadek jak dziwny zbieg okoliczności…
R.P.: …była złość, że spadło na nas tyle spraw: trzeba naprawić samochód, oddać komuś pieniądze…
D.Ch-P.: …nie mówić rodzicom. Ukryć, żeby nie gadali.
R.P.: Tak naprawdę uciekaliśmy od myślenia.
D.Ch-P.: Później były jeszcze inne rzeczy, na które również nie zwróciliśmy uwagi.
◗ Jak choćby?
D.Ch-P.: Powiem tylko bardzo ogólnie – praktycznie codziennie, teraz to wiem, Ktoś do nas pukał. Łomotem był ostatni wypadek. I on spowodował, że już wtedy, gdy Radek był w szpitalu, czułam, że coś się ze mną dzieje, że widzę świat inaczej. Inaczej odbieram ludzi, jestem już inną osobą, że wreszcie coś do mnie dociera. To było jak trzęsienie ziemi. To było straszne. Mój świat przestał istnieć. Po raz pierwszy musiałam się zatrzymać i pomyśleć o sobie, o Radku, o nas, w kontekście mojej wiary. Zobaczyłam siebie obnażoną, ze wszystkimi wadami. Nie myślałam wtedy tylko: „O Jezu, odchodzi najbliższy człowiek”. Nie. Wtedy zobaczyłam, co robiliśmy przez te lata, czego nie zrobiliśmy i dlaczego. To było takie proste, czytelne i przerażające. Przestraszyłam się wtedy siebie.
◗ Ale był taki moment, w którym Pani powiedziała: „Bądź wola Twoja”, chociaż kłóciło się to ze wszystkim, czego pragnęło Pani serce? Czyli, kiedy krzyż został przyjęty?
D.Ch-P.: Myślałam, dlaczego to się stało. Po wypadku nie miałam nikogo, do kogo mogłabym się zwrócić, oprócz Boga. Doszłam do ściany. Byłam ja sama… i Bóg. Chociaż byłam uśpiona w wierze, to jednak wiara tliła się we mnie. I w tej bardzo tragicznej dla mnie chwili zaczęłam samoistnie kierować myśli i modlitwy do Boga. A ta zgoda, o którą Pan pyta…
R.P.: Pierwszy raz opowiadałaś mi o tym trzy dni temu…
D.Ch-P.: Nie wiem, jak to się stało, że powiedziałam, aby mnie Bóg nauczył godzić się z tym, że ktoś umiera. Jak to sobie teraz uświadamiam, nie umiem powiedzieć, czy jeszcze raz bym tak zrobiła. Ale byłam z siebie dumna, że tak powiedziałam! Do tej pory, jak sobie przypomnę, że mnie było stać na powiedzenie „bądź wola Twoja”, to mi się wydaje, że… Panie Boże, nie sprawdzaj lepiej, lepiej nie sprawdzaj. Tam w szpitalu darłam się, modliłam na głos.
◗ Wiem, że szturm modlitewny podjęło wielu pacjentów.
D.Ch-P.: To prawda. Wszystkim, których spotkałam: chorym, zdrowym, kobietom w ciąży, każdemu, kto mnie tylko zaczepił wzrokiem, mówiłam: „Proszę się modlić, błagam, niech się pan modli za mojego Radka”.
◗ Czy z tego okresu, który Pana żona zapamięta do końca życia, Pan coś zapamiętał, mimo braku kontaktu ze światem?
R.P.: Nie, z tego okresu to mogę opowiadać tylko o snach, które mnie wtedy nękały…

◗ Święty Józef we śnie się dowiedział, że ma uciekać do Egiptu…
R.P.: No właśnie, tylko że te sny były… jakąś dziwną mieszanką wybuchową. W mojej głowie działy się różne dziwne rzeczy. W skrócie mówiąc… zbawiałem świat. Byłem spowiadany z całego dzieciństwa, życia i, niestety, teraz to wiem, byłem też kuszony. Ktoś próbował się do mnie dobić, jakieś bóstwo wschodnie, bóg, bożek – nie wiem, jak go nazwać…
D.Ch-P.: To też ciekawe, bo w tym czasie różni ludzie namawiali mnie na wschodnie sposoby uzdrawiania, bioenergoterapię, homeopatię.
◗ Powiedziała Pani „nie”?
D.Ch-P.: To ja o wszystkim decydowałam, nie było rodziny Radka. Czarek kręcił film, był wtedy na Litwie. Rodzice byli w Niewiadowie…
◗ Dlaczego Pani odrzuciła te propozycje?
D.Ch-P.: To intuicja. Bóg mi pomógł. Czarek ze swoją byłą żoną namawiali mnie, by skontaktować się ze znajomymi bioenergoterapeutami. Lekarze też się zgadzali. Czarek podał mój numer telefonu jednemu magikowi. Gdy mu powiedziałam, że nie skorzystam z jego pomocy, strasznie mnie zwyzywał. Powiedział, że wie, co Radkowi jest. Radek był umierający, a ten człowiek powiedział, że ja będę odpowiedzialna za jego śmierć. Odłożyłam telefon i się popłakałam. To był czwarty czy piąty dzień Radka na OIOM-ie. Wtedy zadecydowałam, że absolutnie nikogo oprócz lekarzy nie dopuszczę do jego łóżka. Myślałam, że jeżeli medycyna na tym poziomie mu nie pomoże, to znaczy, że to jest wola Boga.
◗ Wraz z cudem uzdrowienia rozpoczął się u Państwa proces nawrócenia.
R.P.: Tak.
◗ Czy po tych pięciu latach, które upłynęły od ponownych narodzin, zaobserwowali Państwo jakąś ciekawość świata, najbliższych, kolegów, którzy by pytali: „Ale jak znalazłeś Boga?”, czy może odwrotnie: „Radziu, po tym wypadku to trochę odlatujesz”…?
D.Ch-P.: Raczej dystans…
R.P.: Tylko dystans. Nie widzę ani jednego człowieka, który by chciał… Pan jest pierwszą osobą, z którą możemy o tym rozmawiać i ta rozmowa idzie w dobrą stronę.
◗ To się na pewno zmieni, będą pytać i inni.
R.P.: Wierzę w to, jestem o tym przekonany. Tylko będę uparcie dążył do tego, żeby robić swoje. Dorota też miała wątpliwości: „Słuchaj, robisz tylko wywiady, w których jesteś uduchowiony”. A ja mówię: „Misiu, spokojnie, ja tak czuję, nie będę się zmieniał”.
◗ Diabeł na pewno chce wyszarpać Wasze nawrócenie. Czy wśród Waszych znajomych mówienie o diable jest możliwe?
D.Ch-P.: Nie, to absolutnie nie jest możliwe. Wszyscy uważają, że to śmieszne.
R.P.: Nie jest możliwe. Ale ja wiem, że on jest i działa. Świetnie się kryje – to jest jego zwycięstwo. Największym sukcesem Szatana jest to, że my przestaliśmy w niego wierzyć. Zgadzam się ze Świętym Janem od Krzyża, który mówił, że mamy trzech wrogów: świat, nasze ciało i Szatana. Gdy coś takiego się powie, ludzie uważają, że to śmieszne. Więc ja w te tematy w ogóle nie wchodzę i nie mówię, dlatego że…
◗ Nie rzuca się pereł przed wieprze…
R.P.: Dokładnie tak.
◗ Nawrócenie spowodowało, że po kilkunastu latach wolnego związku przyjęliście Sakrament Małżeństwa?
D.Ch-P.: Kiedy sterczałam pod tym OIOM-em, myślałam o tym, czegonie zrobiłam, co powinnam zrobić. Dlaczego się nie pobraliśmy? Dlaczego my żyjemy kompletnie bez sensu? Dlaczego nie mamy dzieci? Przecież się kochamy, przecież ja go tak strasznie kocham, a on odchodzi i dopiero teraz to wiem. Co my w ogóle zrobiliśmy z naszym życiem? Byłam przekonana, że już, natychmiast, wyjdę za niego za mąż. Po prostu w tamtym momencie, gdyby Radek wstał, poszlibyśmy gdziekolwiek albo ksiądz przyszedłby do nas. No ale czas robił swoje. Radek dochodził do siebie, wyszedł ze szpitala, było coraz lepiej, rodzina, codzienność. I wtedy pojawiły się wątpliwości. A kogo zaprosić? A praca? A jaki ślub? Jakieś gazety się zgłaszały, że mogą zrobić wielką fetę. To mnie przerosło.
R.P.: Jeszcze dodaj, że już zapomniałaś o tym, że to była twoja obietnica.
◗ Obietnica przebłagalna, żeby Radosław żył?
D.Ch-P.: Tak. Ale były jeszcze inne rzeczy, które obiecałam.
R.P.: Kiedy po wypadku Dorota mi powiedziała, że będzie ślub, to mówię: „O Jezu, będzie się czego czepić, super. Więc ćwiczę, zdrowieję”. To mi dało wielką siłę.
D.Ch-P.: A później ja byłam na nie.
R.P.: Szatan uderzał w nią. W dzień ślubu obudziła się i powiedziała, że nie da rady. Dorota jest osobą impulsywną, zawsze reagowała ostro. Ale ja kochałem tę osobę. Wiedziałem, że taka jest, więc te konflikty przezwyciężaliśmy. A tego dnia Dorota powiedziała bardzo spokojnie: „Radek, całą noc trochę spałam, trochę nie spałam. Przemyślałam to sobie. Wiem, to będzie ciężkie dla nas, dla wszystkich”…
D.Ch-P.: Tak, bo ja to przemyślałam. Mam wejść w tę rodzinę, nie wyobrażam sobie, że ktoś mnie nie akceptuje, że ktoś mnie nie chce. Widziałam, że to nie jest moja rodzina, że oni mnie nie chcą. Tak to widziałam.
R.P.: I słowo na koniec, że nie. Po prostu.
D.Ch-P.: Radek się przestraszył.
R.P.: Teraz wiem, że to było działanie Szatana. Byliśmy w świętym miejscu, mieszkaliśmy w klasztorze w Rzymie, w celach. Pierwsza myśl – zadzwonić do Pana Boga. I zadzwoniłem do siostry Grażyny, klaryski.
D.Ch-P.: To jest nasza sąsiadka i przyjaciółka. Taki opiekun duchowy.
R.P.: Mówię: „Siostro Grażyno, jest taki problem. Co zrobić?”. A ona: „Daj Dorotę”.

D.Ch-P.: Siostra Grażyna mi powiedziała, że to nie jest tak, jak ja to widzę. I jeżeli się uspokoję, zobaczę, że to jest mój dzień, że to jest najpiękniejszy sakrament, że niebo się otwiera. Mówiła: „Wszyscy – całe niebo się z tobą cieszy. Wyobrażasz sobie, Dorota?”. Po tej rozmowie poprosiliśmy jednego zakonnika, żeby nas gdzieś wywiózł, z dala od całej rodziny, która od czterech dni była z nami. Od tego momentu zaczął się nasz dom. Poczuliśmy w sobie rodzinę i to niebo naprawdę przyszło. Poszliśmy do kościoła się pomodlić, podziękować. Byliśmy rozpromienieni. Wychodzimy, a był to grudzień, a tu przepiękna pogoda, słońce…
R.P.: Wcześniej cały czas padał deszcz…
D.Ch-P.: Wychodzimy z kościoła i raptem… Nie wiem, jak to powiedzieć, ale widzimy morze… małych czerwonych krasnoludków. To były przedszkolaki przebrane za krasnoludki. Cieszyły się, bawiły. Zaczęło się tak fajnie dziać. Poszliśmy dalej, był czas sjesty, sklepy pozamykane, a my patrzyliśmy przez szyby. W antykwariacie siedziała jakaś pani, która do nas pomachała, a my pomachaliśmy do niej. Przechodziliśmy już na drugą stronę, a pani do nas po włosku, żebyśmy zaczekali. Przyniosła nam róże, tak po prostu. Od tej decyzji na „tak” działy się już same takie piękne rzeczy.
R.P.: Dorota cały czas się śmiała, na naszej Mszy też. Bo ja wiedziałem, że będę płakał. To wiedziałem od początku.
D.Ch-P.: A ja się śmiałam. Ten dzień to było coś nieprawdopodobnego!
R.P.: Było pięknie i była taka święta cisza wśród rodziny. Następnego dnia pojechaliśmy do papieża, do Jana Pawła II. To już w ogóle był odlot. To był prezent!
◗ Po tym cudzie, po tych „krasnoludkach”, zaczęło się oczekiwanie, aktywne – jak sądzę – na Waszego krasnoludka. Czy wcześniej chcieliście mieć dziecko?
D.Ch-P.: Nie. Mówiliśmy o tym, więc tak naprawdę do końca chyba nie chcieliśmy.
◗ To znaczy, że na życie otworzyliście się po ślubie?
D.Ch-P.: Zdecydowanie tak. I wbrew temu, co wszyscy wmawiali, a prasa wypisywała, że korzystaliśmy z in vitro, że hormony, że cuda… Absolutnie nic takiego nie miało miejsca. Nie uciekaliśmy się do takich sposobów. Długo trwało to oczekiwanie, prawie trzy lata. Ja się załamywałam.
◗ Zamknęliście się na nienaturalne metody całkowicie?
D.Ch-P.: Tak, zamknęliśmy się.
◗ To jest powrót do pytania, kto jest dawcą życia? Albo jest Bóg, albo…
D.Ch-P.: Właśnie tak. Poddaliśmy się temu. Wcale nie mówię, że było łatwo, bo były bardzo trudne momenty, no ale potem już było coraz łatwiej.
R.P.: Przestaliśmy imprezować, pić, palić. Chcieliśmy się wyciszyć.
D.Ch-P.: Ale to było fajne postanowienie, że nie pijemy. Jest super. Nie pijemy alkoholu w ogóle.

◗ A kiedy zbliżał się ten okres, kiedy wiedzieliście, że już, że ona rośnie? Czy ten czas był Waszym wspólnym czasem, czy to tylko żona była w stanie błogosławionym?
D.Ch-P.: Nie tylko ja.
R.P.: Tak naprawdę to oboje byliśmy w stanie błogosławionym. W sakramencie staliśmy się jednością. Trudno powiedzieć, że rozumiem, bo tego nie da się do końca zrozumieć, ale to czuję. To jest niesamowite. Teraz, z perspektywy czasu wiem, że ja też byłem wtedy chroniony. To był mój najpiękniejszy okres.
D.Ch-P.: Mój też.
R.P.: Najlepiej się wtedy czułem, najlepiej szło mi w pracy i w relacjach z Dorotą. Wszystko było naj.
◗ To teraz z innej beczki: jakim mężem jest Radosław?
D.Ch-P.: Jest najwspanialszym człowiekiem na ziemi. Jest bardzo uczciwy, spokojny, ma właściwy kręgosłup. Zawsze mogę na niego liczyć, w każdej sytuacji. Mogę iść do niego nawet z najgorszą sprawą i kiedy coś przeskrobię. Wiem, że zawsze mnie wysłucha. On jest moją opoką.
◗ Jaką żoną jest Dorota?
R.P.: Przede wszystkim wiem, że jesteśmy jednością. To nie był przypadek, że się spotkaliśmy. Pan Bóg wiedział, że do mojej pełni jest potrzebna ta osoba. Myślę, że odgrywam podobną rolę w życiu Doroty, że ja ją też uzupełniam. Za co lubię Dorotę? Za to, jaka jest. Dorota ma w sobie niezwykle dużo miłości. Jest promienna, radosna. Dorota jest bardzo jasną osobą.
◗ A Klara?
D.Ch-P.: Klarusia jest naszą mieszanką. To taki mały człowiek podobny z wyglądu do Radka, grzeczny, ale swoje za uszami ma. Klarusia to jest takie moje słońce.
R.P.: Zapowiada się na indywidualność, na osobę, która idzie swoją ścieżką. I teraz chciałbym zadbać, żeby to była dobra ścieżka. Żeby sama ją sobie wybrała, ale żeby była dobra.
◗ Bardzo Państwu dziękuję…
D.Ch-P.: Chciałam powiedzieć jeszcze jedną rzecz, nawiązując do pytania, od którego zaczęliśmy: kto jest dawcą życia. Wiem, że gdyby dzisiaj coś się wydarzyło, to mogę być spokojna. To naprawdę piękne uczucie! Teraz, kiedy jest Klarusia i żyjemy z Radkiem w pełnej jedności, jest fajnie. Tak to powinno zawsze wyglądać.
Zdjęcia: Jacek Barcz i Wojciech Druszcz

